W tym tygodniu media ujawniły wreszcie ogólny zarys rządowego projektu regulującego sytuację osób chcących skorygować płeć transseksualnych. Samego tekstu projektu nadal nie miałem w rękach – podobnie jak Trans-Fuzja – więc jestem zmuszony bazować na niepełnych doniesieniach medialnych.

Jak wyglądają główne wady założenia projektu i dlaczego mi się nie podobają?

Archaiczny projekt

Cytując za „Rz”:

Już teraz wiadomo, że rząd chce skorzystać z procedury, którą w latach 80. ustalili specjaliści od zaburzeń seksualnych („Rz”).

Bo, jak powszechnie wiadomo, wiedza o transpłciowości od 30. lat nie uległa zmianie, a specjaliści od zaburzeń seksualnych są najlepszymi ekspertami od osób transpłciowych.

Jeżeli ktoś trafił do mnie przypadkiem, uprzejmie informuję: poprzednie zdanie ocieka ironią. Ta procedura jest przestarzała, na świecie się od niej odchodzi, a najlepszymi specjalistami od osób transpłciowych są – cóż za niespodzianka! – osoby transpłciowe.

To, co proponują jako uregulowanie prawne naszej sytuacji, powinno było zostać zapisane w polskim prawie w latach 80., a teraz uwspółcześnione. Tymczasem jest niemal wyłącznie naprawianiem wypaczeń, które powstały po drodze i w zasadzie… niewiele zmienia. (Ostatnio zaszokowała mnie informacja uzyskana od mężczyzny, który skorygował płeć dwadzieścia lat temu a następnie zniknął ze środowiska, że za jego czasów procedury trwały krócej, kosztowały mniej i, w mojej ocenie, wyglądały dużo bardziej humanitarnie).

Komisja lekarska

Najistotniejszym powodem prac nad projektem jest szacunek dla godności osób, które mają poczucie tożsamości płciowej odmienne od cech fizycznych – przekonuje wiceminister sprawiedliwości Michał Królikowski („Rz”).

Wyrazem tegoż szacunku dla naszej godności jest powołanie komisji lekarskiej, która będzie decydowała o naszym życiu. Życiu, przypomnę, pełnoletnich ludzi. Kiedy przychodzimy do lekarzy, jesteśmy – w większości – dorośli. Nie wiem jak inni, ale ja chcę mieć wpływ na swoje życie, chcę ponosić konsekwencje swoich decyzji i nie życzę sobie wyrazu szacunku w formie narzucania mi komisji, która zadecyduje, czy wolno mi żyć zgodnie z poczuciem własnej tożsamości płciowej, czy też nie.

Oprócz złości, komisja wzbudza moje obawy. „Rz” nie poinformowała, czy w projekcie jest określone, kto w tej komisji będzie zasiadał i nie doprecyzowuje roli tejże komisji, częstotliwości spotkań…

Dość często słyszę o ignorancji seksuologów w temacie transpłciowości, o zbyt gęstym sicie i nieprzepuszczaniu osób nienormatywnych, o zniechęcaniu do podjęcia korekty płci (ostatnio kolegę zachęcono, by odwiedził zakon w celu przemyślenia swojego życia), o przekonaniu, że wszyscy jesteśmy zaburzeni. Na razie nie wiem nawet, czy to seksuolodzy będą w komisji. Znajomemu blogerowi ostatnio na podstawie błędnie rozumianej klauzuli sumienia nowa lekarka pierwszego kontaktu odmówiła wypisania hormonów, mimo że poprzedniej wystarczyły dostarczone zaświaczenia.

Nie wiem, ile będzie komisji – czy jedna na całą Polskę? A może więcej? Co jeżeli ktoś odpadnie, czy jest skreślony w całym kraju? Czy będą kolejki? A może, tak jak w pewnym sąsiednim kraju, ta komisja w ogóle by się nie zebrała?

Poza tym założę się, że to będzie kolejny raz diagnozowanie transseksualizmu zamiast wykluczania innych problemów zdrowotnych. Wygląda również na to, że osoby transpłciowe nie będą miały zbyt dużego wsparcia i przestrzeni do rozmawiania o swoich obawach i wątpliwościach.

