Poniższy artykuł napisany jest z punktu widzenia transseksualnego mężczyzny, który studiuje psychoterapię i terapię seksualną – łączę w nim własne doświadczenia i obserwacje z wiedzą i podejściem przyszłego terapeuty. Docelowo adresuję go do innych psychoterapeutów, ale pisząc go, cały czas miałem na uwadze, że jego głównymi faktycznymi odbiorcami będą osoby transseksualne oraz ich bliscy.

Definicja transseksualizmu

Wbrew powszechnemu mniemaniu transseksualiści to nie są „te osoby transpłciowe, które dążą do pełnej korekty płci cielesnej”. Jako psychologa obowiązuje mnie międzynarodowa klasyfikacja chorób opracowana przez WHO, czyli aktualnie ICD-10. Można w niej przeczytać następującą definicję transseksualizmu:

Pacjent pragnie żyć i być akceptowanym jako przedstawiciel płci przeciwnej, czemu towarzyszy zazwyczaj uczucie niezadowolenia (discomfort) z powodu niewłaściwości własnych anatomicznych cech płciowych oraz chęć poddania się leczeniu hormonalnemu czy operacyjnemu, by własne ciało uczynić możliwie najbardziej podobnym do ciała płci preferowanej*.

Specjalnie pogrubiłem i podkreśliłem kluczowe fragmenty. Zarówno zdecydowana większość diagnostów – jeśli nie wszyscy – jak i samych osób transpłciowych koncentruje się na części związanej z niezadowoleniem z posiadanego ciała i chęcią jego korekty, podczas gdy z definicji wyraźnie wynika, że nie jest to konieczne – zdarza się zazwyczaj. Transseksualizm jako taki nie polega zatem na wstręcie do swojego ciała, a zwłaszcza narządów płciowych (to byłyby raczej objawy dysmorfofobii), lecz na poczuciu tożsamości płciowej niezgodnej z tymże ciałem. Sama nienawiść jest zaś produktem kulturowym, zinternalizowanym przekonaniem, że o płci świadczy posiadane ciało, czy wręcz: płeć narządów płciowych. Transmężczyzna nie dlatego czuje się upokorzony, gdy ludzie widzą jego piersi, że te piersi są wstrętne same w sobie, lecz dlatego, że piersi przypisywane są kobietom i podlegają ocenie, a on kobietą nie jest i nie chce być tak postrzegany.

W tym rozumieniu pojęcie transgenderyzmu jako ogniwa pośredniego pomiędzy transwestytyzmem a transseksualizmem, polegającym na potrzebie funkcjonowania w społeczeństwie jako osoba płci biologicznie przeciwnej bez korygowania ciała, lub poprzestawaniu na hormonach (i opcjonalnie mastektomii u transmężczyzn) jest zwyczajnie niepotrzebne, podobnie jak andromimeza („naśladowanie mężczyzny”; osobiście uważam to słowo za lekceważące i protekcjonalne) i gynemimeza („naśladowanie kobiety”).  Wystarczy samo „transseksualizm”.

Nienawiść do ciała

Od jakiegoś czasu zadaję ludziom pytanie: Jak myślisz, czy osoby transseksualne rodzą się z nienawiścią do swojego ciała? Jeśli ktoś nie jest pewien, jak brzmi odpowiedź, bo temat transseksualizmu jest mu obcy lub nigdy się na ten temat nie zastanawiał, mam pytanie pomocnicze: A skąd biorą się kompleksy na tle własnego nosa czy wagi? Tu odpowiedź jest już prostsza: kompleksy zawdzięczamy społeczeństwu. Czasami jest to przekaz bardzo spersonalizowany, na przykład proste: Ale masz brzydki nos! Jak czarownica! Czarownica, czarownica!, a czasami wynika z obecnego w kulturze, aktualnego kanonu piękności – i tu słynny przykład z kobietami z malowideł Rubensa, które na pewno nie miały kompleksów na tle własnej wagi, oraz z anoreksją, która jest chorobą naszych czasów i naszej kultury – praktycznie nie występuje wśród osób dorastających w krajach, gdzie otyłość jest symbolem dobrobytu.

Analogicznie jest z nienawiścią osób transpłciowych do swojego ciała. Nie zawsze są to genitalia: kiedy kobieta ma metr dziewięćdziesiąt, co niestety zdarza się transkom, może uważać, że to przez jej wzrost ludzie traktują ją i będą traktowali jak mężczyznę, a frustracja przemieni się w nienawiść. Jednak przeważnie osoby transpłciowe dość szybko uczą się, że to narządy płciowe są kryterium decydującym o płci i to na nich koncentrują swoją nienawiść.

