Do niezadowalającej wiedzy ogółu społeczeństwa na temat osób transpłciowych można się przyzwyczaić. Nie oczekuję na przykład, żeby moja sąsiadka, z którą rozmawiam o naszych psach, umiała rozróżnić transwestytyzm od transseksualności. Nie wymagam, żeby kierowca  recytował z pamięci wszystkie etapy korekty płci. Nie jest im to do niczego potrzebne. Od pracowników zajmujących się obsługą klienta oczekuję, by nie robili sceny i gładko prześliznęli przez zawiłości podwójnych danych, ale przeważnie jest to kwestia ich profesjonalizmu, nie znajomości procedury korekty płci prawnej.

Są jednak ludzie, od których oczekuję więcej.

Świeżo upieczona mgr psychologii

Jedna z moich współstudentek świeżo po obronie otworzyła prywatną praktykę psychologiczno-seksuologiczną. Opisując swoje kompetencje, wymieniła wszystko, czym seksuolog może się zajmować, w tym także „problemy w zakresie tożsamości płciowej”. Trudny, złożony temat, który wymaga przynajmniej świadomości istnienia cisnormy. Pisałem wielokrotnie o tym, jak nieprzygotowani są psycholodzy, a tu akurat mam pewność, że nie miała tego na studiach (bo jakby miała, to ja też bym miał) i szczerze wątpię, by nadrobiła zaległości, zwłaszcza że nie za bardzo miała gdzie.

Wyobraziłem sobie, że przychodzi do niej jakaś osoba z nieco mniej podręcznikową historią, przeszczęśliwa, że znalazła kogoś, kto pisze, że się tym zajmuje i na tyle naiwna ufna w wiedzę specjalistów, by nie sprawdzić dobrze kompetencji – a mgr psychologii udaje, że sobie radzi. I o ile na obcych reaguję uogólnioną frustracją, o tyle ta konkretna psycholog jest moją znajomą – zupełnie inny odbiór.

Seksuolodzy i mniejsze zło

O ile coraz częściej spotykam psychologów-seksuologów, którzy naprawdę znają się na tematach trans, o tyle kompetencje lekarzy-seksuologów wołają o pomstę do nieba. W Warszawie mamy trzech specjalistów, a wybór najlepszego wygląda mniej więcej tak:

  • Nie masz kasy, ale chętnie się stawiasz lub z natury jesteś masochistą i kręci cię syndrom sztokholmski? Wybierz bramkę numer 1.
  • Masz dużo kasy i lubisz ją wydawać na załatwianie spraw szybciej i skuteczniej? Wybierz bramkę numer 2.
  • Lubisz lekarzy bardziej przyjaznych niż profesjonalnych i nie dbasz o lekkie przekraczanie granic intymności, jeśli w zamian dostajesz dokładnie to, czego chcesz? Wybierz bramkę numer 3.

Miałem bezpośredni kontakt z wszystkimi trzema w ich miejscach pracy – oraz dodatkowo z czwartym, który jest biegłym podobno macającym transkobiety po cyckach – i każdemu mam dużo do zarzucenia. A im lepiej zaczynam rozumieć, że mam takie same prawa jak każdy inny człowiek, tym bardziej jestem wściekły, że ludzie, których psim obowiązkiem jest niesienie pomocy, nie tylko nie do końca się znają na temacie, ale przy okazji wykorzystują przewagę dla własnych – rozmaitych – korzyści.

Ginekolodzy – kogo właściwie polecam?

Z okazji projektu Przyjazny Ginekolog przypomniałem sobie swoje doświadczenia z ginekologami z minionego roku. Były dwa, oba w te wakacje, oba spowodowane jednym stanem zapalnym, który wyglądał dla mnie mocno podejrzanie.

Pierwsze doświadczenie: NFZ, przychodnia koło domu (ta sama, w której przyjmuje opisany już psycholog).

