Dokładnie sześć lat temu napisałem artykuł Transgenderyzm – życie w zawieszeniu, który do tej pory wisi w sieci i bardzo drażni mnie swoim istnieniem, tytułem, treścią i możliwością wpływu na innych.

Powstał w bardzo specyficznym dla mnie okresie życia i od dawna nie mogę się pod nim podpisać. Uznałem więc, że pora na autopolemikę.

Tło powstania artykułu

Rok 2006 spędziłem w całości na myśleniu kim jestem i jak chcę żyć.

Zimą zdawałem pierwszą sesję na polonistyce (dość długo chciałem być polonistką z masą książek, kotów i kubkiem parującej herbaty) i czytałem  Aleksandra Zamojska jest mężczyzną oraz masę książek z psychologii i seksuologii. Oglądałem też The L Word (Max!) i wymyślałem z moją ówczesną dziewczyną imię dla naszego dziecka.

Wiosną udzielałem się na forum crossdressing.pl i poszedłem na pierwsze w życiu Trans Party. Ale najbliższe były mi wypowiedzi Ani, która pod płaszczykiem jestem TV badała swoją transseksualność. Zapisałem się do Oriflame, dorabiałem jako baby-sitter, próbując wyglądać maksymalnie kobieco dla swojej pracodawczyni przy jednoczesnym wyglądaniu męsko dla siebie i chłopca, którym się zajmowałem. Zaręczyłem się ze swoją dziewczyną. Obejrzałem Boys don’t cry, aż do napisów końcowych myśląc, że to fikcyjna historia.

Latem poznałem osobiście Maksa, a niedługo potem Wiktora (K/M! O rany, NAPRAWDĘ nie jestem sam!!!) Założyliśmy razem portal Odcienie Szarości, później przechrzczony na Międzypłciowość. Wtedy też powstał poniższy tekst. Zacząłem chodzić w miarę możliwości po męsku i odkryłem, że kiedy tak wyglądam, czuję się lepiej, a otoczenie bardziej mnie akceptuje. Miałem też dużo przykrych przejść z kimś, kto z jednej strony mnie wspierał, a z drugiej próbował narzucić  kobiecy gender (co widziałem) i rolę kochanki (czego nie widziałem). Moja narzeczona wyjechała na rok za granicę.

Jesienią rzuciłem polonistykę i zacząłem szukać pracy, kontynuując spotkania z Wiktorem, Lalką i kilkoma innymi bliskimi mi osobami. Wściekle zazdrościłem Ani, że się zaczęła odnajdywać. Kiedy znalazłem pracę, odmówiłem występowania pod kobiecym imieniem. Byłem chodzącą nerwicą, nie umiałem wyjaśnić, kim jestem, miałem poczucie, że prawie nikt mnie nie rozumie, a ludzie właśnie zaczęli się gapić na mnie na ulicy. Byłem przerażony byciem trans i myślałem, że jeśli się wyoutuję, ci nierozumiejący ludzie mogą nagle przeskoczyć do bycia bardzo agresywnymi ludźmi.

W ostatnim tygodniu przed Świętami wyprowadziłem się z domu i zacząłem być sobą w czterech ścianach, uważnie przyglądając się temu sobie.

Kwestię chcę żyć jak mężczyzna uporządkowałem latem 2007 r. i domknąłem rozpoczęciem studiów na psychologii. Potem miałem fazę na Tru TS (na potrzeby diagnozy), by w końcu wrócić do bycia po prostu sobą (najlepsze, że bycie mną obejmuje bycie psychologiem z masą książek, kotami i kubkiem parującej herbaty. Pewne rzeczy się nie zmieniają…).

Transgenderyzm – życie w zawieszeniu

Transwestyci mają łatwiej. Stoją po stronie swojej biologicznej płci i wiedzą, że tam przede wszystkim jest ich miejsce. Tylko czasem przekraczają granicę i nie zamierzają zostać dłużej po drugiej stronie. Wiedzą, że mają dokąd wracać. Ich życie nie jest beztroskie, oczywiście: nie może być, jeśli łamie się tabu. Jednakże mniej więcej wiedzą kim są i jak chcą żyć.

