Spędziłem właśnie fantastyczne pół godziny: dziękowałem po kolei wszystkim na Facebooku za złożone mi życzenia urodzinowe, czując się jak w podstawówce, gdy rozdawaliśmy sobie z okazji urodzin cukierki i chodzenie z nimi po klasie było wciąż wielkim wydarzeniem.

Podziękowałem łącznie kilkudziesięciu ludziom, dla których coś znaczę i z którymi coś mnie połączyło – czasami długie godziny spędzone na rozmowach kilkanaście lat temu, czasami widywanie się na imprezach branżowych, czasami wspólne przeżywanie wyjątkowo trudnego egzaminu. Kilkadziesiąt osób z okazji urodzin napisało mi, że życzy mi dobrze, że chce, żebym był szczęśliwy, kochany, zdrowy, bogaty i spełniony, a mnie to ucieszyło i przepełniło wdzięcznością wobec nich wszystkich. Obłędne uczucie.

W zeszłym roku moje urodziny były równocześnie tym dniem, kiedy narastająca od kilku miesięcy depresja położyła mnie do łóżka, z którego tak na dobre podniosłem się dopiero w marcu. Przez te kilka ciemnych, zimowych miesięcy byłem w tak koszmarnym stanie, że nie miałem nawet siły napisać „dziękuję”, a dobre intencje ludzi nie miały szansy do mnie dotrzeć. Czarna dziura.

W tym roku – 365 dni później – spędziłem urodziny przyjemnie i rozwojowo. Z różnych powodów nie mogę powiedzieć, by był to najlepszy dzień w roku – okazał się dużym wyzwaniem emocjonalnym – ale był ważny i na kilka sposobów przełomowy.

Jeden z tych sposobów to całkowite, świadome zignorowanie Dnia Pamięci Osób Transpłciowych, o którym przypomniałem sobie o wpół do jedenastej wieczorem. Cóż, bądźmy szczerzy: ostatnia rzecz, której potrzebuje człowiek dochodzący do siebie po epizodzie depresji, to  przypominanie sobie kilkuset osób, które były często samotne i odrzucone, i zginęły tragiczną śmiercią wskutek czyjejś nienawiści. Bardzo szybko zarażam się emocjami i zawsze przedtem traktowałem to wydarzenie, używając ponurej gry słów, śmiertelnie poważnie, zapominając zupełnie o sobie i własnych potrzebach.

W tym roku pamiętałem o moich potrzebach. Dlatego drugi dzień świętuję to, że przeżyłem kolejny rok (a mogłem nie) i cieszę się bliskimi wokół siebie. Jutro będzie kolejny dzień obchodów, bo – korzystając z weekendu – spotykam się z przyjaciółką na urodzinowym obiedzie. Zupełnie jak za czasów, kiedy nie wiedziałem, co to jest transfobia.

Wyłączenie w sobie bycia aktywistą jest trudne i w pewnym sensie nierealne. Właśnie piszę notkę o tym, dlaczego zignorowałem Dzień Pamięci – co oznaczam, że w zasadzie wcale go nie ignoruję. Ale chcę, żeby on istniał sobie gdzieś niezależnie od mojego życia. Nie zamierzam cierpieć za miliony. Kolejny transseksualista w depresji może i ładnie wygląda w statystykach („patrzcie jak nam źle”), ale nikomu nie pomaga.

Dlatego też ostatnio nie robię wielu rzeczy. Raczej nie angażuję się w wątki związane z dyskryminacją i łamaniem praw człowieka, bo zauważyłem, że to mi nie służy. Poza miłym poczuciem Cośrobienia z pewnością mam tendencję do wpadania w syndrom oblężonej twierdzy: wszyscy są wrogami, wszyscy dyskryminują, każde słowo rani i nic nie można pomyśleć swobodnie, o mówieniu nawet nie wspominając. Ych. Not the point!

Oprócz tego dążę do ponownego ograniczenia swojego zaangażowania w wątki trans do kilku rzeczy. Kilka lat temu było to bardzo korzystne i czyniło mnie przyjaźnie nastawionym do świata ambasadorem transpłciowości w cisnormatywnym świecie.

Dlatego na liście rzeczy, którym wciąż poświęcam uwagę, są: grupa wsparcia, projekt Trans S.O.S. i forum. Oraz oczywiście ten blog. Tyle. Oprócz tego siedzę w redakcji, seksuologii (szerszej niż LGBT) i informatyce (WordPress!).

No dobra, myślę wstępnie o zaprojektowaniu pierwszego autorskiego warsztatu dla osób transpłciowych, ale to w ramach wdrażania się w prowadzenie warsztatów jako takich (podpowiem, że jest to pomysł wynikający z niezwykle konstruktywnego krytycznego komentarza pod wpisem o Pozytywnej Seksualności). Kiedyś byłby to czysty, kompulsywny pracoholizm.

Jest mi całkiem dobrze. Nareszcie.

Grafika stąd