*

W projekcie ustawy o uzgodnieniu płci Anny Grodzkiej  osoba chcąca korygować płeć musiałaby po prostu złożyć do sądu oświadczenie o własnej tożsamości płciowej oraz orzeczenie wydane przez dwóch lekarzy (psychiatrów, seksuologów) lub jednego lekarza i jednego psychologa, które stwierdzałoby utrwaloną tożsamość płciową. To rozwiązanie jest wyrazem szacunku dla naszej godności.

Test realnego życia

Od przymusowego testu realnego życia na etapie diagnozy specjaliści zaczęli już odchodzić – dział się sam, po drodze. Teraz ma być najważniejszym elementem i trwać od roku do trzech lat.

Symulacja Skorygowanej Płci

Ostatnio szukałem dla siebie kursu języka angielskiego. Konsultantka jednej ze szkół zaczęła mówić, że mają niezwykle skuteczną metodę, którą jest Symulacja Pobytu za Granicą – w rzeczywistości kurs multimedialny, w którym mógłbym nagrywać swoje partie dialogu o tym, jak zgubiłem się w Londynie czy że moja siostra miała załamanie nerwowe. Nie ociekałem entuzjazmem, więc miła pani zapytała z uśmiechem, czy byłem kiedyś za granicą. Tak, byłem. Nie, o dziwo nie spędziłem tego czasu przed komputerem, odsłuchując nagranie, w którym mówię programowi multimedialnemu o fikcyjnej siostrze! Na szczęście chodziło tylko o kurs i na szczęście mogłem wybrać inną szkołę.

Metoda Symulacji Pobytu za Granicą ma tyle wspólnego  pobytem za granicą, co test realnego życia z realnym życiem.

Na czas okresu próbnego transseksualista otrzyma specjalny dokument potwierdzający nową tożsamość. Rozpocznie terapię hormonalną, jednak nie będzie mógł jeszcze poddać się nieodwracalnym chirurgicznym zmianom, np. wyglądu genitaliów. Po to, by w okresie próby mógł wycofać się ze swojej decyzji („Rz”).

Ten test jest barbarzyństwem na etapie przedhormonalnym, kiedy tak wiele osób nie ma passingu, ponieważ co to niby ma wspólnego z realnym życiem? Ale jest też zły na etapie „specjalnego dokumentu potwierdzającego nową tożsamość”. Czy cispłciowe osoby mają takie „specjalne dokumenty”? Czemu tym dokumentem nie mógłby być dowód osobisty, wymieniony tak szybko jak to potrzebne? Bo obecnie wiele osób dostaje swój prawidłowy dowód o wiele za późno, a test realnego życia dzieje się sam i tak, po drodze, w oczekiwaniu na wyznaczenie terminu rozprawy, spotkania z biegłym, drugiej rozprawy…

Kluczowy element rządowego projektu nie jest niczym nowym. Nie rozwiązuje naszego problemu życia w zawieszeniu i męczenia się z coraz lepszym wyglądem i złymi dokumentami. Odbiera nam resztki kontroli i zatwierdza problem jako coś słusznego.

Czemu testem realnego życia nie może być realne życie? Czemu nasze życia muszą zamienić się w nawet trzyletni egzamin, podczas którego będziemy odgrywali supermęskich mężczyzn i superkobiece kobiety, żeby przekonać innych, że mamy prawo do własnych tożsamości? Czy ktoś nam zwróci te nawet trzy lata i sfinansuje psychoterapię? Bo udawanie kogoś, kim się nie jest, zdrowe nie jest.

Czas trwania testu realnego życia to NIE JEST prawdziwe życie. Dużo ludzi boi się żyć tak jak chce, ponieważ uważają, że to może im zaszkodzić. Odkładają realizację części swoich potrzeb na „po zmianie dokumentów” – nie dlatego, że złe dokumenty ich powstrzymują, ale dlatego, że boją się, że realizacja ich potrzeb będzie je kosztowała właśnie zmienione dokumenty. Mamy świadomość, że dużo „specjalistów” nadal uważa, że K/M musi być heteroseksualny[1] i nie lubić współżycia, a M/K chcieć SRS, więc nasz publiczny wizerunek często jest zakłamany. Ma to być jeszcze bardziej oficjalne…?