Tymczasem transgenderyści są rozdarci.

Pojęcie transgenderyzm (skrót: TG) ciężko zdefiniować. Medycyna, nie znając oficjalnie tego terminu, postrzega transgenderyzm jako transwestytyzm albo transseksualizm nieoperacyjny, więc nazwa jest nienaukowa i rozumiana przez ludzi bardzo rozmaicie. Zacznijmy zatem od początku…

Co znaczy trans, wiadomo. Drugi człon, gender, to określenie płci kulturowej, psychicznej. Transgenderyzm oznaczałby zatem próby realizowania się w społeczeństwie jako osoba płci przeciwnej do tej zapisanej w chromosomach. Od transseksualizmu różni się niechęcią do operacyjnej zmiany płci fizycznej (sex). Niektórzy transgenderyści decydują się jednak na niepełną zmianę płci, czyli przyjmują hormony zmieniające rysy twarzy, głos i figurę oraz dążą do zmiany zapisu o płci w akcie urodzenia i wszystkich dokumentach.

Transgenderystom jest zatem blisko do transseksualistów, ale za mało, by podjąć się wszystkich operacji, nie czują bowiem ani pełnej przynależności do jednej płci, ani też takiego wstrętu do swojego ciała. Transgenderyści typu K/M, jeśli decydują się na leczenie, dość często biorą hormony, pozbywają się piersi (I operacja), zmieniają dokumenty i usuwają wewnętrzne narządy płciowe (II operacja): nie decydują się na ostatnią operację (sztucznego odtworzenia penisa), gdyż po prostu nie mają takiej potrzeby. Zmuszeni do bycia wyłącznie mężczyzną, cierpią tak jak zmuszani do bycia wyłącznie kobietą – w obu przypadkach nie mogą bowiem być w pełni być sobą.

Ale połowiczna zmiana to odcięcie sobie drogi powrotnej. Jeśli urodziło się kobietą i żyje się jak mężczyzna, ale ma się w papierach K i jeśli zechce, może się wyglądać jak kobieta – jest po prostu łatwiej, ma się też większe poczucie bezpieczeństwa. W razie czego można się zasłonić a to dowodem, a to budową ciała i pewna ilość problemów pozostaje rozwiązana, gdyż kobietom z reguły wolno zachowywać się dziwnie (starannie zapomnijmy tu o pewnym filmie). Jeśli jednak częściowo zmieniło się płeć, wygląda się teoretycznie jak mężczyzna, ma się w papierach M, a z człowieka nagle wyjdzie ta kobieta (pamiętacie: TG to nie 100% M, więc jest w nim miejsce i na K) albo okaże się, że brakuje tego drobiazgu na dole – robi się problem. Transgenderysta nie jest i nigdy nie będzie tzw. pełnowartościowym mężczyzną. Jednocześnie jednak nieodwołalnie przechodzi na stronę tej płci, która jest dużo mniej tolerancyjna (i w tym momencie możemy już pamiętać o Boys don’t cry, filmie wyświetlanym w Polsce jako Nie czas na łzy – tym, którzy go jeszcze nie widzieli, szczerze polecam, ale uprzedzam: wrażliwsi będą go długo odchorowywać).

