Kiedy w Polsce ktoś wchodzi w dyskurs antydyskryminacyjny, często mam wrażenie, że skupia się na poszczególnych drzewach, zapominając o lesie. Mówimy bardzo dużo o różnych grupach dyskryminowanych, nazywając je po imieniu – segregując jak na obrazku powyżej– ale bardzo mało o dyskryminacji.

Tak jakby współcześni aktywiści społeczni nie do końca orientowali się, że doświadczenie przynależenia do grupy dyskryminowanej lub dominującej jest względne.

Przyznam, że jest to trudny wniosek dla kogoś, kto przywykł, że ma zawsze pod górkę i czuje, że akurat jemu nie poświęca się tyle uwagi, ile potrzebuje. Czyli… chyba dla każdej osoby, która reprezentuje dyskryminowaną grupę.

Z Rayem z Miłości po 30 próbujemy wejść w dialog o dyskryminacji, i cały czas nie możemy się dogadać i znaleźć wspólnej płaszczyzny. Na Facebooku, przy okazji swojej drugiej notki, Ray napisał: „Dłubię w temacie BHM vs reszta świata i ciągle nie umiem tego napisać do końca tak, jak bym chciał”, a ja go świetnie rozumiem, bo też mi to nie do końca wychodzi – chociaż mam wrażenie, że w komentarzach do jego tekstów (Tekst numer 1, Tekst numer 2) napisałem sporo z tego, co mi ostatnio chodzi po głowie. (To jest ten moment, w którym osoby lubiące mieć szerszy kontekst, mogą przeczytać obydwa teksty i dyskusje pod nimi, a potem wrócić do mnie).

Które drzewo w lesie Ty widzisz?

Sam, przynależąc do iluś tam grup narażonych na wykluczenie, przedstawianych negatywnie lub nieadekwatnie, kontaktując się z osobami reprezentującymi jeszcze inne grupy lub działającymi na ich rzecz, raz po raz widzę i słyszę utyskiwanie, że znowu media coś przekręciły, że tematowi X poświęca się za mało uwagi, że ludzie nadal nie ogarniają podstaw, że świadomość społeczna jest bardzo niska itd. Słyszeliście to?

Równocześnie chyba każda osoba przynależąca do iluś mniejszości/działająca na ich rzecz musi wybrać swoje ulubione „drzewo” w lesie – albo ewentualnie kilka z nich. Na więcej nie starcza nam uwagi! Jako aktywista wybieram przede wszystkim transpłciowość, z którą jednak powiązanych jest szereg innych tematów, bo (dla wielu to wciąż niespodzianka) osoby transpłciowe nie żyją w próżni społecznej i ich tożsamości i ekspresje płciowe wpływają na inne doświadczenia.

Na grupie wsparcia, którą prowadzę wspólnie z przyjaciółką, przewijają się raz po raz zupełnie inne wątki niż tożsamość, coming-out i tranzycja. Częstymi motywami są na przykład przemoc, problemy z pracą/jej brakiem lub utarczki ze służbą zdrowia i przedstawicielami urzędów – logiczne, gdy ktoś jest narażony na dyskryminację. Bardzo logiczne, gdy eksperci od przeciwdziałania przemocy, bezrobocia oraz sami przedstawiciele służby zdrowia i urzędów nie mają przeważnie zielonego pojęcia o transpłciowości. W końcu okazuje się, że osoba zajmująca się transpłciowością musi mieć równocześnie pojęcie o iluś innych problemach, bo bez tego ani rusz w świecie, w którym ludzie nie mają świadomości, że transpłciowość wiąże się też z życiem w społeczeństwie, seksualnością, rodzicielstwem, zdrowiem… a czasami nawet sposobem spędzania wolnego czasu!genderprivilege

Prywatnie też wybieram przede wszystkim transpłciowość, bo tę przynależność odczuwam najbardziej – kolejnym istotnym motywem jest to, z kim i w jakie związki wchodzę, bo tu też jestem w mniejszości (potrójnej!). Mam duży problem ze zidentyfikowaniem się jako osoba niepełnosprawna oraz zaakceptowaniem powodów niepełnosprawności; stąd ten wątek wysuwa się teraz u mnie na pierwszy plan.

