Spotkanie poliamorystów. Siedzący w kręgu ludzie po kolei mówią o sobie i o swoich doświadczeniach z poliamorią, wreszcie kolej pada na mnie.

– Nie lubię kółeczek… – wzdycham. Jak zawsze od wielu, wielu lat.
– Powiedz jak masz na imię, ile masz lat, od jak dawna nie pijesz… – proponuje jedna z osób moderujących spotkanie.
– Właściwie to nie piję, mam trzydzieści lat, a z imieniem będzie problem.
– Jak to?
– No bo może być Marcin, może być Noemi, może być…
– Noemi jest dobre.
– I ładne.
– Nie znam nikogo o tym imieniu.

Przegłosowali. Pewnie gdybym przyszedł w binderze i pod krawatem (o dziwo wiem, gdzie jest jedno i drugie: w „męskiej” szafie – tak, mam dwie! – w pudełkach ulokowanych na dolnych półkach), wygrałby Marcin. Ludzie lubią spójność.

Żeby im nie utrudniać życia, mówiłem bezrodzajowo. Po tylu latach dopiero po fakcie zauważam, że to robię. To jak osiągnięcie biegłości w języku obcym, kiedy wyrwany ze snu w środku nocy najpierw komuś odpowiadasz w jakimś języku, a dopiero potem orientujesz się, że oboje mówicie po włosku czy francusku. W tym wypadku to dalej polski, ale o innej składni i z nieco zmodyfikowanym słownikiem. Uczestnicy mówili w zależności od tego, jako kogo mnie poznali, czyli dla mnie optymalnie. 

Po ponad roku funkcjonowania jako osoba pangenderowa – raz tak, raz siak, a generalnie to nie do końca wiadomo jak – śmiało mogę powiedzieć, że największy problem z ogarnięciem mojej osoby mają inne osoby trans. Misgendering, protesty, wykluczanie – to domena tej społeczności. Ludziom cis jakoś łatwiej pogodzić się z tym, że ktoś może najpierw występować jako cisdziewczynka, potem jako transchłopiec, a potem jako dziewczynek używający trzech form rodzajowych na zmianę, w zależności od rozmówcy i kontekstu (a czasami także dnia).

Mój obecny status płciowy w stu procentach ogarniają może ze dwie osoby poza mną, więc najczęściej nieszczególnie złości mnie, kiedy ktoś ze społeczności trans strzela jakąś wykluczającą głupotą w rodzaju „ty nie jesteś osobą transpłciową” czy „ty nie jesteś K/Mem”. Niemniej jednak, ponieważ takie sytuacje się zdarzają…

Pangenderowość, jak ja ją rozumiem, to identyfikowanie się ze wszystkim jednocześnie. Mógłby być bigender, ale bigender jest dychotomiczne, a ja dychotomiczny jestem tylko z pozoru.

Na przykład, pisząc te słowa, czekam właśnie na kolegę, który ma mnie odwiedzić. Kolega zna mnie jako kobietę, ale wie o moim przeszłym i do pewnego stopnia teraźniejszym funkcjonowaniu. Mam na sobie (tak, ja wiem, że to fascynujące) czarną bluzeczkę w białe grochy i czarne legginsy, a na ustach ciemnobordową szminkę. Włosy? Sprawdźcie Velmę Kelly z Chicago i wyobraźcie sobie, że powinna iść do fryzjera tak ze dwa tygodnie temu. Piszę sobie w rodzaju męskim, którego używam znacznie częściej niż żeńskiego (choć obydwu płynnie), a obok mnie leży zwinięta w kłębuszek Sabinka, która zna mnie jako swojego Pana i której nie będę robić wody z mózgu (Panią Sabinki jest zupełnie inna osoba).

Moja publiczna tożsamość to wciąż Marcin Rzeczkowski, tak kojarzy mnie społeczeństwo i tak są podpisane moje dawniejsze teksty wydane drukiem oraz tekst wysłany na konkurs literacki Trans-Fuzji i Tolerado. Tak też zarejestrowałem się ostatnio na konferencję o zdrowiu osób LGBT organizowaną przez Kampanię Przeciw Homofobii. No bo jak inaczej miałbym pójść? Ale miałem sprawę do mojego przyszłego promotora, więc ubrałem się jak grzeczna acz kobieca studentka.

