Kolejna książka, kolejny artykuł o osobie transpłciowej, a ja kolejny raz czuję się niczym duch. Obserwator uczestniczący. Otaczają mnie inni… mi podobni, widzę ich, słyszę co mówią… i patrzę z boku. Ich słowa, gesty, ślady tylko czasem przecinają moją ścieżkę. A ja się dziwię. Niby rozumiem. Doświadczam tego samego.

Czasem ich nie rozumiem. Czasem oni nie rozumieją mnie. Myślenie magiczne. Kompleksy. Uprzedzenia. Uczucia. Marzenia. Obawy. Myślenie magiczne.

– Wszystkie mamy taką samą historię –
mówi Ola, strzepując popiół z cienkiego papierosa do popielniczki.

Aż chciałoby się zakrzyknąć „Jak to możliwe?!” Oczywiście, to niemożliwe. Każda osoba jest inna i inaczej postrzegają swoje doświadczenia i (prze)życia. I nie ma w tym nic złego, to dobrze. Ale jest pewien schemat pisania o osobach transseksualnych w Polsce. Schemat, który stosują też osoby transseksualne, pisząc o sobie. Schemat, który uwiera mnie niczym stanik i obezwładnia niczym okres.

Powinienem się cieszyć. Więcej narracji. Więcej osób wychodzi z cienia i mówi „tak, to ja  i moja historia”. A jednak dopada mnie znużenie. Odstaję. Czuję się obco wśród… swoich?

Muszę rozmawiać. Wgryźć. Przegryźć się. Znaleźć sposób by wyartykułować swoje obawy i potrzeby, których nie chcę mówić publicznie. Bo słowa są straszne. Takie ciężkie, śliskie i uciekają, zanim się im przyjrzę. Poobijane, przetrzebione, docierają do innych. Kotłują się i walczą ze słowami innych. Czasem idą pod rękę ze słowami innych. Ale ci inni też nie stoją na scenie mówiąc „tak, to ja i moja historia”.

Od kołyski po grób

Saga rodzinna. Biografia. Życiorys. Nudna, liniowa fabuła jak w kiepskiej grze. Wywlekanie wnętrzności, analiza kawałek po kawałku. Odkrywanie siebie. Negocjacje ze światem. Początek (narodziny), rozwinięcie i koniec (dzień dzisiejszy). Ramy kompozycji niczym szkolne wypracowanie.

Rodzę się bez żadnych powikłań.” pisze w pierwszym zdaniu Maciek.

Pierwsze zgrzyty pojawiły się w wieku 3 lat, gdy poszłam do żłobka.” pisze Lukrecja już na pierwszej stronie.

A potem kolejne lata, kolejne kroki. Co z tego, że Maciej Loter jest transfacetem, jak ja. Co z tego, że Lukrecja Kowalska też długo dojrzewała do samookreślenia? Kinga Kosińska chwyciła moje serce, bo pisała jak człowiek, a nie jak wszechwiedzący narrator, który towarzyszył bohaterowi, zaglądając mu przez ramię i wyjaśniając czytelnikowi jego/jej uczucia i kroki.

Też to musiałem zrobić, w ramach życiorysu do diagnozy. Każda diagnozowana osoba musiała to napisać. Może to jeden z powodów, że tak często zaczynają się książki o doświadczeniach osób transseksualnych?

Odkrywanie siebie

W dominującej narracji jedynym tematem, na który powinna się wypowiadać osoba transpłciowa czy transseksualna, jest odkrywanie swojej tożsamości i droga przez mękę czyli tranzycja, a wszelkie inne rzeczy pojawiają się najwyżej po poddaniu transpłciowej optyce. Tylko tyle mają do zaoferowania osoby transpłciowe? A gdzie inne tematy? Czemu o nie nikt nie pyta? No, państwo dziennikarze? Transpłciowość to tylko jedna z wielu rzeczy, która w jakiś sposób nas określa. Hobby, umiejętności, zawód, wady i zalety czy co tam jeszcze… Poza religią (co jest podkreślane tylko w przypadku Kingi czy Marianny, jako coś co łamie – nie wiadomo jaki stereotyp) mamy też jeszcze jakieś poglądy.

Dosyć znamienne było, że ostatni konkurs dla osób transpłciowych dotyczył tylko „odkrywania się”. To było takie ograniczające. Po to, żeby cisi zrozumieli. Aaaargh. Piszmy dla siebie, co? Albo o innych/różnych rzeczach, gdzie – tak jak w życiu – transpłciowość jest tylko jedną z naszych cech.

Z przyjemnością biorę udział w badaniu Agnieszki Weseli o postrzeganiu przestrzeni publicznej przez osoby nieheteronormatywne. Tak, cieszę się, że ktoś jest zainteresowany tym, co mam do powiedzenia i moim spojrzeniem. Co może być szokiem dla niektórych osób, mam „coś więcej do powiedzenia” na ten temat, bo np. angażowałem się w budżet partycypacyjny, konsultacje społeczne (i widziałem jak mało osób to obchodziło!). Teraz jestem bardziej wycofany, ale wrócę do tego. Nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa jako mieszkaniec Warszawy i obywatel Polski.