Integracja różnych aspektów własnej osoby jest trudna. Szczególnie jeśli do siebie nie pasują.

Czego nauczyło mnie doświadczenie w przeciwdziałaniu przemocy?

W dyskusji pod tekstem Raya autor bloga zauważył, że:

białe, sprawne kobiety klasy średniej tworzą większość feministycznego dyskursu, ponieważ umieją się odnaleźć w mediach, nie peszą się na widok kamery, tworzą gender studies i tak dalej, tylko co z tego, skoro pani Maria w Wólce Dolnej jest nadal bita przez męża. Nie umiemy znaleźć języka, którym mówilibyśmy do wszystkich, których chcemy reprezentować.

Cóż, z mojej perspektywy feministyczny dyskurs jest po prostu niedostosowany do potrzeb pani Marii z Wólki Dolnej. Jest zgeneralizowany, ideowy i nie koncentruje się na ludziach i ich różnorodnych potrzebach. Pani Maria z Wólki Dolnej może się bać, że jeśli zacznie dla siebie szukać pomocy, to każą jej się rozwieść, a jej mąż trafi do więzienia – i co ona wtedy zrobi? I co zrobią jej dzieci…? A poza tym ona może kochać męża, uważać go za dobrego człowieka i chcieć z nim być, tylko żeby on jej po prostu nie bił! Czy to w ogóle możliwe?

Dyskurs przeciwprzemocowy jest zupełnie inny niż feministyczno-antydyskryminacyjny. I, moim zdaniem, często dużo bardziej adekwatny. W każdym razie na pewno dla pani Marii.

Wszyscy bywamy sprawcami przemocy!

Jednym z moich pierwszych doświadczeń w pracy w przeciwdziałaniu przemocy (nie dyskryminacji, przemocy) było ćwiczenie, w którym mieliśmy sobie przypomnieć trzy sytuacje: jedną, kiedy doznawaliśmy przemocy, inną, kiedy ją zastosowaliśmy i ostatnią, kiedy byliśmy świadkiem przemocy.

To było WAŻNE ćwiczenie, bo uświadamiało dogłębnie, że „sprawcy przemocy”, „świadkowie przemocy” i „ofiary przemocy” z którymi mieliśmy pracować, nie byli obcymi nam ludźmi, oderwanymi od rzeczywistości i przynależącymi na stałe do jednej z trzech grup – że role się zmieniają i że przemoc dotyczy każdego z nas.

Gdy omawialiśmy nasze doświadczenia, mówiliśmy jak się czuliśmy w danej roli – pamiętam, że nie było jednej najgorszej dla wszystkich. Pamiętam też, że raz po raz ktoś mówił, że najgorszym uczuciem była bezradność – przy czym ona też nie była przywiązana do jednej konkretnej roli.

Każda przemoc jest zła

Potem uczyliśmy się rozpoznawać i pomagać klientom nazywać przemoc. Nie „lepszą przemoc” i „gorszą przemoc” tylko po prostu przemoc. Nie „uzasadnioną przemoc” i „nieuzasadnioną przemoc” tylko przemoc. Nie „trudniejszą do zniesienia przemoc” i „jeszcze nie tak poważną przemoc” tylko… Nie „najpowszechniejszą” i „nie tak istotną”…

Uczyliśmy się nie mówić o „ofiarach” i „sprawcach” tylko o „osobach doznających przemocy” (tu i teraz) oraz „osobach stosujących przemoc” (tu i teraz). Koncentrowaliśmy się na problemie przemocy, a nie na osobie. Bo za chwilę mogło być inaczej.