Autorytarna decyzja

O rozpoczęciu testu i jego długości zdecyduje komisja lekarska. Wcześniej będzie musiała ocenić, czy zespół dezaprobaty płci ma charakter stały („Rz”).

Będąc młodym transem, myślałem, że życie jako mężczyzna przez rok poprzedzający wizytę u Czernikiewicza liczy się do testu realnego życia. Szybko zostałem wyprowadzony z błędu: liczył się tylko czas pod okiem lekarza. Co więcej, w drugiej połowie pierwszego – i ostatniego – roku z tym lekarzem dowiedziałem się nagle, iż w ogóle nie zacząłem testu realnego życia, ponieważ nie doprowadziłem do bycia Marcinem w pracy, więc pracuję jako kobieta, więc hormony dostanę co najmniej rok po coming-oucie tam. Odmówiłem dostosowywania się. Dla współpracowników i właścicieli firmy byłem osobą genderqueer, natomiast przedstawiciele innych firm, którzy byli naszymi klientami, znali tylko mój głos (wówczas sopran). Nie wyobrażałem sobie informowania ich o sobie. Wyjaśniłem swoje powody, nie dostałem feedbacku, a miesiąc później nagle okazało się, że reguły znowu uległy zmianie i najwyraźniej mogę dostać hormony.

To była jedyna sytuacja, kiedy odczułem na własnej skórze jak wkurzający może być przymus (!) testu realnego życia i jak łatwo jest nim manipulować. Należy pamiętać, że miałem przekonujący wygląd, nieźle rozwinięte umiejętności psychospołeczne, wsparcie w wielkomiejskim otoczeniu i w miarę przyjazne (pod tym względem) środowisko zawodowe. Oraz, przede wszystkim, i tak byłem wyoutowany, z własnej woli.

Powszechny wkurw

Dla większości osób transpłciowych górka jest znacznie bardziej stroma. W moim bezpośrednim otoczeniu jest dużo ludzi wściekłych, że oto ktoś chce im narzucić, kiedy mają się ujawnić przed wszystkimi, ryzykując utratę domu / źródła utrzymania / zdrowia i życia.

Są osoby, które nie chcą się ujawniać. Wolą przejść korektę maksymalnie po cichu, maskując zachodzące zmiany, a potem zacząć nowe życie. Te osoby, jeżeli są lękowe, często będą rezygnowały z całej procedury. Inne będą udawały przed komisją, że przechodzą test realnego życia i występowały w roli „jestem sobą, jest świetnie” podczas gdy na co dzień będą żyły zgodnie z płcią biologiczną (to takie postkomunistyczne…). Jednak znam transkobiety, które boją się pojechać do lekarza en femme, ponieważ mają podstawy by sądzić, że nie wrócą do domu całe i zdrowe. Im kombinowanie nie pomoże. I odszkodowania też od komisji nie dostaną, jeżeli ktoś im wybije zęby lub szyby w oknach.

Żadna komisja nie ma prawa decydować, kiedy mamy się ujawniać przed światem, komu powinniśmy o sobie powiedzieć i jakie inne warunki powinniśmy spełniać. To jest Polska. Mamy problem z korupcją wśród lekarzy, mamy problem z seksizmem, homofobią i transfobią – a nawet przemocą seksualną – wśród seksuologów. Już obecny system korygowania płci prowadzi do wielu nadużyć i naraża osoby transpłciowe na liczne sytuacje upokorzenia. Powoływanie komisji i nadanie jej prawa do decydowania o naszym życiu zwiększy władzę lekarzy nad nami – to ryzykowne.

Projekt rządowy

Specjalne dokumenty

Zapowiadane „specjalne dokumenty” wydane na czas testu realnego życia brzmią niejasno i również niepokoją wiele osób transpłciowych.

