Przed momentem wziąłem udział w burzliwej dyskusji na temat żeńskich końcówek zawodów.

Generalnie miałem zamiar napisać tylko, że nie bardzo uśmiecha mi się zostanie w przyszłości w czyichś feministycznych oczach psycholożką (tu miejsce na wyrazy powszechnie uważane za nieparlamentarne, K/My zrozumieją), ale po drodze wypowiedziała się jedna kobieta, że nienawidzi żeńskich form i ktoś odpisał jej w tonie „masz się na to zgodzić”.

No więc zostałem, bo mało czego tak nienawidzę, jak opresji w wydaniu feministycznym, kiedy jakaś kobieta lub grupa kobiet daje sobie prawo decydować w imieniu innych kobiet, co jest dla nich dobre, a co złe. Uszczęśliwianie Arabek białym feminizmem, wmawianie traum pracownicom seksualnym i psycholożkowanie kobietom-psychologom momentalnie uruchamia we mnie wkurw.

Zatem włączyłem się w dyskusję i zanim z niej sobie nie poszedłem (pani feministka użyła wobec pani tłumacz wycieczki osobistej, więc uznałem, że mam fajniejsze zajęcia), zdążyłem się dowiedzieć, że „język nie jest sprawą indywidualnych wyborów” i „osoba transpłciowa albo inny reprezentant mniejszości również nie może sobie wybrać, że inni mają się do niej zwracać w sposób nieuznany przez większą grupę – decydują całe grupy„.

To jest bardzo ciekawe podejście, bo daje pełnię władzy większości, przy całkowitym zagłuszeniu osób, które się temu sprzeciwiają. To wydaje się nawet słuszne, ale trzeba się zastanowić, kim jest „większość”. Często to nie jest większość liczebnie większa, tylko raptem kilka osób, które się przebiły i lobbują w imieniu innych. Czasami przynajmniej reprezentują tę grupę: na przykład są kobietami mówiącymi za inne kobiety albo transseksualistami mówiącymi w imieniu wszystkich transseksualnych mężczyzn i kobiet. Ale czasami są to osoby, które uroiły sobie, że teraz będą sojusznikami kogoś nieobecnego w dyskursie publicznym, nie widząc, że wcale nie mówią głosem tych ludzi – ba, niekiedy wręcz budzą sprzeciw większości realnie żyjących przedstawicieli „reprezentowanej” mniejszości.

To bardzo ciekawy problem, którego moim zdaniem każdy aktywista powinien być świadomy. Bardzo łatwo jest przekroczyć granicę i zamiast wspierać swoich, zacząć uszczęśliwiać innych na siłę. Aktywiści mają jeszcze ten problem, że przeważnie są stworzeniami stadnymi i lubią towarzystwo innych aktywistów. Prędzej czy później dochodzi do głosu znany z psychologii społecznej mechanizm: myślenie grupowe.

Co to oznacza w praktyce? Ano wyścig na bycie bardziej pro, radykalizacja działań i w konsekwencji – oderwanie od realnych problemów realnych ludzi. A potem moje koleżanki-feministki są wykluczane przez inne feministki jako podtrzymujące patriarchat tylko dlatego, że nie podpisują się pod niektórymi szalonymi ideami, a poza tym dobrze im w rolach kur domowych.

Czy transi mają taki sam problem? Chętnie posłucham Waszych opinii.

Kim jestem?
W czyim imieniu mówię?
Czy mam poparcie ludzi, którzy nie zabrali głosu?
Czy nie zabieram przestrzeni innym?

– te kilka pytań warto regularnie sobie zadawać. I zwracać baczną uwagę na sygnały z otoczenia.

Mnie na przykład doskwiera to, że na Trans-Optymiście nadal widnieją tylko moje teksty. To trochę niewłaściwe, biorąc pod uwagę mój roczny flirt z cispłciowością. Bardzo chętnie oddam przestrzeń innym, zwłaszcza osobom trans (w tym jednoznacznie TS). Transoptymista.pl to adres często wybierany przez ludzi i wyszukiwarki: jeśli masz światu coś do powiedzenia, chętnie Ci to umożliwię. Daj znać na transoptymista[at]outlook.com.