Jak ileś osób miało okazję zauważyć, nie było mnie w tym roku na Paradzie. Zostałem w domu, czując się trochę słabo po ostatniej infekcji i, ku mojemu ciężkiemu zdziwieniu, w ogóle nie zrobiło to na mnie wrażenia. Zająłem się Transpomocą i tak w to wsiąkłem, że zapomniałem o bożym świecie.

Na Facebooku oczywiście wyświetlały mi się relacje z Parady (tak naprawdę dominowała informacja, że udział wzięła rekordowa ilość 20 000 ludzi) przeplatane radosnymi selfie znajomych. Widziałem je i kompletnie mi to zwisało. No dobra, przyszli, przeszli, bawili się dobrze i…? Nie czuję, żeby Parada cokolwiek w moim życiu zmieniła. Nie czuję, żeby brak mojej osoby cokolwiek zmienił w życiu świata. Po prostu zero emocji. Jakbym przeglądał zdjęcia z imprezy, na której mnie nie było.

Na początku myślałem, że to nie jest temat na tekst. Bo jak to, aktywista piszący „mam gdzieś Paradę Równości”? Bez argumentów?

Ale potem pomyślałem sobie, że właściwie mam jeden jedyny argument, ten najmojszy – nie czuję już tego wydarzenia. Nie przemawia do mnie na poziomie aktywistycznym, postrzegam je jedynie jako gigantyczny spęd ludzi – czyli coś, w czym organicznie nie lubię brać udziału. Najbardziej atrakcyjną imprezą dla wielkiej grupy osób był dla mnie zawsze wykład na studiach, nie balanga – i najwyraźniej również nie manifestacja, która prawdopodobnie zmieni w kraju niewiele więcej niż wydarzenie na Facebooku.

Im starszy się robię, tym bardziej oczekuję od działań, że będą wymiernie skuteczne. Wierzę w grupy wsparcia, w telefon zaufania i w forum pomocowe – działania, które realnie poprawiają funkcjonowanie i samopoczucie jednostek. Wierzę w coming-out przed znajomymi, który pozwala osobom LGBT żyć w zgodzie ze sobą, a otoczeniu – oswoić się z tematem. Wierzę w warsztat lub choćby prelekcję dla specjalistów i w pogadanie z wykładowcą, żeby zrobił dla studentów zajęcia o osobach LGBT – bo to rozpowszechnianie wiedzy, a zatem powiększanie grupy osób, które potrafią skutecznie pomagać (lub przynajmniej szkodzą trochę mniej).

A propos zajęć. Jakiś czas temu brałem udział w grupie fokusowej Trans-Fuzji (pisałem o tym) i jedna z uczestniczek podniosła pomysł, że pogada z wykładowcami, żeby zrobili zajęcia o transpłciowości. Ba, da im gotowe materiały, na podstawie których będzie można poprowadzić zajęcia. Chciała, żeby zaangażowała się w to Trans-Fuzja, tak aby było wsparcie jakiegoś autorytetu. Pomysł zyskał aprobatę uczestników, jednak Trans-Fuzja później podjęła decyzję, że się w to nie zaangażuje. Zamiast tego włączyła się w prace KPH nad transinkluzywnym podręcznikiem dla studentów kierunków medycznych (źródło).

Niewiele czasu minęło, odkąd opuściłem (nie na zawsze) mury uczelni. Jeszcze pamiętam, że studenci nie czytają zalecanych im książek. Dość rzadko czytają lektury obowiązkowe, przeważnie ucząc się do egzaminu z notatek i nagrań wykładów oraz z prezentacji udostępnionych przez wykładowcę, a wyjątek robią głównie dla książek napisanych osobiście przez wykładowcę. Oczywiście podręcznik dla studentów to inicjatywa ważna i potrzebna, ale umówmy się, kto do niego zajrzy? Jak zwykle – w pierwszej kolejności osoby już zainteresowane tematem. Tymczasem przekonanie choćby pięciu wykładowców pozwoliłoby tysiącom studentów każdego roku zapoznać się – choćby pobieżnie – ze zjawiskiem transpłciowości.

Medialne działania mnie nie przekonują. Niby fajnie, że o zjawisku Się Mówi, że zjawisko Jest Widoczne. Ale coraz częściej miewam wrażenie, że w takich sytuacjach cała para idzie w gwizdek. Że z niektórych rodzajów widoczności nic nie wynika. Że taka Parada, podręcznik dla studentów czy projekt ustawy skazanej na porażkę to przede wszystkim okazja, by zrobić dobrze samemu sobie – pokazać się światu, podziałać dla samego działania, spędzić chwilę czy dwie z dawno niewidzianymi znajomymi.

Jako aktywista nie zarabiam żadnych pieniędzy. Zmieniam świat w swoim wolnym czasie. Im jestem starszy, tym bardziej widzę, że moja ścieżka kariery wiedzie w innym kierunku. A to sprawia, że chcę wymiernych efektów swoich wolontarystycznych działań.

Oczywiście jest pewien wymierny efekt mojego niewzięcia udziału w Paradzie: nie pokazałem swojego zaangażowania w Sprawę, nie zaznaczyłem swojej obecności w środowisku, nie podtrzymałem i nie nawiązałem Ważnych Kontaktów. Ale chcę wierzyć, że to bez znaczenia.

Bo, mimo wszystko, nadal wierzę w to, że Parada oznacza coś więcej.

Mimo że boję się, że jednak nie.