Po raz kolejny ktoś wszedł do mnie z zapytania „jak transseksualista ma rozmawiać u seksuologa żeby dostać pozytywną diagnozę”. Przypomniało mi to, że miałem napisać o tym, jak schematyczne widzenie transseksualizmu wkręca niekiedy ludzi w myśli i potrzeby, których do tej pory nie mieli.

Produkowanie schizofreników idealnych

W latach 60. ubiegłego wieku  w amerykańskim środowisku psychiatrów ostro zaatakowano metody postępowania z pacjentami, a przede wszystkim diagnozę jako etykietowanie pacjenta.

Idealny schizofrenik

Jeśli u kogoś rozpoznano schizofrenię, od tej pory wszystko, co robił, było postrzegane jako element jego zaburzeń. Zwykłą kłótnię określano jako „nadmierną agresywność”, podekscytowanie udanym spotkaniem „nadmiernym pobudzeniem”, a brak nastroju na spotkania z ludźmi – „wycofaniem”.

Co gorsza, wszyscy – pacjent, lekarz, otoczenie – oczekiwali, że pacjent będzie zachowywał się jak na schizofrenika przystało, czyli: że jego zaburzenia się pogłębią.

Potwierdzanie oczekiwań

Ludzie mają tendencję do potwierdzania swoich oczekiwań. W tym celu dostosowują swoje obserwacje do wcześniejszych tez (kłótnia = „nadmierna agresywność”) i prowokują zdarzenia, które ugruntują ich w przekonaniu, że mają rację.

Jeśli są przekonani, że każdy, komu zdiagnozowano schizofrenię, będzie miał urojenia oraz omamy, nawroty choroby i nie będzie w stanie radzić sobie z rzeczywistością, tak się stanie. Ktoś, kto funkcjonował całkiem nieźle, może nieświadomie dostosować się do oczekiwań. W konsekwencji jego stan się pogorszy.

Diagnoza to (był) wyrok

W tym kontekście postawienie diagnozy oznaczało wyrok. Jesteś schizofrenikiem – będziesz żył tak i tak. Jesteś schizofrenikiem – zawsze będziesz miał takie problemy, a z czasem staną się jeszcze gorsze, bo schizofrenia postępuje.

Leczenie pozbawione wnikania w charakter problemów tej konkretnie osoby prowadzi do pogłębienia zaburzeń i wyprodukowania schizofrenika idealnego, u którego następnie będzie można zauważyć „poprawę”.

Wszyscy są „prawdziwymi transseksualistami”

„Obowiązki” osób transseksualnych

Zieloniutkie, świeżo wyoutowane przed sobą i niewyoutowane przed światem osoby transpłciowe są często uczone, że skoro są transseksualne (bo przecież można być tylko cis albo Tru TS), to…

  • Ich naczelnym dążeniem będzie dążenie do pełnej korekty płci. Nawet jeśli tego jeszcze nie chcą, to wkrótce odkryją, że bez operacji są głęboko nieszczęśliwe.
  • Rodzina i przyjaciele prawie na pewno je odrzucą. Jeśli nie, to niech dziękuje Bogowi, Losowi, Wszechświatowi i wszystkim dobrym duchom, że miała wyjątkowe szczęście. K/M pewnie skończy jak Brandon Teena (jeśli nie, to ma szczęście), a M/K będzie sama jak palec (jeśli nie, to ma szczęście). Nikogo sobie nie znajdą. Bo taki już los osób trans…
  • Powinny mieć zaburzenia seksualne i problemy z własnym wizerunkiem w lustrze. Jeśli przypadkiem są zadowolone ze swoich relacji erotycznych, to coś z nimi jest nie w porządku.
  • Mają nienawidzić swojego imienia i rodzaju gramatycznego zgodnego z płcią biologiczną. Mają być zdołowane ilekroć ktoś się do nich zwróci na „pan/pani” w niewłaściwej formie. Mają uważać, że ich obecne dokumenty są błędne.
  • Poza tym mają jak najszybciej zrobić coś ze sobą. Skoro jesteś trans i to wiesz, to jutro znajdź sobie seksuologa i zacznij już myśleć, u kogo się zoperujesz – nieważne, że chwilowo nie czujesz się na siłach, masz problem to go rozwiąż (w jedyny słuszny sposób).

