Dziesięć lat temu napisałem ten wiersz.

W wielkim zamku jest maleńka komnata.
Cała dla mnie.
Cała pusta.
Na honorowym miejscu stoi lustro.
On wie, że ja już idę.
Spoglądam w lustro, i widzę go. Mojego przyjaciela.
Ma oczy czarne od nocy, w której jest uwięziony. Patrzy na mnie smutno wiedząc, że nigdy stad nie wyjdzie.
Jego blade usta są mocno zaciśnięte. Samotność narzuciła na nie kaganiec. Nigdy się do mnie nie uśmiecha. Wie, że nie mogę mu pomóc.
Mój przyjaciel płacze ze mną, śmieje się ze mną… Jak lalka poruszana sznureczkami… Powtarza moje słowa…jak papuga… Do mnie nigdy nic nie mówi. Wie, że nie mogę mu pomóc.
Stoję przed lustrem. Wpatrujemy się w siebie. Godzinę, dwie. Potem odchodzę. I zostawiam go ze złamanym sercem. Wie, że nie mogę mu pomóc.
Ale znowu zawiodłam jego nadzieje…

Teraz rozpocząłem ścieżkę ku zmianom…

Dziesięć lat temu odwagi mi nie starczyło by zgłosić jakieś swoje dziełko do antologii Namaluj mi wiatr (ta historyczna lektura wciąż jest do nabycia w Transfuzji. Polecam!).

Teraz pracuję nad paroma specjalnymi dziełkami, które wyślę na konkurs W poszukiwaniu siebie.

Na lata zniknąłem ze środowiska (nie licząc rzadkich i krótkich powrotów na pewien portal i jeszcze rzadszych spotkań z ludźmi) ale parę miesięcy temu wróciłem. Od tej pory jestem… Stare i nowe się przeplata.

A teraz dołączyłem do Transoptymisty. Nawet się zgadza, bardziej optymistycznie teraz patrzę na świat. Poza tymi momentami gdy jestem bardzo krytyczny. ;)

Do przeczytania!

Belial