Jak pisałem, oryginalna wersja tekstu Transgenderyzm – życie w zawieszeniu nie podoba mi się i w ogóle się z nią nie zgadzam. Pora na wyjaśnienie, dlaczego tak jest.

Główną wadą artykułu napisanego w 2006 r. jest pomieszanie dwóch celów: wyjaśnienia zjawiska i opowiedzenia o swoich lękach. Jeśli uważnie przeczytasz najpierw kontekst powstania tekstu, a potem jego treść, znajdziesz wiele punktów wspólnych: odwoływanie się do źródeł wiedzy, zagubienie i osamotnienie, eksperymentowanie z rolami, brak jasnego pomysłu na siebie.

Fragmenty opisujące transgenderyzm w sposób obiektywny  przemieszane są zatem z fragmentami wyrażającymi własne obawy. Dodatkowo całość pisana jest z perspektywy skrajnie heteronormatywnej: bycie namiastką, założenie, że można wyłącznie wpisać się w schemat albo kobiety, albo mężczyzny, sporo stereotypów związanych z płciami i ta fantastyczna wprost hierarchizacja TV – TG – TS, gdzie TG to ni pies, ni wydra.

Słabość tego tekstu jest jednocześnie w pewien sposób zaletą, ponieważ oddaje przekonania i obawy wielu ludzi znajdujących się w tej samej sytuacji: jestem trans i CO DALEJ? Natomiast jest bardzo negatywistyczny i wydaje mi się, że czytelnik zostaje z „ktoś rozumie, jak mi źle i że mam przerąbane, bo całe życie będę taki nieszczęśliwy”.

Tyle że taki czytelnik identyfikuje się przede wszystkim z lękami i postawami wpojonymi mu przez otoczenie. Bycie trans może wyglądać zupełnie, zupełnie inaczej. I skoro mnie udało się do tego dojść, to inni też mogą. Ty możesz, jeżeli masz wrażenie, że poprzedni tekst był o Tobie.

Zastanawiam się, ile osób zidentyfikuje się z tym…

Wstęp: transgenderyzm czy transseksualizm?

Może zacznijmy od tego, że obecnie nie lubię słowa transgenderyzm. Uważam je za zbyt wieloznaczne (używa się go w co najmniej trzech znaczeniach) i niepotrzebnie wprowadzające hierarchizację. Rozumiem potrzebę dookreślenia się wielu osób, rozumiem potrzebę stworzenia sobie szufladki i zakrzyknięcia „wiem, kim jestem!”, ale jednocześnie widzę, że ludzie potem chętnie w tych szufladkach zostają, a co gorsza: wtłaczają innych w szufladki. Te wszystkie „jak nie chcesz SRS, to nie jesteś żadną transseksualistką!” albo „jak ona śmie twierdzić, że jest transseksualistką, przecież chwali się ptaszkiem! Psuje nam opinię!” są po prostu niesmaczne.

Nadal mam w głowie dyskusję, w której próbowałem przekonać osobę bardzo Tru, że wcale nie musi mieć tylu problemów ze sobą i ktoś skomentował, że nie jestem TS i uprawiam propagandę opartą o jakieś fora dla transgenderystów. Jeśli ja jestem TG, a rozmówca jest TS, to faktycznie nie mamy o czym rozmawiać, bo z definicji on jest na jakieś problemy skazany, a ja z definicji jestem od nich wolny. Jeśli obaj jesteśmy trans K/M, to mogę mu powiedzieć: Słuchaj, też miałem ten problem, ale rozwiązałem go tak i tak.

A czy naprawdę z definicji jestem wolny, to już inna historia… W ramach ilustracji – ewolucja jednego z problemów.

Znikający prysznic

Rok 2007, czas pomiędzy „chcę korekty” a moim głośnym coming-outem. Mam duży problem z wchodzeniem do wanny i ratuje mnie tylko piana, zamknięte oczy i udawanie, że lustro nie istnieje. Niedługo później lustro zniknie z łazienki.