Uwięzieni

Lukrecja w ciele Krzyśka to tytuł książki, który już od początku obiecuje konkretny rodzaj narracji. W obcym ciele to tytuł serialu o osobach transpłciowych sprzed paru lat. Uwięzieni w obcym ciele to częsty motyw. Gratis w pakiecie dostaniesz „dopiero po korekcie mogą być sobą”. Do znudzenia. W konkursie było to określone jako „(…) osób transpłciowych w ich drodze do bycia sobą. „

„Uwięziony w obcym ciele” nieodmiennie kojarzy mi się z głupawymi komedyjkami, gdzie mężczyzna z kobietą zamieniają się ciałami, albo z jakimś tanim filmem science fiction.

IMHO: It’s not a bug! Cóż, moje ciało ma parę defektów (i nie mówię tu tylko o genitaliach) i nie jest takie jakie bym chciał, ale to nie powód, by ze względu na moją transpłciowość robić ze mnie więźnia i osobę ubezwłasnowolnioną. Cały czas jestem sobą. Może czasem stłamszonym, może swobodniej wyrażającym się, próbującym iść własną drogą, a nie tą, którą powinienem iść, bo ktoś to sobie tak ubzdurał. Podczas tranzycji (dekonstrukcji siebie) mogę najwyżej zacząć prezentować większą spójność między tym, jak ja się widzę i jak widzą mnie inni, albo strzepnąć te wszystkie bzdurne oczekiwania względem mnie i żyć po swojemu. Tak jak na przykład dziecko z rodziny prawników/lekarzy, które nie jest zainteresowane „rodzinnym fachem” i widzi siebie w innej roli.

Nie wiem czy to metafora, czy to próba wyjaśnienia cisom tego co przeżywamy czy naprawdę ktoś tak myśli. Ja się z tym rodzajem narracji nie zgadzam i chciałbym, żeby chociaż aktywiści znaleźli jakiś inny język, który nie będzie opisywał osób transpłciowych w taki absurdalny i poniżający sposób. Nie chcę, by z góry zakładano, że można tak opisywać wszystkich.

Podobało mi się porównanie Macieja Lotera, że tranzycja to jak wypływanie spod lodu. Ale o tym, jak ja postrzegam tranzycję, napiszę innym razem.

Opuszczeni

Doświadczenia ludzkie są różne i nie mam zamiaru negować tego, jak ktoś je przeżył (próby samobójcze, używki) ani jak zareagowali na to inni ludzie (wyrzekli się, opuścili, obrażali). Współczuję takich doświadczeń. Ale jednak chciałbym, żeby było więcej pozytywnych przykładów, że może być inaczej. Na pewno są, tylko kwestia dojścia i pokazania. Skoro można dokopać się do wierzących katoliczek wśród osób transseksualnych, można i do tych, którzy przynajmniej przez znajomych byli i są akceptowani.

Więzi ludzkie rozluźniają się z czasem, z różnych względów, nie tylko tych transpłciowych. Bycie osobą transpłciową nie ma czasem żadnego znaczenia, a inni czasem po prostu są dupkami i cały czas byli, nawet jeśli osoba transpłciowa wcześniej nie zwracała na to uwagi. Tak, to dokładnie tak samo jak cisi mówiący „nie było tego po tobie widać”. :D

W dominującej narracji „było tak ciężko, wielokrotnie się próbowałem/próbowałam zapić/zabić” czuję się, jakbym był… impostorem. Podróbką. Pojawiały się myśli, że skoro u mnie nigdy nie było tak źle, to może po prostu za słabo się starałem, żeby żyć jako kobieta? Na własnych warunkach. Może za mało zanurzyłem się w feminizm jako kobieta i nie potrafiłem twardo zaznaczyć swojego rejonu. Może jestem po prostu gender non-conforming. Rzeczywistość była irytująca, niemiła na wiele różnych sposobów, nie tylko związanych z transpłciowością, ale nigdy od niej nie próbowałem uciekać w używki/próby samobójcze. Akceptowałem tą niefajną rzeczywistość i próbowałem sobie znaleźć w niej miejsce.

I znalazłem. Nikt ze starych znajomych nie odsunął się ode mnie po coming oucie. Są osoby, które bezwarunkowo mnie akceptują i wspierają. Parę osób może się wykruszy, ale raczej to będą osoby, które kiedyś były dla mnie ważne, z którymi jakiś czas temu i tak rozluźniły się kontakty… Ale i odświeżyłem trochę kontaktów. Cóż, niektórzy twierdzą, że nawet jak początkowo znajomi są akceptujący, to i tak po jakimś czasie odpadają. Znajomi odpadają z różnych względów, to naturalne i nie rozpaczam nad tym na dłuższą metę.