Trans-Fuzja próbowała sprawić, by wydawana przez nią Trans-Karta była oficjalnie uznanym dokumentem, który potwierdzałby, że Anna Kowalska ma prawo do posługiwania się dowodem na Jana Kowalskiego. Rząd tego nie zaakceptował, bo to nie było dostatecznie ważne i potrzebne. Uznanie Trans-Karty jest kwestią dobrej woli. Czyżby teraz Trans-Karta była dostatecznie ważna i potrzebna, ponieważ zaoferuje ją nam Polska, a nie Trans-Fuzja? Takie coś rzeczywiście ułatwiałoby życie, ale…

Istnieje też druga opcja: dokument używany zamiast dowodu osobistego. Do niedawna szczerze wątpiłem, by coś tak stygmatyzującego przeszło w europejskim kraju, ale skoro Niemcy wymyślili, że dla osób interseksualnych fajnym rozwiązaniem będzie brak płci w dokumentach („cześć, jestem inter”) i części ludzi nie sposób wytłumaczyć, że to złe, może dokumenty mówiące „cześć, jestem trans” również są postrzegane jako coś dobrego? Ostatecznie można powiedzieć: „sami chcieliście korygować płeć, to teraz macie za swoje i cieszcie się, że dobre państwo Polska uznaje wasze zachcianki. Przecież nie damy wam nowego dowodu osobistego! Najpierw udowodnijcie, że na to zasługujecie i nie macie zboczonych, homomałżeńskich intencji!”

Decyzja sądu

– Po zakończeniu testu realnego życia sąd wyda orzeczenie o korekcie płci metrykalnej. (…) Sądy będą działać w uproszczonym postępowaniu nieprocesowym. Po orzeczeniu transseksualista będzie mógł poddać się operacji chirurgicznej („Rz”).

Kiedy zapomni się o władzy komisji i teście realnego życia, ten fragment wygląda jak autentyczne ułatwienie nam życia. Możliwe, że będzie to wyglądało znacznie lepiej, jeżeli komisja i test z czasem staną się formalnością (kiedyś ci specjaliści muszą się dokształcić, nie?).

Chociaż też nie mam pewności czy tak wiele się zmieni, bo akta sprawy sądowej z 2010 mówią:

„Ustalenie płci w drodze orzecznictwa Sądowego nie może wyłącznie opierać się na poczuciu danej osoby o przynależności do określonej płci. Poczucie to i jego znaczenie w wielorzędowym systemie identyfikacji płci rozstrzygane być może na płaszczyźnie prawnej wyłącznie po rozważaniach na płaszczyźnie medycznej. […] Nie sposób jurydycznie ocenić płeć człowieka w postępowaniu sądowym na innej podstawie, jak po przeprowadzeniu dowodu z opinii biegłych sądowych. Ustalenie płci  człowieka wymaga bowiem wiadomości specjalnych.” (źródło)

Być może biegłych nie da się uniknąć. Ale przynajmniej nie ma pozywania rodziców. I to jest jedyna zmiana, co do której mam pewność, że jest na plus… aczkolwiek już mieliśmy czasy, kiedy ich się nie pozywało.

*

Tryb nieprocesowy jest tym, o co zabiega również Anna Grodzka w projekcie poselskim. Lepsza byłaby korekta płci w Urzędzie Stanu Cywilnego, ale to pieśń przyszłości…

Akt urodzenia

[Sąd…? Urząd] Wprowadzi zmiany do akt bieżących stanu cywilnego i wyda nowy dowód osobisty. Niezmieniony pozostanie jednak akt urodzenia.

Tego fragmentu, szczerze mówiąc, nie rozumiem. Obecnie niezmieniony pozostaje pełny akt urodzenia – dodaje się do niego adnotację o skorygowaniu płci, natomiast zmienia się akt skrócony urodzenia. Czy Królikowski mówi w tym momencie o tym samym rozwiązaniu? A może pogarsza naszą sytuację?