Zapisy u pielęgniarek. Miałem bardzo duży problem z przewalczeniem prawa do wejścia do gabinetu, bo pielęgniarki uważały, że powinienem iść one nie wiedzą dokąd, ale „nie wiedzą, czy doktor będzie chciał przyjąć taki przypadek”. Wydaje mi się też, że pomyliły mnie z interseksualistą. Do tego standardowe problemy z rodzajem, „panią czy panem”, zastanawianie się czy mam wypełniać papierek o wyborze położnej, zdumione spojrzenia i cała reszta. Podjąłem walkę o leczenie (wyłącznie ze względu na zdrowie partnera), przemęczyłem się w poczekalni, wszedłem.

Lekarz w teorii nie miał problemu z „takim przypadkiem”, w praktyce traktował mnie bezosobowo. To nie była tylko kwestia form neutralnych. Po całych bojach z pielęgniarkami przemilczenie transpłciowości było dużą ulgą, tylko przy okazji doktor zapomniał chyba, że jestem osobą. Cała moja wizyta zmieściła się w siedmiu minutach, z czego badanie trwało dziesięć sekund, a przestrzeni na jakąkolwiek rozmowę po prostu nie dostałem. Wyszedłem pełen wątpliwości co do profesjonalizmu lekarza i wykupiłem lekarstwo, które nie pomogło.

Za drugie doświadczenie zapłaciłem kupę kasy, ale nie miałem żadnych problemów z wejściem do gabinetu, prawidłowym rodzajem czy rozmową na temat objawów, przyczyn, metod leczenia. Okazało się, że lekarz numer 1 miał rację co do diagnozy, tylko przepisał nieskuteczne lekarstwo (drugie działało). Zdenerwowało mnie tylko wydziwianie nad byciem gejem, bo „po co ci seks, jak możesz się masturbować”. Byłem tak szczęśliwy, że wizyta przebiegła fantastycznie (z perspektywy transmężczyzny), że dopiero po kilku miesiącach – i polecaniu ginekologa innym – zorientowałem się, że lekarz spoufalał się ze mną na tyle, że poczułem się zbyt niezręcznie, żeby chcieć wracać po wyniki badania.

Współpraca z organizacjami pozarządowymi

Niewiedza w najbliższym – współpracującym – otoczeniu frustruje chyba najbardziej. To już nie są obcy, do których się idzie, żeby skorzystać z usługi, to są partnerzy, łączą nas wspólne cele…

Do tej pory kilkakrotnie zdarzyło mi się ściąć z przedstawicielami organizacji, którzy z racji swojej działalności powinni być obeznani z tematyką trans, a którzy – w rozmowach prywatnych czy w pracy – prezentowali skrajnie cisnormatywną perspektywę. Czasami to była kwestia priorytetów, czasami rażącej ignorancji, czasami przekonania, że wolno im obrażać osoby transpłciowe.

Kilka miesięcy temu pewna grupa szkoleniowa – sami aktywiści – uświadomiła mi, że miałem zbyt niskie oczekiwania, niedostosowane do współczesnych realiów. Zwróciłem edukatorce sekualnej uwagę na cisnormę, zrobiłem mini wykładzik o osobach trans… i po raz pierwszy w życiu zetknąłem się z silnym oburzeniem, że grupa dowiedziała się tego wszystkiego ode mnie, a nie od prowadzącej. Było to bardzo pozytywne doświadczenie, które wyleczyło mnie z tolerancji dla usprawiedliwiania niewiedzy w wykonaniu organizacji mających w profilu działalność na rzecz osób LGBT, antydyskryminacyjną czy związaną z edukacją seksualną młodzieży prostym „ale my nie jesteśmy Trans-Fuzją, my nie musimy”.

Potem od jednej z uczestniczek tegoż szkolenia usłyszałem fantastyczną historię o tym, jak prowadziła zajęcia z edukacji seksualnej w szkole i wśród uczniów był niewyoutowany, stłamszony K/M. Dostosowała zajęcia do niego, wtrącając mimochodem uwagi o genderze i LGBT, a chłopak dosłownie rozkwitał w oczach. Chyba się nie pomylę, jeśli założę, że po raz pierwszy w szkole dostał aż takie wsparcie ze strony dorosłego.

