Tydzień temu odbyło się spotkanie osób zainteresowanych prawną regulacją sytuacji osób transpłciowych z Jerzym Ferenzem, przedstawicielem Ministerstwa Sprawiedliwości. Początkowo chciałem o tym spotkaniu napisać ze szczegółami, relacjonując kolejno każdy aspekt obecnej wersji projektu i nawet mam piękne (acz umiarkowanie czytelne) notatki, ale później uświadomiłem sobie, że byłoby to strasznie mało blogowe: udawałoby obiektywizm, wrzucało w rolę rzetelnego dziennikarza itd, itp. Dla odmiany moim pomysłem na blog jest podkreślanie co jakiś czas, że ilekroć zechcę, mogę być tutaj totalnie subiektywny. Bo tak.

Poza tym o projekcie rządowym pisałem już parokrotnie, w tym o tym, że zmienia się na lepsze. Mało miejsca poświęciłem natomiast Jerzemu Ferenzowi, który jest jednym z (najbardziej aktywnych) członków zespołu opracowującego założenia projektu przepisów dotyczących korekty płci. A kiedy już mu miejsce poświęciłem (o tutaj) – raczej nie pałałem do niego sympatią, ponieważ był kolejnym człowiekiem, który wyszedł z założenia, że czytanie o nas wystarczy i tak jakoś zapomniał z nami porozmawiać. Cieszyło mnie też, że wówczas bardzo słaby projekt został rozjechany walcem krytyki. (OK, to się nie zmieniło. Nadal jestem ogromnym fanem rozjeżdżania walcem tego, co w moim odczuciu jest za słabe, żeby się nadawało do użytku. Jak widać projektowi rządowemu to pomogło).

Niespełna pół roku (!) po konferencji u Rzecznika Praw Obywatelskich na spotkanie przyszedł zupełnie inny Jerzy Ferenz – nadal bardzo zaangażowany w projekt, nadal pełen przekonania, że robi słusznie, ale tym razem szczerze i głęboko zainteresowany komunikacją ze środowiskiem osób trans – co raz po raz okazywał.

Przykłady? A to powiedział, że my lepiej znamy te wszystkie drobne niuanse związane z tranzycją, a to odnosił się wprost do wyrażanych przez osoby transpłciowe zastrzeżeń do projektu, a to pytał o zdanie publiczność, bo może mamy lepsze pomysły jak rozwiązać taki a taki problem… Ponadto widać było, że ma za sobą szereg rozmów z osobami transpłciowymi i naprawdę uważnie słuchał, co jego rozmówcy mieli mu do przekazania. Po prostu myślał w zupełnie innych kategoriach niż w listopadzie. Ach, i świadomie zwracał uwagę na słownictwo, którym się posługuje. W listopadzie mówił m.in. o sprawdzaniu, czy ktoś jest „rzeczywiście transseksualny” – w trakcie tego spotkania nie zarejestrowałem niczego, co wzbudziłoby mój sprzeciw.

Słuchałem tego oczarowany, bo aż taką rewolucję widuję rzadko. Najczęściej podobny ogrom zaangażowania w zmianę własnej postawy wobec osób trans wkładają osoby bardzo nam bliskie. A tu proszę – przedstawiciel Ministerstwa. Człowiek, który ma moc, by wpływać na życie wielu osób w Polsce. I który nie tylko jest z tej mocy świadomy, ale także czuje się głęboko odpowiedzialny za to, by ten projekt przeszedł i był tak dobry, jak może być w obecnym systemie.

Ujęło mnie szczególnie to, że sam był wobec grupy słuchaczy i rozmówców bardzo otwarty. Tak naprawdę nie przyszedł na spotkanie jako Przedstawiciel Ministerstwa, tylko jako on sam – Jerzy Ferenz, mówiący sporo o sobie i okazujący dużo zaufania. Był partnerem w tej rozmowie i był w niej bardzo autentyczny. To było świetne.

Drugą rzeczą, która mnie ujął, był jego udział w sobotnim spotkaniu w Lambdzie, poświęconym książce Anny Grodzkiej, Mam na imię Ania. Nie musiał tam być. Ale przyszedł.

Tak więc jestem pod ogromnym wrażeniem. O ile nadal nieszczególnie podoba mi się podstawowe i niemożliwe do obejścia założenie projektu, czyli ta cholerna medyczna diagnostyka transseksualności (ale, uwaga, równoległe diagnozy psychiatryczne – na przykład schizofrenii czy choroby afektywnej dwubiegunowej – nie wykluczają bycia osobą transseksualną), to jednak bardzo się cieszę, że nad projektem pracuje człowiek, który nie tylko chce dobrze, ale także chce wiedzieć, jak to zrobić, żeby było dobrze.

Wow.

PS okolicznościowy. Jeżeli komukolwiek z Was kiedykolwiek będzie zależało, żeby dowolny wątek publicznej rozmowy z jakiegokolwiek powodu nie pojawił się na Trans-Optymiście, bezpośrednio wyrażone „Marcin, proszę, nie pisz o tym na blogu” jest tak z 10x bardziej skuteczne niż bezosobowa aluzja rzucona w przestrzeń, którą mógłbym przypadkiem zignorować. Jest również 1000x bardziej skuteczne niż brak jakiejkolwiek prośby czy komentarza, ponieważ mam sporo talentów, ale telepatii jakoś nigdy nie miałem okazji rozwinąć.

Foto: Edyta Baker, źródło