Niepokoi mnie to, że Ewa Hołuszko – która konsultowała ten projekt i znacząco go poprawiła (!) – wspomniała, iż projekt rządowy ogranicza nasze prawa małżeńskie i rodzicielskie. Obecnie nie jesteśmy dyskryminowani pod tym względem jako osoby transpłciowe (co najwyżej jako nieheterosekualne), ale jeżeli to się zmieni…

*

Projekt poselski miał wprowadzać zmiany w pełnym akcie urodzenia. Gwarantował również wymianę innych dokumentów wydanych na poprzednie dane. „Rz” o wymianie dokumentów w ogóle nie pisze. Czy dziennikarz uznał to za nieistotne, czy też nie dostaniemy tego na piśmie i nadal będziemy niemożliwie dyskryminowani na rynku pracy…?

O nas bez nas, jak zwykle

To, co w projekcie rządowym wkurza najbardziej mnie i wiele innych osób, to dalsza medykalizacja transpłciowości. Projekt nie był konsultowany z Trans-Fuzją, mimo że Trans-Fuzja aktywnie o to zabiegała. Nie odpowiada na autentyczne potrzeby osób transpłciowych. Był natomiast konsultowany z lekarzami i odpowiada na ich potrzeby – władzy, pieniędzy, bycia bramkarzem uniemożliwiającym „niewłaściwym osobom” wejście do klubu Płeć Przeciwna i gwarantującym utrzymanie heteronormy. Jest to dalsza medykalizacja i patologizacja naszej sytuacji, a nie „szacunek dla naszej godności”. Nie jesteśmy szanowani, jeśli to lekarzy pyta się, czego chcemy.

Projekt poselski wisi w próżni. Doczekał się numeru druku, ale z powodu zamieszczenia niewłaściwej wersji na stronie (brawo!) pierwsze czytanie projektu nie odbyło się przed wakacjami, ponieważ posłowie nie mieli czasu na zapoznanie się z poprawioną wersją. Kilka tygodni wcześniej – po nadaniu numeru druku, przed przesunięciem terminu czytania – pełnomocnik rządu ds. równego traktowania, jedna z osób pracujących nad projektem rządowym, mówiła w Sejmie, że jeśli nie dościgną projektu poselskiego, porzucą swój i włączą się w prace nad poselskim, bo taka jest kolej rzeczy. Farciarze.

Oprócz tej niezbyt jasnej sytuacji, „Panorama” uszczęśliwiła nas piękną manipulacją, z której wynika, że my, biedne osoby transseksualne, bardzo pragniemy projektu rządowego, który wybawi nas od cierpień. (Czy tylko ja mam skojarzenia z „Seksmisją”?) Wypowiedź Zuzy Stachury jest zniekształcona montażem, a wypowiedź wiceprezesa Trans-Fuzji, Wiktora Dynarskiego, w ogóle się nie pojawiła. Ilustrację przyjętej tezy uzupełnia oddanie głosu psycholog ze Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich, która mówi, że korygowanie płci jest złem, a terapia reparatywna dobrem. Można to odczytać zarówno jako modne „pokazanie drugiej strony”, jak również jako podkreślenie dobroci rządu, który uszczęśliwia osoby transseksualne mimo że Kościół widzi nas inaczej. Fajny materiał do analiz – szkoda że dotyczy nas.

A propos Kościoła, wiecie dlaczego – za Ewą Hołuszko – projekt rządowy nie wymaga sterylizacji? Nie dlatego, że wymuszanie zabiegów medycznych to łamanie praw człowieka, skądże. Dlatego, że Kościół uważa, że to grzech. Podziękujmy Kościołowi Rzymsko-Katolickiemu, że przypadkiem uchronił nas przed wymuszaniem operacji!

Po zmianie dokumentów operacje będą możliwe. Tak więc tu bez zmian.

Co jest dobrego w projekcie rządowym?

