Jakoś przeżyłem święta w rodzinnym gronie. Do kościoła na szczęście nie dotarliśmy, nie siedziałem zbyt długo przy stole słuchając „retoryki miłości do innych ludzi”. Odsiedziałem swoje przy stole, starając się za bardzo nie rozmawiać. Raczej alienowałem się w innym pokoju, wisząc na necie ze znajomymi (dzięki!).

Rodzina zareagowała pozytywnie na moją zmianę wizerunku, nawet przypominają, że z taką fryzurą muszę częściej chodzić do fryzjera (będę, teraz nie jest mi wszystko jedno!). Między Gwiazdką (brak zmian w stylu) a Wielkanocą (dwukrotne zmiany fryzury, nowe okulary, częściowo nowe ubrania) sam widzę jak wiele się zmieniło. Ale niestety też wiele jeszcze przede mną. Nie mam odwagi na rodzinne spotkania założyć bindera, w którym chodzę już codziennie. Byłoby to równoznaczne z coming outem, a na to jeszcze nie jestem gotów. Zmiany na razie nie są dla rodziny na tyle wielkie by wyrwać mnie z cismatrixa albo zasiać wątpliwości. Potrzebuję ogarnąć jeszcze parę rzeczy. Mam plan, jest dobrze.

Niedługo kolejna okazja do rodzinnego spotkania, urodziny babci. Będzie rodzina, będą znajomi. Nie ucieknę do innego pokoju, będziemy w restauracji, w innym mieście. Przerażająca perspektywa, ale pewnie jakoś dam radę. Jakoś. Jak zwykle.

A jak Tobie minęły święta?