Uczyliśmy się myśleć, że odpowiadanie przemocą na przemoc jest złe, bo oznacza dwa razy więcej przemocy oraz szukać razem z klientami lepszych, zdrowszych rozwiązań.

Dziki Zachód antydyskryminacyjny

Brakuje mi tego w nurcie antydyskryminacyjnym, gdzie nadal widać podział na „dobrych” i „złych”. Role „ofiar” i „sprawców” są obsadzone na stałe i według dosyć jasnych podziałów: LGBT dobre, katolicy źli. Ateiści uciśnieni, wierzący narzucający wiarę. Kobiety gwałcone, mężczyźni gwałcący. Weganie i wegetarianie szkalowani, mięsożercy podli i źli. Itd.

Dostrzeżenie i uszanowanie, że ktoś może być na przykład wierzącą osobą LGBT+ jest problematyczne. Pomimo mówienia o dyskryminacji wielokrotnej, sumowanej i krzyżowej często nadal przypisujemy ludziom jedną przesłankę dyskryminacyjną, ewentualnie upieramy się, by kojarzyć ich z jedną cechą. Tak zupełnie odruchowo. (A propos, ilu z Was kojarzy mnie z redakcją merytoryczną książki o BDSM, łapka w górę?).

Dodatkowo skala makro- (w Polsce katolicy dominują…) utrudnia zobaczenie pojedynczych osób (…ale ten konkretny katolik jest zaszczuty). Wielu ludzi z mojego bardzo ateistycznego otoczenia naprawdę nie znosi myśli, że czasami zdarza im się dyskryminować wierzących, ewentualnie usprawiedliwiają swoje dyskryminujące zachowania złożonymi wywodami o tym, jak to wierzący mają urojenia (fuj).

Paradoksalnie uprzedzenie goni uprzedzenie i, w powszechnym myśleniu, dyskryminacja sama w sobie nie jest zła, jeżeli kierowana jest przeciwko „złym”. Czasami też zamienia się w przemoc. Oczywiście w słusznych intencjach (sic!). Intencje osób stosujących przemoc też często są zasadne – nawala realizacja.Przestań karać pracowników seksualnych i ich klientów!

Moją „faworytką” jest od roku Kinga Dunin z felietonu „Klienci prostytutek są żałośni”, kiedy pisze:

Gdyby Marek Raczkowski wydał już wszystko na dziwki i narkotyki oraz stracił natchnienie, mógłby wybrać sobie też taki zawód. Mogłabym sobie zamówić go z agencji, a on nie mógłby wybrzydzać. Jak ładnie by się postarał, dorzuciłabym mu parę groszy. Oraz będąc dobrą panią wysłuchała jego życiowej historii. O ile miałabym czas i ochotę. Bo to ja płacę i ja decyduję, jak dobrą panią mam ochotę być.

Mrozi mnie ilekroć to czytam: rzadko widuję tak skrajne uprzedmiotowienie drugiej osoby – i to konkretnej osoby, podanej z nazwiska w medium internetowym (+100 do upokorzenia). W znanej mi agencji pani Dunin natychmiast trafiłaby na czarną listę przemocowych klientów.

Zamiana ról w wersji soft

Moim najbardziej zdumiewającym doświadczeniem zamiany ról było szkolenie (antydyskryminacyjne!), na którym była tylko kuchnia wegańska. W ankiecie poprzedzającej warsztat, w której znalazło się pytanie o preferencje żywnościowe, podałem „mięso”. To, że dostałem posiłek wegański („bo mięsożerni też jedzą warzywa, a nam nie opłacało się zamawiać osobno posiłku dla ciebie”) jeszcze było dla mnie akceptowalne. Ale to, że przy jedzeniu różnych potraw stworzonych z warzyw doprawianych warzywami udekorowanymi warzywami (każde z osobna ładne i dobre, ale od nadmiaru opcji mnie mdliło – to naprawdę nie jest mój typ kuchni) zostałem dodatkowo zasypany stadnym wyrazem zachwytów nad posiłkiem połączonym z totalną krytyką mięsa i osób jedzących mięso, a także masą perswazji… Serio, siedziałem nad tą kuchnią wegańską i czułem, jak rośnie mi w gardle. Atmosfera była taka, że nazajutrz przyniosłem sobie własne kabanosy i podzieliłem się nimi z towarzyszką niedoli. Jedząc je, czułem się, jakbym złamał jakieś tabu kulturowe – co zresztą zostało w tym tonie skomentowane.