Żeby nie było, że widzę tylko wady…

  • Istnieje, zapewnia ujednolicenie procedury.
  • Nie jest najgorszym rozwiązaniem w Europie (przynajmniej na piśmie).
  • Upraszcza procedury sądowe, wprowadzając tryb nieprocesowy. Nie ma pozywania rodziców!
  • Nie wymaga od nas operacji.
  • Istnieją ludzie, dla których byłaby to zmiana na lepsze.
  • Być może da się go udoskonalić poprzez samą edukację specjalistów zasiadających w komisji/komisjach.
  • Podobno („Rz” tego nie podaje) wprowadza z powrotem refundację.

Przede wszystkim jednak dostrzegam niejasności i utrudnienia / brak zmian. I nie wiem, czy to wina projektu, czy relacji dziennikarzy. Nie tylko nie wiem, co będzie ze świadectwami pracy, aktem urodzenia, prawem do zawarcia małżeństw. Nie wiem też, co się stanie z etapem diagnozy – tym zanim dostanie się hormony. Ile potrwa? Czy zostanie ujednolicony? Jak ma się do testu realnego życia?

To, co jeszcze mnie niepokoi, to brak odniesienia się „Rz” do osób interseksualnych inny niż „O swojej płci będzie można decydować po osiągnięciu pełnoletności”. Bez zmian? Gorzej?

Zapewne pozostaje poczekać jeszcze miesiąc, aż autorzy skończą prace i łaskawie opublikują swoje dzieło. Może przy okazji wypłynie projekt poselski.

W projekcie rządowym najbardziej przeszkadza Ci... (max 5 odpowiedzi)

  • Istnienie komisji podejmującej za Ciebie kluczowe decyzje (80%, 51 Votes)
  • Przymusowy test realnego życia (od roku do trzech) (73%, 47 Votes)
  • To, że nie był konsultowany z zainteresowanymi (58%, 37 Votes)
  • Jednoinstancyjność komisji (nie ma się jak odwoływać) (56%, 36 Votes)
  • Brak możliwości rozpoczęcia korekty przed uzyskaniem pełnoletności (42%, 27 Votes)
  • Wymóg niepozostawania w związku małżeńskim zanim zacznie się test realnego życia (36%, 23 Votes)
  • Brak informacji o tym co dzieje się po korekcie płci (co ze świadectwami pracy, ZUSem, dziećmi itd.) (31%, 20 Votes)
  • Nadmierna złożoność procedury - korekta płci powinna być łatwa (31%, 20 Votes)
  • Wyelimowanie lekarzy o specjalności ginekolog-seksuolog (23%, 15 Votes)
  • Konieczność zdiagnozowania transseksualizmu (14%, 9 Votes)
  • Tymczasowy dokument tożsamości na czas testu realnego życia (11%, 7 Votes)
  • Korekta płci prawnej w sądzie, w trybie nieprocesowym (6%, 4 Votes)
  • Nadmierne uproszczenie procedury - korekta płci nie powinna być tak łatwa (2%, 1 Votes)
  • Nie mam zastrzeżeń do tego projektu (0%, 0 Votes)

Total Voters: 64

Loading ... Loading ...


Dygresja

[1] W pytaniach dotyczących życia seksualnego transseksualistów K/M (Czy transseksualiści K/M odczuwają popęd płciowy do kobiet? Czy transseksualiści K/M kontakty intymne z kobietami wyobrażają sobie jako przyjemne? Czy transseksualiści K/M uważają się za atrakcyjnych partnerów życiowych?) kobiety i mężczyźni odpowiadali istotnie różnie.  Większość kobiet prawidłowo określiła, że transseksualiści K/M odczuwają popęd płciowy do kobiet, a relacje intymne z nimi uważają za przyjemne (odpowiednio 67,3% oraz 56,5%). Natomiast najczęstszą odpowiedzią mężczyzn na te pytania było nie mam zdania (odpowiednio 47,7% oraz 64,4%). Większość studentek i studentów na pytanie Czy transseksualiści K/M uważają się za atrakcyjnych partnerów życiowych? odpowiedziała nie mam zdania (46,9% oraz 62,1%).

Źródło: Antoszewski B., Fijałkowska M., Kasielska A. (2012). Obraz transseksualistów typu kobieta-mężczyzna w społeczeństwie polskim. Psychiatria Polska. Tom XLVI, 5, 807-814.