– Może mnie nie być na liście, rejestrowałam się dopiero wczoraj.
– Jak się pani nazywa? – pyta mnie miła dziewczyna z rejestracji.
– Marcin Rzeczkowski.
Nerwowy śmiech i błyskawiczne przejście do profesjonalizmu. Konferencja jest o osobach LGBT, należało się spodziewać, że przyjdzie osoba tak bardzo queerowa.
– Chwileczkę. Hmm… Rzeczywiście, nie ma pani na liście. Proszę. – Miła rejestratorka wręcza mi materiały konferencyjne.

Dla mnie to wszystko jest spójne – po prostu różnym ludziom (i zwierzętom) prezentuję różne aspekty siebie w zależności od kontekstu.

Niektórym ludziom to się upraszcza i dochodzą do wniosku, że skoro funkcjonuję jako cislaska, to już nie jestem trans. Tylko heloł, tą laską jest Marcin. I możecie poznać tylko tę laskę, ale gdzieś tam dalej nadal jest Marcin – ta sama osoba, co dwa lata temu, tylko z nieco innym wyglądem oraz podejściem do siebie i świata. 

Co więcej, szereg ludzi jest przekonanych, że skorygowałem płeć, ale w drugą stronę – i autentycznie nie wierzą mi, kiedy przysięgam, że urodziłem się płci żeńskiej. Myślą, że mówię o stanie umysłu albo że się wstydzę swojej transkobiecości lub boję ich odrzucenia. („No przecież słyszę, kim jesteś!”). Dla moich sąsiadów, którzy dwa lata temu poznali mnie jako Marcina, z całą pewnością jestem transwestytą-gejem albo kimś w tym stylu (pewnie nie znają terminologii, ale wystarczyło im wytłumaczyć, że jestem osobą transpłciową i będą mnie widywali raz tak, a raz siak). Mówią „panie sąsiedzie”. Przemili ludzie.

Zresztą detranzycją w moim wykonaniu ma szereg wspólnych elementów z tranzycją, tylko że w drugą stronę. Jest jak uczenie się biegłości w rzekomo ojczystym języku, którego nigdy nie poznało się zbyt dobrze, którego się zapomniało i w którym już zawsze będzie się miało cudzoziemski akcent. Przez długi czas wyglądałem i zachowywałem się jak początkujący crossdresser z dwoma żeńskimi ciuchami na krzyż (nie licząc strojów fetyszystycznych; de-tranzycję zaczynałem od bieliźniano-makijażowych zabaw z partnerem). Jak to wygląda teraz? Teraz jestem bardzo doświadczonym crossdresserem, ale wciąż daleko mi do ciskobiet. W domu, jak zawsze, zakładam to, co akurat leży na wierzchu, za to z wyjść dość często czynię spektakl jednego aktora i na przykład bardzo stanowczo podkreślam kobiecość. Lubię czerwone szminki, wyraziste lakiery do paznokci, kabaretki itd.

Ludzie, którzy pragną uprościć tę dziwaczną Marcinową rzeczywistość, z rozkoszą dokonują selekcji niewygodnych faktów. Nagle nie ma już znaczenia moje wieloletnie funkcjonowanie w męskiej roli, przejście diagnozy, branie hormonów albo ciągnąca się od czasów nastoletnich dysforia płciowa. Kompletnie przestaje istnieć moje bycie spikerem osób transseksualnych w czasach, kiedy sam byłem jak najbardziej transseksualny. Nagle liczy się tylko tu i teraz. I to, co dana osoba chce widzieć.

