Przeczytałem właśnie napisany przez siebie poradnik o przygotowaniach do tranzycji oraz o diagnozie transseksualności, który jest dostępny na Trans S.O.S. Poradnik powstał w tym szczególnym momencie, kiedy już nie identyfikowałem się z aktywizmem na rzecz literki T, mój przyjaciel podejrzewał, że nie jestem osobą transseksualną, a ja dalej upierałem się, że na pewno nią jestem.

Ciekawie czyta się własne teksty z perspektywy kilku… miesięcy? zaledwie?, kiedy ma się już zupełnie inny zestaw doświadczeń i znajduje się w innym punkcie swojego życia. Na szczęście teksty przeszły próbę czasu – gdzieniegdzie dodałbym jedno czy dwa zdania, ale generalnie ojej, jaki ja bywam mądry. Natomiast uderzył mnie w nich jeden aspekt, doskonale widoczny w warstwie językowej. Otóż cały czas konsekwentnie piszę o osobach transseksualnych, a nie transpłciowych. I mam na myśli coś zupełnie innego.

Jestem świeżo po bardzo ciekawym spotkaniu grupy fokusowej, jakie odbyło się wczoraj w Trans-Fuzji. Prowadzący spotkanie – Wiktor Dynarski i Julia Kata – przedstawili w nim plan działań Fundacji w nadchodzących latach, a uczestnicy spotkania (ci, którzy się zgłosili do udziału i dotarli na miejsce) mogli dodawać komentarze: co o tym myślą, jakie uwagi ze strony innych ludzi słyszeli, co jeszcze można by zrobić itd. Było to generalnie bardzo owocne spotkanie, spokojne i pełne wartościowych komentarzy. Bardzo mi się spodobało, że Wiktor i Julia jasno podkreślili, że występują wyłącznie jako osoby prowadzące to spotkanie, odcinając się od swoich funkcji w organizacji, a potem konsekwentnie się tego trzymali. Doceniłem również to, że Wiktor notował niemal każdą uwagę i obiecał, że opracuje i podeśle nam notatki ze spotkania, żebyśmy mogli zobaczyć, czy czegoś nie brakuje (równocześnie pilnując, żeby w notatkach nie znalazło się nic, co nie powinno wyjść poza salę spotkaniową).

Z mojej (skrajnie subiektywnej) perspektywy to pierwszy raz od wieczorków filmowych w KPH (czyli samych początków organizacji), kiedy tak wyraźnie było widać, że Trans-Fuzja działa dla ludzi i że każdy kto chce, może przyjść i powiedzieć „hej, ten pomysł mi się nie podoba” albo „zróbcie jeszcze to i to”. Oby takich spotkań było jak najwięcej. Przy okazji oczywiście dowiedziałem się sporo o tym, co Trans-Fuzja robi i zamierza robić i wyszedłem z poczuciem, że miło patrzeć jak organizacja się rozwija i coraz bardziej dojrzewa.

Fajny był też ten moment, kiedy prowadzący (nie pamiętam kto) powiedzieli, że celem istnienia Trans-Fuzji jest to, żeby nie musiała istnieć oraz dłuższa dyskusja o tym, co zrobić, żeby powstawały inne polskie organizacje na rzecz osób trans (yeah! mógłbym opisywać również je!).

Sam byłem raczej cicho. Raz, że przyszedłem po nieprzespanej nocy i nie czułem się szczególnie kreatywnie, a dwa, że aktywizm to już naprawdę nie moja bajka. Nie odnajdywałem się na spotkaniu, a równocześnie nie chciałem go gasić, bo widać było wyraźnie, że w obecnej formie służy i Fundacji, i uczestnikom – tym, którzy chcą coś robić i mają pełno zapału i pomysłów.

Ale nie chciałem pisać recenzji. Chciałem zauważyć, że mój tekst koncentrował się na osobach transseksualnych, a spotkanie grupy fokusowej – na osobach transpłciowych. I że to są dwa różne zbiory.

O osobach transseksualnych mówimy w kontekście diagnozy. Tej paskudnej diagnozy, którą stosuje się w celu wykluczenia innych niż transseksualność przyczyn identyfikacji z płcią przeciwną do biologicznej. To zdanie zawsze wydawało mi się abstrakcją, no bo przecież ludzie wiedzą, kim są i jak niby borderline czy zaburzenia hormonalne miałyby powodować inną identyfikację? Dzisiaj przeczytałem je w swoim poradniku i cholera jasna, no mogą ją powodować. Ale nie bezpośrednio. Mogą wywoływać te wszystkie przesłanki, na podstawie których na etapie „kim ja jestem i o co w tym wszystkim chodzi” dochodzimy do wniosku, że jesteśmy trans i świadomie identyfikujemy się z inną płcią niż biologiczna, następnie upierając się, że od zawsze byliśmy tej a nie innej płci, bo przecież to i owo. Do diabła, przecież to elementarne. Dlaczego ja nigdy wcześniej na to nie wpadłem?

O osobach transpłciowych mówimy, kiedy już widać tę trans-płciowość. Czyli kiedy ktoś się waha lub przeciwnie, już się nie waha. I kiedy idzie do diagnosty, by się zdiagnozować dostać papierek uprawniający do przejścia dalej. Albo kiedy (w sumie z dowolnego powodu) nie mieści się w binarnym rozumieniu płci. Literka T dotyczy osób transpłciowych. Aktywizm koncentruje się na osobach transpłciowych i na ich prawie do samostanowienia o tym, jako kto chcą żyć (nawet jeżeli ich tożsamość płciowa zbudowała się na innych przesłankach niż transseksualność).

Popatrzcie na mnie na spotkaniu grupy fokusowej: siedzę sobie w damskim sweterku, w bordowym szaliczku, w obcisłych dżinsach i z makijażem. Mam na sweterku nalepioną karteczkę informującą, że na imię mi Marcin i proszę o zwracanie się do mnie na „on”. Otoczenie mniej lub bardziej zaskoczone zmianą imidża, ale akceptujące. Transpłciowość? Oczywiście, że tak. Zawsze. Ale nie transseksualizm. Diabli wiedzą co. Może autyzm.

Jeden z uczestników wczorajszego spotkania zwrócił mi uwagę, że nie podobał mu się mój ostatni tekst, bo pobrzmiewało w nim już najeżdżanie na środowisko. Że jakbym już się zaczął odwracać od niego plecami i protestował przeciwko hormonom na pierwszej wizycie, i jakbym nagle był za dalszymi utrudnieniami, a nie za ułatwieniami. Odpowiedziałem, że to nic nowego, i że generalnie na SOS-ie jest dużo więcej podobnych tekstów.

Podejście aktywistyczne gryzie się z podejściem klinicznym. I zawsze będzie się gryzło. Bo zabiegamy o interesy dwóch różnych grup: jedni koncentrują się na osobach identyfikujących jako transpłciowe (albo z transpłciową przeszłością), a drudzy – na osobach zdiagnozowanych (bądź nie) jako transseksualne. A to zupełnie co innego.

Detranzycję prawdopodobnie robią przedstawiciele obydwu grup: i te ze „źle zdiagnozowanych” osób transpłciowych, którym z czasem zmieniły się potrzeby i część z tych osób transseksualnych, którym tranzycja pogorszyła jakość życia.

Cieszę się, że zaczynam tę różnicę widzieć, tylko czemu ja wszystko muszę przerabiać na własnej skórze?