Zdecydowanie byłem w mniejszości, i to w mniejszości nie tylko zlekceważonej, ale także skrytykowanej i pozbawionej prawa do własnych wyborów. Bywa. Nie był to stały problem, nie potraktowałem też tego bardzo poważnie.

W przeciwieństwie do innych problemów.

Przemoc seksualna: spotkanie dwóch światów

Jednym z punktów wspólnych nurtu przeciwdziałania przemocy i działalności antydyskryminacyjnej jest przemoc seksualna.

Przeciwdziałanie przemocy

Osoby pracujące w przeciwdziałaniu przemocy wychodzą mniej więcej z takich założeń:

Każda przemoc jest zła. Każda przemoc seksualna jest zła. Każdy człowiek może doznawać przemocy seksualnej. Każdy człowiek zasługuje na równą pomoc bez względu na inne jego cechy. Celem interwencji jest zatrzymanie przemocy. Oprócz tego pomagamy i edukujemy.

Słabym punktem jest „bez względu na inne cechy”, bo osoby przeciwdziałające przemocy niekiedy do tego stopnia koncentrują się na przemocy, że mogą nie rozumieć specyfiki doświadczeń osób narażonych na dyskryminację.przywileje

To mnie wkurzało, gdy próbowałem mówić o utrudnieniach, jakie mają osoby LGBT+: były one najzwyczajniej w świecie idealistycznie negowane, bo przecież (przykładowo) każdy powinien po prostu iść na Policję zgłosić przemoc, a jeśli posterunek nie działa dobrze – zgłosić to wyżej. Trudności, jakie może po drodze napotkać osoba przyzwyczajona do transfobii / homofobii / innych uprzedzeń policjantów, były lekceważone.

Nie wyobrażam sobie przeciwdziałania przemocy bez utrwalonej wiedzy o mechanizmach związanych z dyskryminacją i opresją.

Z drugiej strony, działalność antydyskryminacyjna bez wiedzy o przemocy…

Przeciwdziałanie dyskryminacji

Mainstreamowy feminizm przeciwdziałający dyskryminacji kobiet kojarzy mi się z komunikatami o przemocy seksualnej:

Gwałt jest potwornym doświadczeniem dla każdej kobiety. Kobiety są gwałcone najczęściej. Najczęstszymi sprawcami są mężczyźni. Sprawcy są złymi ludźmi zasługującymi na lincz i potępienie.

Całkowicie inne podejście.

O dziwo, tutaj też nie mogę się przebić z osobami LGBT+, bo koncentracja na przemocy mężczyzna > kobieta jest tak silna, że wszystko inne znika. Poza tym i tak mówię jako mężczyzna, więc moje inne cechy i doświadczenia są często ignorowane. Paradoks.

Marzy mi się połączenie tego w jeden wspólny nurt, ale dyskurs antydyskryminacyjny jest jeszcze bardzo, bardzo młody…

Odwrócenie ról – wersja hard

Podejście drugiej grupy sprawiło, że nie idę w tym roku na Manifę.