Wierzę w swoich znajomych. Tych, których sam wybrałem, a nie byłem „skazany” na znajomość ze względu na swoje miejsce pracy, studia etc. A choćby i tylko jedna osoba przy mnie została (w co nie wierzę) to nie będę marudzić, że jestem opuszczony. To wielkie szczęście mieć chociaż jedną osobę, która cię wspiera i akceptuje takiego jakim jesteś.

Ja mam swoich cis&trans sojuszników, którzy dzień po dniu stoją za mną i udowadniają, że mogę na nich liczyć. Kochani, buziaczki dla was. :* Cieszę się, że jesteście w mojej drużynie i że przez te wszystkie lata trzymaliśmy się razem w zdrowiu i chorobie. ;) Buziaczki i uściski dla tych dwóch choler, co to powiedziały „no w końcu”. To była najlepsza reakcja, jakiej mogłem kiedykolwiek oczekiwać :D

Wracając do tematu opuszczenia, zgarniając po drodze typowo polską martyrologię oto cytat Anny Sierant, dziennikarki z nieznanej redakcji, która chce krwi i igrzysk. I poprawiać swoim czytelnikom nastrój, pokazując jak to innym jest źle (pod osłoną „chcę uświadamiać ludzi”).

Moim celem jest stworzenie tekstu, który przybliżyłby polskiemu czytelnikowi, przez co przechodzi osoba transpłciowa – od dzieciństwa, przez kłopoty z rodziną, polskim prawem, społecznym ostracyzmem, po bolesne operacje.

Co to za poszukiwanie cierpiętniczej sensacji?! Wszystkie wymienione „przejścia osoby transpłciowej” mogą dotyczyć też „przejść osoby cispłciowej”. Czy cis może mieć trudne dzieciństwo? Może. Może mieć kłopoty z rodziną? Może. Może mieć kłopoty z polskim prawem? Może. (Ale „kłopoty z polskim prawem” sugerują raczej łamanie prawa a nie nieprzyjazne prawo). Może doświadczać społecznego ostracyzmu? Może. Może przechodzić bolesne operacje? Może. Nie podobają mi się założenia artykułu. A co z osobami, które nie wpisują się w szablon? Autorka (niby obeznana ze środowiskiem LGBT) zapomina także, że nie każda osoba transpłciowa (nawet transseksualna) przechodzi operacje.

Chyba mam już dosyć dziennikarskiej mody na osoby transpłciowe. Dziękuję, pani Sierant.

Imię

Zauważyłem, że sporo osób transpłciowych w różnych artykułach podaje swoje imiona otrzymane przy narodzinach. Odnoszę wrażenie, że jest oczekiwanie, że będą się legitymizować tym nieadekwatnym imieniem. Rozdzielanie tego na okresy. Wcześniej był „Piotr” teraz jest „Ola” – jak to było w wywiadzie na wp.pl.

Niektórzy cisi mają jakąś obsesję „prawdziwego imienia”. Niektórzy mają ciśnienie, by poznać to nieadekwatne imię, nawet jeśli wiedzą, że sprawia ono ból. Bycie w środowisku LGBT nie chroni przed takimi kwiatkami.

To naprawdę nie jest istotne jakie jest/jak brzmiało nieadekwatne imię osoby transpłciowej. To wścibstwo i tyle. Dziennikarzom przydałoby się trochę ogłady i lekcji szacunku do innej osoby. Przecież gdy cis przedstawia się jako „Anna” czy „Marek”, nikt nie zadaje pytań o to „jakie jest twoje prawdziwe imię”. Moim prawdziwym imieniem jest to, którym się przedstawiam. Uszanuj to albo nie do zobaczenia (eufemistycznie rzecz biorąc).

O moim podejściu do imienia już pisałem, ale nie zaszkodzi przypomnieć.

Uwagi końcowe

Jeśli osobie transpłciowej odpowiada jakaś konkretna narracja, to świetnie. Tylko nikt nie powinien oczekiwać, że innym też będzie pasowała. Nie jestem uwięziony, cały czas jestem sobą i nie chcę się z tego tłumaczyć albo z faktu czemu się z tym nie identyfikuję, bo ktoś uważa, że to jest wspólne dla wszystkich.

Chciałbym więcej różnorodności w mediach lub w wydawanych książkach (choć wiem, że to może być problematyczne z różnych względów). Chciałbym, by było więcej wrażliwości ze strony dziennikarzy i innych osób transpłciowych, które mają często parcie na „uniformizację” doświadczeń. O lekarzach nawet już nie wspominam. ;)

Jakoś lepiej czuję się na anglojęzycznych forach, gdzie wypowiedzi, gdy ktoś wyraża jakiekolwiek wątpliwości, są inaczej formułowane, bardziej z szacunkiem do drugiej osoby i inności czy wspólnoty doświadczeń.

 

A jak ty odnajdujesz się w zwyczajowych narracjach? Używasz ich czy szukasz innych środków wyrazu?