Rok 2009, środek procesu diagnostycznego. Wyjeżdżam z koleżanką na konferencję, sprawdzam pokój – o cholera, tylko prysznic. Gdzie wanna?! Wpadam w czarną rozpacz, bo jak ja się niby mam myć? Organizująca konferencję przyjaciółka, która zapewniła nam najlepszy pokój, stoi obok i widać, że jest jej przykro, mimo że staram się denerwować w miarę dyskretnie. Kombinuję z umywalką i jakoś daję sobie radę. Dochodzę do wniosku, że chyba coś z tym jednak trzeba zrobić.

Rok 2012, czerwiec. Sprawdzam pokój: ech, prysznic, szkoda, bo bym się wykąpał. Ale, ale, on ma masaż wodny? Ciekawe jak on działa. O cholera, ja chcę jeszcze raz! Zaraz, przecież mogę wziąć drugi prysznic… Skończyło się zalaniem całej łazienki, bo kabina ograniczała się do sitka w podłodze i plastikowej zasłonki.

Rok 2012, lipiec. Ciotka oprowadza mnie po mieszkaniu, w którym spędzę trochę czasu. Zaglądam do łazienki, a tam prysznic z masażem wodnym. Wybucham entuzjazmem. Ciotce jest miło i dodatkowo chwali się dużą, rewelacyjnie wyposażoną kabiną.

Był problem? Był. Jest? Coś tam pozostało, ale przede mną jeszcze jakieś pięćdziesiąt lat życia. Podobnie postępuję z innymi blokadami.

Jak już tu kilkakrotnie pisałem, dla mnie transgenderyzm mieści się w definicji transseksualizmu („pragnienie życia w roli płci przeciwnej”, wg ICD-10). Nie widzę potrzeby mnożenia bytów i dokarmiania przekonań, że o płci decydują genitalia (bo tym właśnie jest hierarchizowanie TG i TS). Poza tym rezerwuję sobie prawo do identyfikowania się samodzielnie.

Przyjmijmy jednak, że akceptuję ten termin. W tym ujęciu jestem transgenderystą, podobnie jak ludzie identyfikujący się z omawianym artykułem. I co? Czy naprawdę chodzi o „życie w zawieszeniu”?

*

Zanim usiadłem do tego tekstu, otworzyłem swój pamiętnik z lat 2005-2009. Obszerna lektura. Przeczytałem, jak widziałem siebie w roku napisania omawianego artykułu, czego chciałem, na co miałem nadzieję, co sprawiało mi problem.

Wniosek: moje potrzeby niewiele się zmieniły. Natomiast zmieniła się moja postawa, a w konsekwencji – cały świat wokół. To, co sześć lat temu było dla mnie obiektywnie istniejącym problemem, źródłem dramatów i nieszczęść, najczęściej okazywało się tkwić lub urastać w mojej głowie. Cóż za niespodzianka…

Problem (?) 1: Brak wzorca dla transgenderysty

Umówmy się: nie przepadam za wzorcami. Owszem, mam rekordowo długą listę bohaterów, których podziwiam, z którymi się utożsamiam itd., ale raczej podbieram od nich konkretne cechy niż naśladuję w ciemno. Czasami zdarza mi się błądzić po omacku, ale za to jestem bardzo dobry w coming-outach (niektórzy mają dużo trupów w szafach. Ja mam dużo szaf), a poza tym poznawanie siebie to takie moje hobby, które przekłada się na życie zawodowe.

transgenderyzm

Brak jednoznacznego wzorca kulturowego oznacza, że z jednej strony faktycznie trudno było mi odkryć, kim jestem, a z drugiej zyskałem sporą wprawę w byciu indywidualistą. Mam mało kolein, w które mogę wpaść. Nie interesują mnie tradycyjne role, a jeśli, to jest to mój wybór, a nie „społeczeństwo tak chciało, a ja nawet tego nie zauważyłem”. Jestem dość odporny na „co o mnie pomyślą?”, w większości kwestii włącza mi się I co z tego? Silny nonkonformizm wymaga z kolei zrównoważenia go kompetencjami społecznymi, więc wiem sporo o ludziach i nieźle się z nimi dogaduję mimo kilometrowej listy osobistych wad. Mogło być gorzej, prawda?