Rzekomo nie wiem więc, czym jest bycie K/Mem, bo (jak ludziom się wydaje z dzisiejszej perspektywy) nigdy nim nie byłem. A nieprawda. Odczuwałem wszystko tak, jak każdy inny K/M. Inaczej przecież już dawno zauważyłbym, że nie przystaję do tej grupy, a inni K/Mi nie identyfikowaliby się z moimi dawniejszymi tekstami. Bez trudu zidentyfikowałby mnie również mój diagnosta.

Rzekomo nie jestem również w ogóle osobą transpłciową, „bo przecież pisałem, że mnie źle zdiagnozowano”. Ano tak. Diagnoza transseksualizmu była błędna. Ale kiedy z dziesięć lat temu zobaczyłem słowo „bigender”, pomyślałem, że takie życie byłoby super i zupełnie w zgodzie z moimi potrzebami, tylko szkoda, że tak się nie da… No a teraz żyję sobie w zgodzie ze sobą w dwóch rolach. I to, że nie emanuję transpłciowością, bo (po raz kolejny) staram się przy obcych uchodzić za osobę cis oraz lubię to uczucie bycia kimś określonej, normatywnej płci, wcale nie przekreśla bycia do bólu trans. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie.

Teksty osób, które próbują mnie zaklasyfikować jako jakąś tam osobę, jako żywo przypominają mi te, które są codziennością osób biseksualnych i panseksualnych. „Skoro masz chłopaka, to jesteś hetero”. „Skoro masz dziewczynę, to teraz i od zawsze jesteś lesbijką”. Nie. To tak nie działa, laiku.

Jestem całością moich doświadczeń, a nie stanem obecnym. Dzień dzisiejszy nie przekreśla na przykład początku stycznia 2010 roku, kiedy wracałem do domu jak na skrzydłach, dzierżąc w dłoni pierwszą receptę na testosteron. Niemal absolutny brak dysforii płciowej żadną miarą nie osłabia jej nasilenia w czasach, kiedy nie byłem w stanie trzymać lustra w łazience i myłem się tylko w wannie pełnej piany.

Jeśli chcę odnieść się do tego, co czują osoby transseksualne, po prostu cofam się w czasie. Do czasów, kiedy miałem lat dwadzieścia, dwadzieścia parę. Chyba że już nie mam adekwatnego wspomnienia albo widzę je przez pryzmat przyszłych doświadczeń (tak jak teraz zupełnie inaczej postrzegam problemy nastolatków). Nie do wszystkiego mam dostęp, ale to nadal nie czyni dawnego doświadczenia niebyłym. Kiedyś moja fałszywa transseksualność naprawdę stanowiła 100% mojego życia, a detranzycji za nic w świecie nie wziąłbym pod uwagę. I gdyby ktoś mi powiedział, jak będę teraz żył, zareagowałbym naprawdę ostro.

Pomijając już trudne stany emocjonalne, jakie budzę w osobach identyfikujących się jako transseksualne, które w mojej narracji znajdują punkty wspólne, ludziom z pozoru w temacie strasznie trudno to wszystko ogarnąć.

Kiedy ostatnio próbowałem wytłumaczyć w gronie osób trans, kim właściwie jestem, usłyszałem między innymi, że to niemożliwe, żeby czuć się różnych płci w zależności od nastroju – bo płeć to przecież coś znacznie więcej niż nastrój. Odpowiedziałem, że czuję się, jakbym tłumaczył komuś cispłciowemu, czym jest transpłciowość. Spore zgorszenie wzbudziło też – co ważne, w transkobietach – moje dostrzeżenie pewnych podobieństw pomiędzy detranzycją K/Ma a tranzycją M/Ki. Wprawdzie podobieństwa sięgają tylko poziomu roli społecznej i wizerunku (pod spodem dalej ja jestem K/Mem, a one są M/Kami), ale jednak są.

Są jednak tacy, którzy potrafią to jakoś podsumować.

Dawno temu, jeszcze zanim w ogóle rozpocząłem diagnozę, moja współlokatorka napisała na karteczce Marcin = TS K/(TV M/K). Ostatnio zaś odebrałem telefon od mojej matki:

– Ja już wszystko wiem. Ty jesteś K/M/K.