Studia podyplomowe z seksuologii

Problem specjalistów związany z transpłciowością rozjaśnia chociażby program pewnej podyplomówki. Nazywa się ono Podyplomowe Studium Pomocy Psychologicznej w Dziedzinie Seksuologii powołane przy Instytucie Psychologii UAM. W ramach tego studium przyszli seksuolodzy kształcą się m.in. w tematyce transpłciowości. Przedmiot nazywa się „Zaburzenia tożsamości płciowej. Transpozycje płci” i jest trzygodzinnym wykładem doktora Dulki – który ma wiedzę z lat 90. i nie umie jej przekazać.

Oczywiście, ekspert z każdej dziedziny powiedziałby, że trzy godziny to za mało i można co najwyżej liznąć temat. Niemniej jednak to wciąż są trzy godziny (stereotypowej i nieaktualnej) wiedzy – dużo więcej niż miała moja koleżanka ze studiów czy inni frustrujący mnie specjaliści, których opisałem powyżej.

Większość specjalistów nie tylko nie zna się na osobach transpłciowych. Często nie wiedzą, że się nie znają, bo dostępna wiedza jest nieaktualna. Co gorsza, wielu z nich nie rozumie, że powinni się znać. Nie dlatego, że Się Powinno, tylko dlatego, że ich niewiedza jest szkodliwa. Bardzo medialny seksuolog doktor Depko rozpowszechnia stereotypy o (braku) seksualności transmężczyzn i robi z doświadczeń seksualnych transkobiety sensacyjkę w telewizji. KPH i Ponton w pierwszej wersji ankiety Przyjazny Ginekolog pominęli transmężczyzn, rozpowszechniając stereotyp, że ginekolog jest wyłącznie dla kobiet – bardzo doceniam, że pracują nad jej poprawieniem, ale i tak czuję duże rozczarowanie. Absolwentka psychologii może być kolejną osobą zrażającą transów do poszukiwania pomocy psychologicznej. Lekarze-seksuolodzy to temat na odrębny tekst… Prawa człowieka - mają je wszyscy, cis i trans!

Bardzo wysokie wymagania, i stale rosną

Oczekuję od specjalistów, których działalność zahacza o transpłciowość, że jeśli będę ich beneficjentem, to po prostu skorzystam z usługi – nie tylko bez walk o prawo dostępu, chamskich komentarzy i odpowiadania na wścibskie pytania & jako mężczyzna, ale także bez przerzucania na mnie odpowiedzialności za ich brak przygotowania.

Nie chcę musieć cierpieć czy po prostu tracić czas z powodu nieprzygotowania diagnosty, seksuologa, psychoterapeuty czy weryfikującego moją tożsamość policjanta (też temat na oddzielny tekst, ale zważywszy na okoliczności nie chcę go pisać). Edukacją zajmuję się na blogu i w innych miejscach, które sam wybieram jako obszar własnej pracy – dlaczego miałbym to robić w cudzych miejscach pracy?

…A potem sobie przypominam, że tak naprawdę ja się wciąż uczę własnych praw. A potem słyszę, że ktoś nie zna drugiej osoby transpłciowej z tak wysokimi wymaganiami jak moje. A potem spotykam kobietę, która wróciła z Kanady i opowiada mi, jak tam traktuje się osoby trans – i zdaję sobie sprawę, że żądam absolutnych podstaw.

PS.

Jeśli wiesz o tym, że ktoś jest silniejszy od Ciebie lub kogoś innego, sprawia Wam ból, powoduje cierpienie, wykorzystuje Was do własnych celów, łamie Wasze prawa – prawdopodobnie doznajecie przemocy ze strony tej osoby.

(Tekst umieszczony na adresowanym do dzieci plakacie Niebieskiej Linii).