Ileś razy słyszałem od transów, że oni nie chcą być inni, oni chcą być wreszcie normalni. Dla mnie to raczej wybór między byciem sobą a wpisywaniem się w normy.

Problem (?) 2: To narażanie się na problemy

Obecne prawo i postawy ludzi rodzą pewne trudności, ale okazuje się, że większość z nich jest do rozwiązania – tylko trzeba to umieć. Początkujący transi mają (trudną do opanowania i oczywiście wzmacnianą przez środowisko) tendencję do rezygnowania z obrony własnych praw czy dbania o swoje interesy, bo trzeba by się wyoutować i wtedy nie wiadomo, co by się stało… Po narażeniu się kilkaset? kilka tysięcy? razy na taką sytuację nie kojarzę jej jako czegoś przerażającego. Takie rzeczy jak w Boys don’t cry się zdarzają, co roku obchodzimy Dzień Pamięci, szczucie osoby trans widziałem niejednokrotnie, ale raczej nie jestem typem łatwej ofiary (wyuczone).

Przykre sytuacje się zdarzają, ale rzadko. Niedawno pracownik doskonale znanej restauracji naskoczył na mnie, w dość agresywny sposób, że posługuję się nieprawidłową kartą płatniczą i skoro decyduję się na taki krok, to powinienem mieć kartę na aktualne dane. Dodatkowo gapił się na mnie w wyjątkowo obrzydliwy, rozbierający sposób. Najpierw zacząłem się tłumaczyć, a potem zorientowałem się, że się tłumaczę z prywatnych spraw. Oznajmiłem mu to. Ponieważ nadal nie odpowiadało mi jego zachowanie i miałem w głowie „co za miejsce, więcej tu nie przyjdę”, zażądałem rozmowy z kierownikiem. Przedstawiłem mu sytuację i w ten sposób to pracownik miał problem, a nie ja*.

Jestem z tego „a teraz proszę zawołać kierownika” bardzo zadowolony, bo to była pierwsza tego typu sytuacja, kiedy jasno zaznaczyłem, że wiem, gdzie ktoś przekroczył granice w kontaktach ze mną. Wiedziałem też, że gdyby kierownik zareagował nieodpowiednio, to ja mogę wybrać, czy chcę odpuścić (mógłbym), nagłaśniać sprawę (banał), a może frustrować się, że ojej, kolejna nietolerancyjna osoba, świat jest taki straszny, dajcie żyletkę… Kierownik okazał się wyjątkowo profesjonalny, więc po prostu uznałem, że sprawa zamknięta.

Problem (?) 3: TS mają lepiej!

Już nie zazdroszczę Tru TS-om. Po prostu startują z innego miejsca i przechodzą nieco inną drogę.

Nie czuję się namiastką (kogo, siebie?) i żałosnym wizerunkiem (czyim?) i współczuję Zamojskiemu, że on tak (choć książkę napisał wiele lat temu, więc może to przepracował?). Współczuję też transkobietom, które przeszły SRS i nadal nie czują się kobietami, bo przecież nie mają okresu. Oraz każdemu, kto czuje się niepełnowartościowy, bo może spłodzić/urodzić dziecka.

Nie zazdroszczę też już postawy „korekta ciała to sprawa życia i śmierci”, podobnie jak nie przekonuje mnie miłość typu „nie odchodź, nie mogę żyć bez ciebie” i kilka innych skrajności. Uważam to za nieopłacalne dla jednostki. Osłabiające. A ja nadal nie lubię słabości.

Natomiast cieszę się ze szczęścia wszystkich osób trans, które mają zdrowe, uporządkowane życie – bez względu na użytą metodę. Jeżeli komuś jest lepiej w swoim ciele po operacji i zabieg chirurgiczny ułatwia mu cieszenie się życiem, świetnie! Ostatecznie o to przecież chodzi w korekcie płci fizycznej. Zwyczajnie to nie jest metoda dla mnie.

Problem (?) 4: Zawieszenie?

