Wczoraj Fundacja Trans-Fuzja zamieściła taki oto status na swoim Facebooku:

To oczywiście bardzo dobra wiadomość, którą z przyjemnością tu udostępniam. Mnie też cieszy, że jest coraz więcej produkcji poruszających temat… tylko czy aby na pewno transpłciowości?

Od kilku lat obserwujemy prawdziwy wysyp książek i filmów przedstawiających nas samych. Jednak praktycznie zawsze „nas” oznacza „osoby ze spektrum M/K”.

„W obcym ciele” opowiadało o drag queens, transwestytach M/K, transseksualnych kobietach i innych osobach z tego spektrum transpłciowości. Na doczepkę ma jednego (1) transchłopaka, który wystąpił w bodaj dwóch odcinkach, mając łącznie kilka minut czasu antenowego (szkoda, bo Dolar wypadł naprawdę dobrze).

Kilkuletnia już „Trans-Akcja” jest o transseksualnej kobiecie. Pojawia się w niej Wiktor Dynarski, który wspomina między innymi o uprawomocnieniu wyroku stwierdzającego, że jest mężczyzną, ale pełni rolę znajomego Anny Grodzkiej.

„Mów mi Marianna” jest o transseksualnej kobiecie (z „dziewczyną, która czuje się chłopakiem” w bodaj dwóch scenach), rewelacyjny skądinąd  „Brudny róż” jest o transseksualnej kobiecie. A gdzie są książki i filmy o transmężczyznach?

Głos transmężczyzn nie wybrzmiał także dostatecznie mocno w antologii „Namaluj mi wiatr”, gdzie znalazło się jedno opowiadanie Wiktora na szereg opowiadań i wierszy osób trans M/K i o osobach trans M/K.

Chlubnym wyjątkiem jest cieplutka jeszcze antologia nienormatywnych narracji „O płci od nowa”, gdzie znalazło się aż kilka narracji osób ze spektrum K/M i poświęcone specyficznym dla nich problemom opowiadania (wspomniany już przeze mnie „Dyptyk”), jednak antologie rządzą się swoimi prawami.

Kiedy ostatnio pojawiło się coś polskiego, w czym rolę głównego bohatera  bądź narratora odgrywałby transmężczyzna? Chyba w 2005 roku, kiedy to ukazała się książka Daniela Zamojskiego. (Poprawcie mnie, jeśli się mylę).

Podobny problem obserwujemy w twórczości zagranicznej, gdzie znane filmy poświęcone transmężczyznom można policzyć na palcach jednej ręki kogoś, kto miał zbyt bliski kontakt z ostrymi przedmiotami.

Obawiam się, że jest to produkt skrajnie niesprawiedliwej socjalizacji płciowej – tej, w której chłopcy (a więc i „chłopcy” wyrastający na kobiety) są zachęcani (i zachęcane) do podejmowania wyzwań i aktywnego uczestniczenia w życiu społecznym, a dziewczynki (i transchłopcy) – do siedzenia cicho.

W efekcie mamy sytuację, w której doświadczenia mężczyzn rozciągane są na ogół populacji, a doświadczenia transkobiet – na spektrum wszystkich osób transpłciowych. Takie zjawisko, przypomnę, nazywamy seksizmem. Niech to słowo wybrzmi dostatecznie mocno. S-E-K-S-I-Z-M.

Warto też zauważyć, że o ile kobiety doczekały się całkiem dużej (wciąż niewystarczającej) ilości działań mających na celu ich aktywizację, o tyle żadne „(nie)grzeczne dziewczynki”, parytety, kursy tylko dla kobiet itp. nie trafią do transmężczyzn – mniejszości podwójnie marginalizowanej ze względu na swoją płeć. Zdecydowana większość transmężczyzn za żadne skarby nie skorzysta z programu skierowanego tylko do kobiet, bo wzbudziłoby to w nich skrajną dysforię.

Konieczne wydaje się zatem podjęcie szeregu działań, mających na celu spopularyzowanie problematyki transmężczyzn, a przede wszystkim – zachęcenie ich samych do przełamania swoich oporów i szerszej obecności w życiu kulturalnym i społecznym. Dość mam cichych komentarzy transchłopaków w kuluarach, że czują się niedoreprezentowani, niedostrzegani i marginalizowani. To nudne i przykre. Zmieńmy coś!

PS. Ostatnio Trans-Fuzja wraz z Tolerado ogłosiły konkurs literacki, w ramach którego można do końca marca nadsyłać transowe narracje (szczegóły), zatem transmężczyźni – do piór! (Niestety nie wiem jeszcze, kto – poza Kingą Kosińską – będzie w jury, a zwłaszcza czy będzie w jury jakiś transseksualny mężczyzna. Oby tak było!)