Patrzenie, jak moja seksualność kształtowała się przez te wszystkie lata, daje mi dużo przyjemności. Kolejne epizody w moim życiu, wybory ścieżek, partnerów, kluczowe momenty, które sprawiały, że zaczynałem patrzeć na coś w inny sposób – prawdziwa podróż.

Są tam zdarzenia bardzo przykre, choć nawet te przykre są słodko-gorzkie, bo zamykając na jakiś czas niektóre drzwi, otworzyły mi nowe. Są rzeczy dziwne, jak na przykład jedno krótkie wydarzenie z dzieciństwa, które zaowocowało pojawianiem się od czasu do czasu naprawdę nietypowych fantazji. Są momenty pozornie słabo powiązane z seksualnością, jak jedno pytanie w wywiadzie (nikt go już nie pamięta) na które spróbowałem znaleźć odpowiedź. Wszystko układa się w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy, który zaprowadził mnie do punktu, w którym jestem teraz.

Za tydzień będę świętować drugą rocznicę poznania mojego partnera. Partnera, którego w życiu bym nie poznał, gdyby nie załamanie się pod wpływem iluś pozornie bardzo złych decyzji podjętych wcześniej.

Jest niezwykły i wyjątkowy, tak po prostu, bez większych starań. To jedna z rzeczy, które w nim uwielbiam – nikogo nie udaje, nie wysila się, po prostu jest sobą.

Z pozoru nie bardzo do mnie pasuje. W zasadzie nie spodziewałem się, że to nam wyjdzie; myślałem, że przygoda na jedną noc, potem, że kilkumiesięczny romans. Dwa lata i wspólne wyjście z wielu kryzysów – łał. Jest z innego kraju, z innej klasy, z innego pokolenia. Zauważamy liczne różnice kulturowe, ale nam nie przeszkadzają.

Oprócz tych różnic, mój partner jest ucieleśnieniem mojego stereotypu męskiego mężczyzny. Gdybym miał wskazać, kto mi go przypomina, na pierwszym miejscu pojawiłby się Bill Masters z Masters of Sex, tylko inaczej ukształtowany przez swoje czasy i doświadczenia, z większą samoświadomością i poszerzonymi horyzontami. Na drugim: większość protagonistów z heteronormatywnych romansów. A potem długo nic.

Zetknięcie się z kimś tak ostentacyjnie, stereotypowo męskim, twardo trzymającym się swojej tożsamości i roli płciowej, okazało się bardzo ciekawym doświadczeniem. Zawsze lubiłem wyrazistość – podobały mi się kobiece kobiety, męscy mężczyźni, oraz osoby bardzo przejaskrawione, jak na przykład Jack Sparrow lub Frank ‘n’ Furter. Lubiłem też polaryzację – przy kobiecych kobietach podkreślałem własną męskość, przy męskich mężczyznach – kobiecość (co, jak łatwo zgadnąć, było dla mnie dużym problemem na etapie silnej dysforii płciowej).

W moim partnerze wyjątkowo fajne jest to, że jest tak dookreślony, że  może sobie pozwolić na maksymalną otwartość. On jest on, a inni są inni. On jest on, a to jest coś, co lubi robić. Od kilku lat identyfikuje się jako biseksualny – ja bym powiedział, że reprezentuje modelową panseksualność. Jego podejście zachęca do eksplorowania siebie. Nie wpadam na jego granice – raczej odkrywam i przesuwam własne. Czytam, szukam, wracam do niego i pytam „co myślisz o…”, a on prawie zawsze podejmuje temat. Ostatnio, zapytany o coś, powiedział, „ja mogę wszystko”. Aha!

Zabawne jest to, w jaki sposób on wpływa na mnie. Znaleźliśmy w życiu seksualnym aktywności, które wychodzą nam wyjątkowo dobrze, zgraliśmy się ze sobą i pogłębiamy relację. To, kim jesteśmy, czego potrzebujemy, co nas różni – wszystko jest elementem gry, wszystko wpływa na nasze role.

Sam nie jestem panseksualny, przynajmniej w tym momencie, z nim – całkowicie koncentruję się na cismęskości. Natomiast coraz wyraźniej odkrywam, że przy nim nie jestem również transpłciowy, właściwie w ogóle nie jestem płciowy – jestem tym, kim chcę przy nim i dla niego być. Nie mówi mi, co go pociąga, nie stawia mi żadnych oczekiwań (chyba że poproszę wprost). To ja sprawdzam, co jeszcze pasuje mi do roli, którą sobie wybrałem, podsuwam mu pomysł i dostaję entuzjastyczną odpowiedź.

Nie mam przy nim cienia dysforii, nie mam „tego nie mogę, to powinienem”, nie mam „ale co on o mnie pomyśli”. Moja ekspresja płciowa jest czymś, co dla niego i z nim świadomie kreuję, flirtując twórczo z tym, czego dostarcza nam współczesność.

Chciałem napisać coś o tożsamości płciowej. Chciałem o niej napisać, bo istnieje taki konstrukt. Tyle że w naszej relacji kotwicą jest jego tożsamość, za to ja – ja mogę być wszystkim.