Byłem rok temu. Striggerowało mnie równoczesne przypominanie mi doświadczeń przemocy seksualnej (sporo tego było, w tym jedno „naprawcze” molestowanie w wykonaniu ponad dwukrotnie starszego instruktora jazdy) + skrajnie agresywne teksty w stylu „kobiety doznające przemocy, mężczyźni stosujący przemoc” w wykonaniu zwłaszcza Katarzyny Bratkowskiej, które podkręciły poczucie winy, osamotnienia i dysforii + bycie w tłumie ludzi najwyraźniej popierających to, co było przekazywane przez megafony, jako ten niedobry mężczyzna. Koszmar! Czułem się tak bezradnie, że nawet nie umiałem powiedzieć „nie podoba mi się, chodźmy stąd”.

Teraz nie ryzykuję. Zaczekam, aż polski mainstream feministyczny przestanie kojarzyć mi się z cisolbrzymką rozdeptującą mnie przy okazji walki o niebycie rozdeptywaną przez cisolbrzyma.

Grace Brown’s „Project Unbreakable”

Bardzo młody dyskurs

W teorii rozumiemy, że mówienie o osobach niepełnosprawnych, transpłciowych, wierzących, niejedzących mięsa, mających inny kolor skóry itd., itp. ma na celu odejście od segregowania na „kaleki”, „transseksualistów” itd. Że nie chodzi tylko o milszy dla ucha język, budzący mniej negatywnych skojarzeń, ale także o dostrzeżenie, że wszyscy mamy różne cechy i doświadczenia i np. możemy być niepełnosprawnym czarnoskórym biseksualnym cispłciowym mężczyzną z wyższym wykształceniem i trójką dzieci. Że w różnych kontekstach życiowych uwidaczniają się różne nasze cechy. Że czasami jesteśmy w gronie tych, którzy mają moc sprawczą i możliwości, a czasami w gronie tych, którym wiatr w oczy wieje, kiedy inni jeszcze to wykorzystują.

W praktyce jest to bardzo trudne.

Dla wielu osób z grup dyskryminowanych nie jest oczywiste, że są konteksty, w których to oni stanowią większość oraz takie, w których to oni są uprzedzeni. Co więcej, chyba naturalne jest, że ludzie nie chcą o tym słuchać.

#cisappointment

Mam naprawdę duży problem z przebiciem się z komunikatem, że osoby cis raz po raz, w nieskończoność, na różne sposoby wykluczają osoby trans z działań na rzecz „innych” grup.

Czasami wygląda to tak, że ktoś po prostu nie uwzględnia tego, że niektórzy beneficjenci ich działań są transpłciowi, co „tylko trochę” utrudnia osobom trans dostęp do jakichś usług lub źródeł wsparcia (w Polsce nie jesteśmy grupą, która czuje się bezpiecznie; raczej taką, która zrezygnuje z pytania „czy jesteście trans-friendly?” i z góry założy, że nie).

Czasami ktoś jest transfobiczny i np. nie chce osoby trans w organizacji działającej na rzecz osób niepełnosprawnych. Rozbrajające.

Ale niekiedy ktoś nas aktywnie (i niechcący!) wyklucza, proponując taki język lub takie rozwiązania, które uniemożliwiają nam dostęp, zidentyfikowanie się i w ogóle komunikują nam, że nie istniejemy – wtedy, kiedy coś nas dotyczy. Czyli właściwie podtrzymuje cisseksistowski status quo.

Świetny tekst na ten temat – z przykładami – opublikował wczoraj Wiktor Dynarski na swoim blogu: What’s the matter with T in LGBT? Polecam. Jest nieporównanie bardziej wyważony niż mój wybuch w pierwszym komentarzu do wypowiedzi Raya. Może będzie bardziej strawny w odbiorze.

Ale skoro Twitter Wiktora jest  zilustrowany zdjęciem osoby robiącej facepalm i skomentowanej hashtagiem #cisappointment – pozostaje mi tylko podziwiać jego cierpliwość. Mnie jej ostatnio brakuje.

