Miałem plan, żeby od listopada zacząć wrzucać na Trans-Optymistę podsumowania minionych miesięcy, ale wybrałem fatalny miesiąc na start – za dużo się działo i zwyczajnie nie dawałem rady śledzić tego na bieżąco. Nawet gdybym próbował zawęzić wydarzenia do stricte transowych, z pominięciem ogólnie LGBT (LGBt?) – to wciąż dużo. Z kolei na długiej liście wydarzeń osobistych najmilszy okazał się pobyt w polskim szpitalu publicznym: jeden dzień na beznadziejnie zarządzanym oddziale i po sprawie. To nie jest komplement dla reszty. Najbliżsi też przechodzili swoje dramaty. Ogólnie – dobrze, że miesiąc się skończył.

Kilka rzeczy, którymi chciałbym się podzielić tudzież uwiecznić je dla potomności:

1.

– Jak wielu osób trans potrzeba, by zmienić żarówkę?

– Tylko jednej, ale musi żyć przez rok w ciemności, żeby mieć całkowitą, bezwzględną pewność, że żarówkę należy zmienić, a także uzyskać potwierdzenie od dwóch elektryków (w tym co najmniej jednego z doktoratem).

Gdyby ten dowcip wymyśliła osoba z Polski, brzmiałby pewnie trochę inaczej. Jeżeli odnosiłby się do cudownych pomysłów polskiego rządu – pewnie nie byłoby jednego roku tylko trzy, i dodatkowo należałoby relacjonować komisji, że pstryka się w wyłącznik, żeby pokazać, że wierzy się, iż potrzebuje się żarówki.

Uwaga: obijanie się o meble dyskwalifikuje!

2.

Eutanazja Nathana Verhelsta. Powiedziano o niej już bardzo wiele – i jeżeli ktoś nie czytał komentarza Trans-Fuzji, najwyższa pora nadrobić zaległości! – ale to, co mnie uderzyło najbardziej, to komentarze, że widać nie był prawdziwym transseksualistą, wzmocnione gdzieniegdzie rodzajem żeńskim.

Stojące u podłoża takich tekstów przekonanie, iż jeśli identyfikuje się z mężczyzną i chce się żyć jako mężczyzna, to z automatu chce się mieć także idealnie męskie ciało, wydaje się logiczne. Narracja „uwięzionych w kobiecym ciele” bardzo temu sprzyja. Można w nią wpaść i w ogóle nie mieć świadomości, że da się żyć jakoś inaczej. W Belgii taka narracja dyktuje rozwiązania prawne, czyli – w teorii innego wyjścia naprawdę nie ma, bo nie można samodzielnie decydować, jak ma wyglądać tranzycja. W sytuacji braku wyboru często ucieka się od myślenia, bo ono tylko zawadza. A potem albo jest dobrze, albo nie…

W Polsce ponoć jest lepiej: operacja na genitaliach nie jest wymagana. A jednak takie komentarze padały również w Polsce, czyli jest wśród nas nadal mnóstwo osób transpłciowych, które myślą o korekcie w identycznych kategoriach przymusu „to oczywiste, że chcę, chcesz, chce”.

3.

A propos chcenia…

Dostałem ostatnio serię ciekawych maili od pewnej anonimowej czytelniczki (użyła pseudonimu, ale naprawdę nie wiem, czy znamy się skądinąd, czy nie), zgodnie z którymi nie jestem (prawdziwym) transseksualistą tylko transwestytą, bo (prawdziwi) transseksualiści, którzy mają prawdziwe problemy, nie przebierają się w damskie ubrania. Po moim radosnym stwierdzeniu, że tylko transwestyci M/K mogą się przebierać poprzez zakładanie kobiecych ubrań, anonimowa czytelniczka wycofała się z damskich ubrań i zaczęła mówić, że jestem transwestytą K/M, kobietą, która okazjonalnie zakłada męskie ubrania. I mnie błędnie zdiagnozowano. O ile byłem u odpowiedniego lekarza. Aha, i oczywiście psuję wizerunek.

Szczerze mówiąc, presja ze strony systemu to dla mnie pikuś. Dwa i pół roku temu stwierdziłem, że ją pieprzę i żyję zgodnie z zasadą „po mojemu albo wcale”, dzięki czemu uniknąłem pochopnej decyzji o niechcianej i niepotrzebnej mi operacji.