Transseksualistom (większości z nich) jest w tej sytuacji o tyle łatwiej, że są dużo silniej zmotywowani do pełnej zmiany płci: wiedzą, że to dla nich sprawa życia i śmierci – są mężczyznami i kropka! Innej drogi dla nich nie ma. Wątpliwości są bardzo często te same (Daniel Zamojski w swojej powieści autobiograficznej zatytułowanej Aleksandra Zamojska jest mężczyzną pisze: Niezależnie od tego, czy używałem imion Ola, Aleks, Daniel, zdawałem sobie sprawę, że do końca życia będę pośrodku. Wiedziałem też, że mimo wszelkich zabiegów i terapii będę tylko namiastką faceta, jego żałosnym wizerunkiem), jednakże nie przeszkadzają tak bardzo w podjęciu ostatecznej decyzji. Tymczasem u osoby TG te same wątpliwości są dużo silniejsze, łatwiej bowiem o podejście nie warto. Trudniej jest powiedzieć, czego się chce najbardziej. Czy jest sens walczyć o bycie namiastką? A może uda się jakoś ułożyć sobie życie bez hormonów i nowych papierów? Cały czas poszukuje się swojej niszy w świecie jednoznacznie podzielonym na dwie płcie. Niektórym się udaje. Szczególnie artystom, którym jakoś szybciej wybacza się inności i o których wiadomo już, że nie żyją jak wszyscy. Jeśli jednak ktoś nie ma artystycznych zdolności albo dostatecznej siły przebicia? Jeśli wciąż jeszcze nie ma pomysłu na swoje życie i teoretycznie nawet zaplanował sobie życie zawodowe, ma przy sobie najbliższą osobę, ale nie wie, jako kto chce to życie przeżyć?

Z reguły ludzie, którzy decydują o tym, jak chcą przeżyć swoje życie, odnajdują siebie w czynnościach, planach, wyborach. Mają do dyspozycji ileś wzorców, z których absolutnie najprostszy to: będę się uczyć, zdobędę zawód, wezmę ślub, będę mieć dzieci, na których utrzymanie będę pracować, będziemy jeździć na wakacje, a kiedy zaczniemy się starzeć, przejdziemy na emeryturę. Oczywiście w tym wszystkim mogą pojawić się komplikacje – przede wszystkim trzeba zadecydować o swoim zawodzie, a więc o edukacji, zastanowić się, czy osoba jest właściwa, radzić sobie z nieplanowanymi zakłóceniami. Niektóre wybory sprawiają, że wzorzec zupełnie zmienia swój kształt, na przykład jeśli ktoś chce zostać podróżnikiem, jego życie ułoży się inaczej, jeśli odkryje, że jest homoseksualistą, to też częściowo wywróci jego plany. Jednakże wzorce istnieją i wiadomo, do czego można się odnieść – jest się do czego przyrównywać, co odrzucać, o czym myśleć: tak, to mój sposób, to jest zgodne ze mną, wtedy będę sobą.

Jaki jest wzorzec dla transgenderysty? Ktoś go zna?

Osoba TG eksperymentuje. Przymierza się do życia kobiety, do życia mężczyzny, porównuje się z transseksualistami i patrzy, jak daleko może się posunąć. Jest niestandardowa, więc ciężej jej stwierdzić, że coś jest zgodne z nią. Ma więcej pytań do życia i do siebie niż większość ludzkości. Bardzo trudno jest być sobą, będąc TG i mając w sobie często aż zbyt wiele pytań, zbyt wiele strachu przed odrzuceniem. Do tego potrzeba dużo siły: wewnętrznej pewności, umiejętności przebicia i uporu.

Najstraszniejsze jest chyba to, że nie ma i nie będzie uniwersalnej recepty dla każdego pojedynczego człowieka. To droga, którą trzeba odnaleźć samotnie – i ciężko nawet oglądać się na wybory innych, gdyż jeśli zna się osobiście kilkoro takich samych ludzi, można już mówić o dużym szczęściu.

Pytanie na zakończenie: czy jest coś, co Ty możesz zrobić dla osoby TG? Podpowiem: odpowiedź nie, nie ma nic jest odpowiedzią błędną.

*

Polemikę z powyższymi przemyśleniami znajdziesz w drugiej części artykułu: Transgenderyzm – życie w zawieszeniu, cz. 2: Czy na pewno?