Z usługami seksualnymi jako społeczeństwo mamy ogromny problem. Bo niby każdy zna kogoś, kto w tej branży kiedyś pracował i kogoś, kto za taką usługę zapłacił, ale w większości o tym nie wiemy. Nie chcemy o tym wiedzieć, a jeśli się dowiemy – chętnie będziemy na tym kimś wieszać psy i wykreślimy go z grona ludzi, którzy jakkolwiek się liczą. Czasami pogardę zastępuje litość i traktowanie sex workerów mniej więcej tak, jak biali Europejczycy lubili traktować rdzennych mieszkańców rejonów, do których nieśli kaganek oświaty, chrzest itd. Bo co prawda żadna praca nie hańbi, ale TO przecież nie jest pracą!

Ostatnio na forum Trans-Fuzji pojawił się, po raz kolejny, wątek świadczenia usług seksualnych przez transpłciowe kobiety. Poprzednim razem – jesienią 2012 roku – wątek zamienił się w hejt: grono osób rzuciło się rozszarpać jedną, z której wypowiedzi dało się wywnioskować, że zarabia pieniądze, sprzedając seks. Co prawda z tonu wypowiedzi niektórych rozszarpujących dało się wywnioskować to samo, ale nie bądźmy drobiazgowi.

Tym razem dyskusja wygląda dużo bardziej kulturalnie (czym jesteś i co zrobiłoś z forum Trans-Fuzji…?!), a jedna z wypowiedzi utkwiła mi w głowie i po prostu muszę się nią podzielić. Jest świetna:

Dojrzały aktywizm trans powinien sprowadzać się do pomocy również tym, którzy w wyniku sytuacji lub błędów życiowych wplątali się w coś nie ciekawego. A nie nacechowana patriarchalnym myśleniem hipokryzja: bo jak pokażemy się jako cnotki nie wydymki to nas społeczeństwo zaakceptuje. Wiesz gdzie mam akceptację przez dewotów w porównaniu z osobistą tragedią? (autumn)

Zaznaczę, że tu nie chodzi o samo świadczenie usług seksualnych, które może być dla kogoś pracą satysfakcjonującą, akceptowalną lub choćby w granicach tolerancji  – chodzi o pomoc tym osobom świadczącym usługi seksualne, którym dzieje się krzywda.

Obecność osób trans w seks-biznesie…

…jest czymś oczywistym, choć bardzo wiele osób chciałoby udawać, że tak nie jest. Bo nasz wizerunek, bo złe skojarzenia, bo co sobie ludzie pomyślą.

No cóż. Generalnie to dość popularny zawód – zwłaszcza w dobie bezrobocia – w którym wypłatę dostaje się od razu, a nie po czterdziestu dniach. Na usługi seksualne zawsze jest popyt. Jest też osobna nisza dla transkobiet, zwłaszcza w trakcie korekty płci. Tych samych transkobiet, które bardzo, bardzo często są dyskryminowane w innych branżach i których zabiegi sporo kosztują. Popyt na usługi transmężczyzn jest znacznie niższy, ale obydwie grupy czasami podejmują pracę seksualną, prezentując się zgodnie ze swoją płcią biologiczną.

Nie wiem, jak wiele osób transseksualnych w Polsce zetknęło się z tą pracą. Nie wiem też, jak duży odsetek społeczeństwa – żyjącego tu i teraz, w czasach, gdy o znalezienie zatrudnienia jest ciężko – zatrudnił się kiedyś na kasie albo w gastronomii, albo w call center. Ale mam wrażenie, że to są duże liczby. W moim otoczeniu jest sporo osób, które wspominają o urokach pracy w call center. I sporo takich, które wspominają o pracy na kamerkach, sponsorze, agencji czy Odlotach.

Konieczność wsparcia

Na co dzień jest raczej tak, że ludzie dość bezpiecznie opowiadają o problemach w pracy, rozładowując stres i napięcie, uzyskując wsparcie i – jeśli trzeba – konkretną pomoc.

Jeżeli ktoś pracuje w call center i ma problem z przełożonym, przeważnie nie musi kombinować, jak o tym opowiedzieć, żeby nie zdradzić, czym się zajmuje albo nie przekierować rozmowy na „naprawdę nie rozumiem, jak ty możesz się tym zajmować?! ja bym tak nie mogła, mam do siebie szacunek!” – co, jak wiadomo, jest mega wspierające dla kogoś, kto przychodzi z innym i bardzo konkretnym problemem.

Jeżeli ktoś pracuje w agencji towarzyskiej – przeważnie musi kombinować. Czyli – jeżeli coś jest nie tak – przeważnie zostaje sam z problemem.

Osoby transpłciowe nazbyt często są same z problemami.