Wydaje mi się, że miałem rację co do siły: wewnętrznej pewności, umiejętności przebicia i uporu. Przez cały czas mniej więcej uświadamiałem sobie, czego chcę, nie wierzyłem tylko, że jest to osiągalne – że JA mogę to osiągnąć. Wypróbowałem kilka ścieżek zastępczych – dziewczyna, butch, Tru – aż w końcu odkryłem, że naprawdę mogę mieć to, czego chcę.

(Aha, wymienionych powyżej cech można się nauczyć. Aktualnie pracuję nad korzystaniem z nich w innych aspektach życia, gdzie jeszcze nie radzę sobie tak dobrze). transgender

Chyba powinienem coś napisać o męskości, ale szczerze mówiąc, trochę mnie ten temat nudzi. W 2006 roku pisałem, że jeśli zdecyduję się na życie jako mężczyzna, chcę zachować prawo do wrażliwości. Zachowałem. Jestem radosnym miksem cech takich i siakich, mnie jest z tym dobrze, ludzie nie widzą problemu, a jeśli widzą, to jest to najczęściej ich problem, a nie mój. „Pełnowartościowość” zdefiniowałem sobie sam.

Nie żyję w zawieszeniu. Nie powiem też, że doskonale wiem, kim jestem, ale na pewno żyję jako ja. Jestem autentyczny i (przynajmniej jako osoba trans) doskonale osadzony w rzeczywistości. Moi przyjaciele i znajomi widzą i akceptują mnie, a nie jakąś fikcję. Jestem na tyle pewny własnej męskości, że mogę na przykład pokazać zdjęcia siebie jako dziewczyny, pobawić się w drag czy mówić o kobiecych sprawach oraz naprawdę nie obchodzi mnie, jak to o mnie świadczy. Wymagało to naprawdę ciężkiej pracy, ale w końcu czucie się całością okazało się możliwe. Jeśli ktoś próbuje mnie zmuszać do bycia wyłącznie heteronormatywnie pojmowanym stereotypowym przedstawicielem jednej z płci, przeważnie pokazuję mu w jakiś sposób, że to niewykonalne. Jeśli stawia mi warunki, że mam być jakiś, bo inaczej mnie nie zaakceptuje… a nie, wróć, pozbyłem się takich postaw z otoczenia.

A odcięcie sobie drogi powrotnej? Cóż… Jakiej drogi powrotnej, do bycia kimś innym?

Nie miałem racji

To była długa, trudna i dość bolesna podróż – która tak naprawdę nadal trwa. Zamierzam całe życie pracować nad samodoskonaleniem, a wbrew wrażeniu, jakie sprawiam, nadal mam sporo lęków do rozbrojenia. Na liście zadań związanych z transpłciowością zostało mi już tylko kilka pozycji, choć kto wie, może z czasem odkryję, że pod powierzchnią skrywało się coś jeszcze.

Zgodnie z definicją sformułowaną w artykule realizuję się (skutecznie!) w społeczeństwie jako osoba płci przeciwnej do tej zapisanej w chromosomach. Reszta tekstu opowiada o kwestiach, które kiedyś były dla mnie ważne, ale już nie są.

PS. Wspomniany pamiętnik z lat 2005-2009 zamierzam rozpowszechniać jako e-book (już dostępny – kliknij i zamów!). Ktoś jest zainteresowany?

* Ponieważ tak zrelacjonowana historia wzbudza wątpliwości, wyjaśniam: nie chodziło o zwykłe „ale to nie pana karta”. Bardzo szybko wyjaśniłem, dlaczego posługuję się taką kartą, natomiast wszystko co przytaczam, wydarzyło się w trakcie finalizacji płatności oraz realizowania zamówienia. Innymi słowy pracownik restauracji najpierw przyjął wyjaśnienie – oraz kartę – a potem zrobił scenę na całe pomieszczenie, podczas gdy oczekiwanym przeze mnie standardem jest „aha, rozumiem” i koniec tematu. Aha, gdyby powiedział „bardzo mi przykro, ale nie mogę tej karty uznać, proszę zapłacić gotówką”, również bym to przyjął.