Presja wewnątrzśrodowiskowa (bo ktoś, kto poświęca dwa dni na przekonywanie mnie, że nie powinienem robić tego, co robię, musi być osobiście zaangażowany) jest znacznie gorsza. Do tej pory nie uzewnętrzniam publicznie niczego dopóki nie mam pewności, że jestem w bezpiecznym gronie / poradzę sobie z hejtem. A to, że pozbyłem się dysforii płciowej w nietradycyjny sposób – żyjąc po mojemu i przekraczając własne ograniczenia – jest niesamowicie dobrym powodem  hejtu ze strony każdego, komu nie mieści się w głowie, że mógłby publicznie zrobić to samo.

Bo wiecie, dysforię trzeba mieć.

4.

Na szczęście polskie narracje powoli się zmieniają, więc z czasem takich tekstów powinno być mniej.

Kamieniem milowym dla zmian może okazać się zapowiadana na przełom 2013/2014 premiera nowej książki o osobach transpłciowych. Wydana w latach 80. „Apokalipsa płci” pod redakcją Imielińskiego i Dulki, jedna z tych obowiązkowych lektur każdego nowicjusza, wiecznie dostępna na Allegro za grosze, już za kilka tygodni doczeka się godnego następcy. A może kontry, bo książka pod redakcją Anny Kłonkowskiej i Jacka Kochanowskiego jest naprawdę rewolucyjna.

Po pierwsze, nie ma w niej przestrzeni dla medykalizacji. Autorzy reprezentują nauki humanistyczne: socjologię, psychologię i filozofię – co oczywiście bardzo mi się podoba, bo medykalizacja tożsamości trans to jakaś pomyłka dziejów. Po drugie, nie ma w niej martyrologii. Po trzecie, narracje osób transpłciowych… A zresztą, zobaczcie zapowiadany spis treści:

Wstęp (Anna M. Kłonkowska, Jacek Kochanowski)

NA POCZĄTEK
Płeć: dana, zadana, społecznie skonstruowana…– na przekór dychotomii (Anna M. Kłonkowska)

(KON)TEKSTY PŁCI
„Dwa najważniejsze dni w twoim życiu to dzień, kiedy się rodzisz i dzień, kiedy odkrywasz dlaczego” (Konrad Witek)
Odważ się marzyć (Marcin Rzeczkowski „Trans-optymista”)
Poukładaną z własną teraźniejszością (Maryla Moracka)
Edyta rusza zdobywać świat (Edyta Baker)
Płeć? Dziękuję, obejdzie się (Wiktor Dynarski)

ON(A) – JA. O SOBIE.
Pomiędzy (Weronika Kami)
O poezji Weroniki Kami (Bożena Chołuj)

NA ZAKOŃCZENIE
Trans_gresje czyli czego socjologia płci/seksualności nauczyła się od osób transpłciowych (Jacek Kochanowski)

Tytuły wymiatają. Zarówno tytuły narracji, jak i część poetycka. Żaden z tytułów nie mówi o rozpaczy, depresji, utracie czy odzyskaniu nadziei do życia – przeciwnie, są aktywne, akceptujące lub zdystansowane. Najbardziej jednak lubię chyba końcówkę, czyli tytuł tekstu Jacka Kochanowskiego: oto doktor habilitowany pisze – o swojej dziedzinie! –„czego socjologia płci/seksualności nauczyła się od osób transpłciowych”.

Liczę na to, że za jakiś czas to takie książki będą klasyką. Imieliński i Dulko wiele lat temu zrobili rzecz wielką – wprowadzili temat do Polski, ratując mnóstwo osób. „Apokalipsą płci” dali im poczucie, że nie są sami i że coś z ich problemami zrobić można.  Ale, oprócz historycznego „jak żyło się osobom transseksualnym w latach 80.” ta książka nie oferuje współcześnie zbyt dużo.

5.

Na deser status z Facebooka:

Rejestrowałem się w Urzędzie Pracy.

Urzędniczka dobre pokolenie starsza, śmiertelnie znudzona swoją pracą (nie dziwię się), zaczęła rozmowę na „pan”. Podałem dowód, przedstawiłem dokumenty, świadectwa, powiedziałem co się zmieniło od ostatniej rejestracji. Urzędniczka zauważała wszystkie szczegóły, daty, nieścisłości. Tylko na widok płci w dowodzie nawet jej powieka nie drgnęła.

Wydrukowała mi oświadczenie z systemu z żeńskimi końcówkami i podyktowała ciąg dalszy: nie wykonywałem, nie byłem zatrudniony… Potem dała mi stertę papierków i recytowała ze znudzeniem po raz stutysięczny któryś: pan tu podpisze, to pan sobie zapisze, tu pan ma papierek taki, siaki, owaki.

To chyba był pierwszy raz od wielu lat w moim życiu, kiedy w urzędzie nie poczułem się w żaden sposób inny niż reszta kolejki.