Trans-friendly! <3

Podczas targów EROtrends wziąłem udział w wykładzie działaczek Fundacji La Strada, znanej z przeciwdziałania handlowi ludźmi. Wykład zatytułowany był Czym jest sex-working?, prowadziła go Joanna Garnier wraz z koleżanką. Jak można się było spodziewać, było to ogólne wprowadzenie do tematyki usług seksualnych, z którego wyciągnąłem mnóstwo informacji o tym, co robi La Strada, żeby pomagać. Szalenie mi się spodobało, że nie było tam mowy o „wyciąganiu z nałogu” czy „resocjalizacji”. Zamiast tego usłyszałem o próbach aktywizacji środowiska, żeby zabiegało o swoje prawa, o pomocy w zmianie zawodu dla chętnych, o poradnictwie psychologicznym i prawnym dla osób w trudnej sytuacji, chcących dochodzić swoich praw oraz o programie La Strady na najbliższe lata. Łał.

Uczestników było zaledwie kilkanaścioro, prowadzące zapraszały do włączenia się w rozmowę – no więc się włączyłem (próbując nie komentować zanadto tekstów innego aktywnego uczestnika, który dopytywał, czy są statystyki, ile prostytutek umiera na AIDS i inne choroby, bo on wie, że na pewno bardzo dużo, oraz stwierdził, że dzisiaj agencje towarzyskie powinny być otwarte dla zwiedzających). Powymienialiśmy spostrzeżenia, dowiedzieliśmy się od siebie nawzajem wielu nowych rzeczy – słowem, było bardzo ciekawie i rozwijająco. Ach, i słodkie było to, że żadne z nas nie chciało tracić czasu i energii na rozmowę o modelu szwedzkim.

Nazajutrz podszedłem do stoiska La Strady dopytać, czy ich organizacja jest trans-friendly, co zainicjowało naprawdę długą pogawędkę o La Stradzie, Lambdzie, sytuacji osób transpłciowych teraz i 20 lat temu, escortach-mężczyznach mających jako klientów innych mężczyzn, itd. Dowiedziałem się, że 20 lat temu wiele osób transseksualnych poprzestawało na zmianie dokumentów, bez ingerencji w ciało, ponieważ to im wystarczało do szczęścia. O tym, że dawniej zmiana oznaczenia płci była banalna, już wiem. O tym, że ten nieszczęsny „prawdziwy transseksualista”, co to nie ma życia, dopóki nie zrobi wszystkich zabiegów, przyplątał się gdzieś po drodze, a już wcześniej żyli ludzie niepasujący do schematu… Hm. Zrewanżowałem się opowieścią, jak to wygląda teraz.

Dla tych, których to interesuje, a dowiadują się dopiero teraz – tak, Fundacja La Strada jest trans-friendly. Spokojnie można do nich pisać na adres strada[at]strada.org.pl i dzwonić na telefon zaufania (22 628 99 99). Tak więc jeżeli masz problem związany ze swoją pracą w branży usług seksualnych i szukasz wsparcia albo porady – odezwij się do nich.

To dla mnie bardzo budujące, bo okazuje się, że znam kolejną organizację mainstreamową – po Niebieskiej Linii (niebieskalinia.info, nie niebieskalinia.pl) – o której wiem, że osoby transpłciowe mogą do niej pójść. A że zarówno przemoc w rodzinie, jak i świadczenie usług seksualnych, to tematy bardzo istotne dla naszego środowiska…

Dojrzały aktywizm trans

Autumn ma świętą rację, pisząc o dojrzałym aktywizmie. Owszem, nadal jest wiele, wiele do zrobienia, jeśli chodzi o podstawy. Sytuacja prawna pozostawia wiele do życzenia, proces korekty płci leży, dużo ludzi nie wie, kim jest osoba transpłciowa… Ale mam wrażenie, że dojrzewamy. I im bardziej stajemy się widoczną i świadomą swoich praw częścią społeczeństwa, tym więcej wyzwań pojawia się przed działaczami.

Pamiętam, że kiedy przychodziłem na grupę wsparcia jako uczestnik, znacznie, znacznie częściej trafiali na nią ludzie z problemem „nie wiem kim jestem” albo „co z tym mogę zrobić, do jakiego lekarza mam iść, czy moje dawki hormonów są okej?”. Oprócz tego była to okazja do integracji i do debat aktywistycznych. Teraz na spotkania znacznie częściej przychodzą ludzie, którym wystarcza to, co mogą znaleźć na ten temat w Internecie. Przychodzą po wsparcie i porady grupy z innymi życiowymi problemami, a o tych „starych” problemach często mówią inaczej.

Potrzeby grupy T ewoluują zdecydowanie oraz bardzo szybko – co jest niesamowicie motywujące! Równocześnie to oznacza, że – aby skutecznie pomagać osobom transpłciowym – trzeba mieć pojęcie o wielu różnych sprawach. I umieć do nich podejść równie spokojnie jak do faktu, że ktoś identyfikuje się inaczej niż wpisano mu do aktu urodzenia.

Usługi seksualne zdecydowanie są wśród tych spraw.