Nie przestaje mnie zadziwiać i niepokoić, że większość terapeutów dzieli się na tych, którzy traktują poważnie problem braku akceptacji samych siebie i swoich ciał oraz na tych, którzy akceptują transpłciową tożsamość. Brakuje mi takich, którzy powiedzieliby: Rozumiem, jesteś kobietą w ciele mężczyzny, a teraz popracujemy nad tym, abyś pokochała swoje ciało. Akceptacja własnego ciała jest jednym z kryteriów zdrowia psychicznego rozumianego jako pełen dobrobyt, więc powinno to być oczywiste… Nie jest, ponieważ „wiadomo”, że w świecie skoncentrowanym na genitaliach osoba transseksualna „musi” tych genitaliów nienawidzić.

Co gorsza, wielu lekarzy (!) oraz psychologów (!) zajmujących się osobami transseksualnymi wprost stwierdza, że narządy płciowe zgodne z tożsamością – efekt operacji na genitaliach – nie są pełnoprawne, że to zaledwie namiastka, coś zupełnie sztucznego, innego niż te u osób cispłciowych. O ile rozumiem, że tak może twierdzić człowiek z ulicy, który powie z pogardą o „doszywanym penisie”, o tyle przeraża mnie, że jedyne osoby, które rzekomo są w temacie i do których osoba transseksualna przychodzi po pomoc (!) ugruntowują w niej tylko przekonanie, że pełne szczęście jest dla nich niedostępne.

Rozumiem, że wiele osób potrzebuje tych operacji, żeby poczuć się w pełni dobrze ze sobą, że ich wewnętrzny obraz samych siebie prezentuje inne ciało niż to, które jest na zewnątrz, że dla niektórych przebycie operacji to kwestia życia i śmierci. Jeśli ktoś potrzebuje którejś z operacji, aby być szczęśliwym, powinien mieć do niej prawo. Jednak powinien to być wolny wybór tej osoby, a nie coś narzucanego przez cały świat wokół (pragnienie operacji na narządach płciowych jest przecież – niezgodnie z ICD-10 – kryterium diagnostycznym transseksualizmu dla wielu lekarzy). Nie powinno być tak, że operacje przedstawiane są jako jedyna droga do stania się kobietą czy mężczyzną, czy wręcz przybliżenia się do bycia kobietą czy mężczyzną, którą/którym się nigdy nie będzie.

Osoba transseksualna M/K powinna być postrzegana od początku jako kobieta, a celem psychoterapeuty i lekarza powinno być znalezienie dla niej najlepszej drogi do zaakceptowania w pełni samej siebie, co czasami będzie oznaczało poddanie się SRS oraz terapię wzmacniającą tę samoakceptację, a czasami samą terapię.

Analogicznie powinno być z osobą transseksualną K/M, przy czym tu należy zrezygnować z przymusowej (dla korekty płci prawnej) mastektomii, ponieważ nierzadko jest to stawianie przed wyborem: albo się okaleczasz (nie dla każdego transmężczyzny mastektomia to wybawienie, czasami to okaleczenie), albo przestajesz mieć problemy prawne i społeczne związane z niewłaściwymi dokumentami.

Tymczasem polskie prawo stoi na głowie, polscy lekarze są niekompetentni i nie potrafią przeczytać ze zrozumieniem prostej definicji, polskie społeczeństwo potrzebuje doedukowania, lekceważenie psychoterapii to problem narodowy i nie dotyczy tylko osób trans (które jej potrzebują; spróbujcie żyć przez co najmniej osiemnaście lat całkowicie niezgodnie z własnym Ja i nie mieć żadnych zaburzeń psychicznych spowodowanych takim dysonansem), a same osoby transseksualne są pozostawiane w tym wszystkim bez żadnych alternatywnych punktów widzenia.

Zaburzenia seksualne osób transseksualnych

Skutkiem błędnego rozumienia, czym jest transseksualizm, a także nabytej nienawiści do swojego ciała, a zwłaszcza narządów płciowych, są liczne problemy seksualne osób trans, przyjmowane jako coś zupełnie naturalnego, często wręcz wymaganego do postawienia diagnozy transseksualizmu (i tak jesteśmy nieźli, w jednym z krajów europejskich osoba transpłciowa musi mieć za sobą przynajmniej jedną udokumentowaną próbę samobójczą, żeby dostać diagnozę!).