Prawdziwe uczucia są nieważne – jest jedna prawda i jest nią schemat. Wszelkie odstępstwa to (z automatu) skutek lęków, blokad i niewiedzy, co się chce.

Skutki wchodzenia w schemat

W efekcie osoba trans często zaczyna się mniej lub bardziej świadomie wkręcać w to, że skoro jest TS, to będzie zachowywała się w pewien sposób (jak najspójniej z płcią psychiczną), używała konkretnych słów (np. cock zamiast clit ­ – po polsku nawet na cock jest za wcześnie, bo przecież Wszyscy Chcemy Trójki…), popierała konkretną ideologię (Ruch Palikota). I mieć typowe dla transseksualistów problemy osobiste. A jeśli nie, to nie jest TS!

Kobiecy w ekspresji K/M okazuje się kobiecy zawsze dlatego, że nie wie, jak się zachowywać, a nie dlatego, że on tak ma i tak chce mieć. M/K odrzucająca makijaż robi to, bo podświadomie nie czuje się jeszcze dość kobieco lub nie umie się pomalować, a nie dlatego, że w jej rodzinie żadna kobieta nie interesuje się makijażem. Zaś sam transseksualizm, jak wiadomo, jest nieszczęściem i chorobą (często śmiertelną)  – ktoś, kto mówi, że ma inaczej, po prostu jeszcze nie dostał po dupie, ale przekona się, że trans-weterani mają rację.

Wejść łatwo, wyjść…?

Wejście w taki schemat jest banalne, bo zgodne z działaniem ludzkiego umysłu. Wychodzenie wymaga samoobserwacji i samokontroli.

Z kolei zieloniutka osoba transpłciowa często jest tak zagubiona, że wręcz prosi się o wpakowanie jej w jakiś schemat, żeby wreszcie wiedzieć, kim jest i co ma robić oraz czy dobrze sobie radzi. Niestety, nie ma tak prosto: musi to odkryć sama.

Idealna schizofrenia i modelowy Tru TS nie istnieją

Etykietowanie ogranicza nasz potencjał!

Podejście psychiatrów, polegające na wtłaczaniu ludzi w etykietki „schizofrenik”, „neurotyk”, „oziębła”, „impotent” itd. zostało ostro zjechane.

Odkryto nareszcie, że to niczemu dobremu nie służy, że zaszufladkowanie człowieka jako „zaburzonego” ogranicza jego możliwości rozwiązywania problemów. I zaczęto powoli odchodzić od Jedynej Prawdziwej Diagnozy na rzecz diagnoz roboczych oraz pracy na konkretnych problemach.

Nie ma modelowego schizofrenika…

W przypadku schizofrenii już dawno odkryto, że nie ma jednego modelowego schizofrenika, że u każdego epizody psychotyczne przebiegają nieco inaczej, że ludzie mają różne zasoby umożliwiające lepsze lub gorsze radzenie sobie z problemami…

Specjaliści dążą do uzdrawiania jednostek w pożądanych przez nie kierunkach.

…ale wciąż funkcjonuje modelowy transseksualista!

W przypadku osób trans też jest bez porównania lepiej, bo jeszcze niedawno w Polsce można było być albo transseksualistą (w domyśle: Tru), albo transwestytą. Od dosłownie kilku lat w środowisku kształtuje się świadomość własnej różnorodności.

A jednak nadal ludzie karmią własne wątpliwości przez porównywanie się ze schematem Jedynego Słusznego Prawdziwego Transseksualisty.

  • Potrafią na wiele lat zignorować własne poczucie płci, bo wydaje im się, że ich dążenia są za słabe by poddać się tranzycji – co mnie rozbraja, bo im dłużej rozmawiam z transami w trakcie i po tranzycji, tym bardziej nie-Tru się okazują…
  • Potrafią zdecydować się na takie aspekty tranzycji, których autentycznie nie chcą, ale uważają, że powinny je przejść.
  • Potrafią udawać bardziej Faceta Macho czy Delikatną Kobietkę niż są naprawdę.
  • Potrafią blokować swoje zasoby i wiarę w lepszą przyszłość, bo w schemat Tru TS wpisane jest nieszczęście.
  • Itd.

Schemat, choć nazwany, wciąż dominuje – ale przynajmniej jest już z czym polemizować.