Cechy ważne ZAWSZE

Mimo przodków z Azji i sporadycznego robienia wrażenia Koreańczyka rasizm nie jest tematem, który dotyka mnie osobiście. Natomiast spora część rodziny mojego partnera pochodzi z RPA. Opowieści z jego życia uświadomiły mi dość brutalnie, że są miejsca na świecie, w których – bez względu na wszystko inne – ZAWSZE będę biały, więc ZAWSZE w restauracjach rachunek za kolację będzie trafiał do mnie, ZAWSZE będę przykuwał uwagę i ZAWSZE będę Tym Białym Człowiekiem, Który (ma prąd, umie czytać, może sobie pozwolić na lekarstwo na malarię). I nic poza kolorem skóry nie będzie miało równorzędnego znaczenia.cielisty

Najbardziej poruszyła mnie historia, w której mój partner i pracownik jakiejś firmy musieli wspólnie zaczekać na decyzję kogoś z tej firmy. Mój partner siedział w samochodzie, więc zaprosił do niego pracownika i zaczął z nim rozmawiać. Zapytał jak się wiedzie u tamtego, odpowiedział na jakieś pytania o swój kraj, o pobyt w USA itd. Dla niego to był small talk. Dla pracownika firmy: OMG! Biały Człowiek Zechciał Ze Mną Porozmawiać! Dziękuję!!!

Poruszyło mnie to, że z jednej strony rozumiem, że to był small talk, a z drugiej strony świetnie rozumiem reakcję OMG!, bo sam tak miałem – z pierwszymi cismężczyznami traktującymi mnie jak równego sobie – i widuję podobne zachwyty (oraz panikę) ze strony innych osób trans. Porażająca różnica klasowa.

„Wiem, co to rasizm, bo…” odpada. Nie wiem tego i tak naprawdę nigdy się nie dowiem. Ale lepiej rozumiem, jak bardzo osoby cispłciowe nie rozumieją, że są cispłciowe. Bo dla mnie – dorastającego w (już i jeszcze) mało różnorodnej kulturowo Warszawie, widującego osoby czarnoskóre głównie w amerykańskich produkcjach filmowych – jest tak oczywiste, że jestem biały, że w ogóle nie zwracam na to uwagi, nie jest to częścią mojej tożsamości i na co dzień nie myślę, że mam nad kimkolwiek przewagę, a także – co przyznaję ze smutkiem – byłem dość zdziwiony, kiedy pod swoim domem zobaczyłem grupkę czarnoskórych mężczyzn.

Tak, byli cispłciowi. Jednak wyróżniali poprzez inny kolor skóry i, kto wie, może któryś z nich był gdzieś na spektrum nieheteroseksualności, miał ukrytą niepełnosprawność albo inne problemy, których nie byłem w stanie przewidzieć. Mieli przewagę zarazem będąc marginalizowanymi. Narażali się na dyskryminację i przemoc, ale też mieli osłonkę bycia cis. Skomplikowane. I o to chodzi.

Wszyscy dyskryminujemy

Zastanawiam się czemu by nie spróbować wyjść poza niejednokrotnie automatyczne wyliczanie różnych grup, przez które musimy decydować, czy jesteśmy raczej trans czy raczej homo, a może bardziej niepełnosprawni? Współczesne podejście każde nam się kroić na małe kawałeczki, a potem kłócimy się w większych grupkach, kto z nas ma najgorzej i czyje problemy są najważniejsze oraz czyja to wina.

Czemu by nie zrezygnować z opozycji My-Oni i zamiast tego skoncentrować się na współpracy i dialogu? Bez szukania sobie wrogów?

Rzeczywistość wygląda przecież tak, że wszyscy dyskryminujemy, jesteśmy dyskryminowani i jesteśmy świadkami dyskryminacji. W różnych proporcjach. Ale każdy z nas ma wszystkie takie doświadczenia. Właśnie dlatego, że jesteśmy różnorodni. Prawda?

PS. Obłędnie fantastyczny blog, który znalazłem przy okazji szukania grafik do tego wpisu: Intersectional Feminism.