U osoby cispłciowej niechęć do posługiwania się swoimi narządami płciowymi, nieobnażanie się przed partnerem seksualnym, niechęć do bycia przez niego pieszczonym, zaburzenia erekcji, anorgazmia, brak akceptacji swojej orientacji seksualnej, nabyty wstręt do seksu uwarunkowany posiadanym ciałem czy negatywne emocje po stosunku seksualnym są postrzegane jako problemy wymagające terapii. U osób transpłciowych są „normalne”, a nie tylko „powszechne”.

Wszelkie blokady seksualne u osób transseksualnych są przez terapeutów zaniedbywane lub spychane na karb braku operacji na narządach płciowych (czy braku mastektomii, jeśli transmężczyzna nie chce, by ktokolwiek widział czy dotykał jego piersi). Osoba transseksualna w trakcie „leczenia” transseksualizmu bardzo często nie jest uczona cieszenia się seksem pomimo swojego ciała, nie ma za zadanie uświadomić sobie, że jej ciało jest wyjątkowe i powinno być akceptowane przez nią i pożądane przez jej partnera seksualnego, nie jest uświadamiana, że jej zaburzenia są problemem, który powinna przezwyciężyć… Wina zrzucana jest na transseksualizm i na niewłaściwe lub zrekonstruowane przez chirurga (a więc sztuczne, niepełne, nieprawdziwe) narządy płciowe. Skoro narządy są „złe” lub są „namiastką”, brak umiejętności nieskrępowanego cieszenia się seksem staje się czymś przypisanym, niezmiennym lub uwarunkowanym operacjami.

 W rzeczywistości prawidłowo poprowadzona terapia u osoby transseksualnej powinna obejmować uświadomienie jej, że te wszystkie blokady i zaburzenia ma nabyte, że są w jej głowie i może się ich pozbyć, a następnie pomoc w ich przezwyciężaniu. Osoba transseksualna może cieszyć się seksem niezależnie od swojej anatomii, może lubić masturbację, może lubić penetrację własnej waginy lub posługiwanie się własnym penisem, może przeżywać orgazm – warto sprawić, by miała świadomość istnienia zarówno takiej możliwości, jak i prawa do przeżywania tego osobiście.

Relacje z innymi

Równoległym problemem jest niepewność osoby transseksualnej, czy kiedykolwiek znajdzie kogoś, kto ją zaakceptuje jako partnera życiowego i/lub seksualnego i ponowne uwarunkowywanie tego od przebycia odpowiednich zabiegów chirurgicznych. O ile niepewność jest zrozumiała, o tyle przeświadczenie, że jest się „namiastką” „prawdziwej kobiety” czy „prawdziwego mężczyzny” jest kolejnym aspektem wymagającym terapii (tymczasem sam słyszałem z ust jednego z moich lekarzy-seksuologów, że zawsze będę namiastką; czy ja już pisałem coś o niekompetencji polskich lekarzy zajmujących się problematyką transseksualizmu?).

 

Warto też przyjrzeć się, czy osoba transseksualna przypadkiem nie uprzedmiotawia samej siebie, koncentrując poczucie własnej wartości jako partnera seksualnego na posiadanych narządach płciowych.

Jest to istotne także dlatego, że osoba transseksualna, uważająca się za niepełnowartościową z powodu bycia trans/niewłaściwych narządów płciowych/rekonstruowanych narządów płciowych, może mieć duże trudności w znalezieniu odwagi do poszukania partnera życiowego i zaakceptowaniu faktu, że jest dla niego atrakcyjna, pożądana i wartościowa.

Może bać się, że przy pierwszej okazji zostanie zostawiona dla kogoś genetycznego, a zostawiona faktycznie nie przyjrzeć się prawdziwym przyczynom rozpadu związku, lecz poprzestać na wyjaśnieniu „bo jestem trans” – stwierdzeniu powstrzymującym jakiekolwiek refleksje i skutecznie blokującym dalszy rozwój osobisty.

Może też mieć tendencję do wiązania się z pierwszą lepszą osobą, która okaże jej zainteresowanie. Celem wielu osób transseksualnych jest znalezienie kogokolwiek, a nie znalezienie kogoś właściwego –  to również warto przepracować.

Zbudowanie i umocnienie u osoby transseksualnej szacunku do samej siebie, samoakceptacji (także ciała) i wysokiego poczucia własnej wartości powinno być jednym z głównych celów terapii.

PS. Jeśli interesuje Cię poprawa Twoich relacji seksualnych, sprawdź ten kurs.

* Org. The desire to live and be accepted as a member of the opposite sex, usually accompanied by the wish to make his or her body as congruent as possible with the preferred sex through surgery and hormone treatment. 

Źródło: http://www.genderpsychology.org/transsexual/icd_10.html