Gdybym miał wybrać, czego nie cierpię bardziej: hiperpoprawności politycznej czy świadomego używania mowy nienawiści, z włożeniem w nią całej pogardy wobec „innych”, wybrałbym hiperpoprawność polityczną.  

„Wiedźmin” jest rasistowski

Poprawność polityczna, która przywędrowała do Polski z Zachodu, bardzo często jest powielana kompletnie bezrefleksyjnie, czego najlepszym przykładem jest sprawa rasizmu w „Wiedźminie 3”.

Problem rasizmu w „Wiedźminie” to jeden z ważniejszych wątków, przewijający się przez opowiadania, sagę i wszystkie gry. Ale dużo ludzi z Zachodu wymyśliło sobie, że „Wiedźmin 3” jest rasistowski, bo nie ma tam czarnych. Co natychmiast zostało podchwycone przez szereg zapatrzonych w tematykę antydyskryminacyjną Polaków, dla których nie jest ważne to, że u nas czarnych niet’, że w naszym kręgu kulturowym nigdy nie mieliśmy czarnoskórych niewolników, którzy musieliby się emancypować, za to aktywnie dyskryminowaliśmy – ba, eliminowaliśmy – ludzi mających zły kształt nosa, a nawet odmawialiśmy im człowieczeństwa.

Geralt, społeczny wyrzutek, mutant poniekąd identyfikujący się z nieludźmi, mający wśród przyjaciół wampira i „obcego” Nilfgaardczyka, słyszący za sobą stada niewybrednych komentarzy (także w grze), nagle stał się białym heteroseksualnym mężczyzną. A elfy i krasnoludy nagle awansowały społecznie, bo co prawda nadal mają status nieludzi (podludzi raczej) i się je z tego powodu zabija, ale przynajmniej są białe.

Metafora okazała się za trudna, podobnie jak zrozumienie naszych uwarunkowań kulturowych. Nie jesteśmy różnokolorowym narodem, jak Amerykanie czy Australijczycy. Za to „Wiedźminie” widać to, co nasze – rasizm bazujący na innych przesłankach niż kolor skóry: białych tępiących innych białych. I dostaliśmy za to zjebkę. Bo twórcy gry powinni byli – kosztem pokazania metafory naszego wcielenia rasizmu – zrobić dobrze międzynarodowym odbiorcom.

Niby było można. Z pewnością „Wiedźmin” z osobami mającymi każdy możliwy odcień skóry również byłby bardzo dobrą grą. To w końcu fantasy, a nie gra historyczna. Jednak bardzo często w imię poprawności politycznej dąży się do ujednolicenia świata. Tak jakby w globalnej wiosce istniała tylko jedna prawidłowa różnorodność.

Swobodny język to wielkie zło

Kiedy w 2012 i 13 roku nasiąkałem aktywizmem, bardzo uwrażliwiłem się na wszystko, co dyskryminujące. Równocześnie, jako przedstawiciel szeregu mniejszości, brałem do siebie naprawdę wiele różnych uwag. Byłem chodzącą ilustracją tego, co stres mniejszościowy robi z człowiekiem.

W pewnym momencie okazało się to ciężkim brzmieniem. Przykładowo, dostawałem histerii z powodu przeczytania pod statusem znajomej na Facebooku serii komentarzy, że jakiś polityk powinien „iść się leczyć w zakładzie zamkniętym”, bo odbierałem to jako agresję wymierzoną w reprezentowaną przeze mnie grupę. Chwilę później czytałem jakiś homofobiczny komentarz. Następnie coś cisnormatywnego. I tak bez końca.

Moje reakcje nie wynikały wcale z faktu, że te wszystkie stwierdzenia były obiektywnie czystym złem. Reagowałem tak, bo miałem nierealne oczekiwania wobec świata. Nie uwzględniałem intencji człowieka, kontekstu, stopnia świadomości społecznej. Wszystko było dla mnie mową nienawiści, oczywiście za wyjątkiem gejów mówiących o sobie, że są pedałami itd. I wszystko przeżywałem jak atak skierowany bezpośrednio w moją stronę.

Na szczęście już mi to przeszło. Wróciłem do siebie sprzed ładnych paru lat, czyli znowu jestem w stanie dostrzegać niuanse oraz nie chcę wpełznąć pod łóżko dlatego, że ktoś użył brzydkiego słowa.

Doświadczenie nauczyło mnie, że odgórny zakaz używania pewnych zwrotów oraz dopatrywanie się wszędzie ableizmu, transfobii itd. bardzo często są niestrawne dla otoczenia. Dodatkowo na własnej skórze odczułem, że przesadne skupienie na doznawanej opresji może zamienić człowieka w rozhisteryzowaną galaretkę.

Ofiary są równiejsze

Jak już dawniej pisałem, wywodzę się z fandomu. To moja pierwsza i główna społeczność, w której żyję już od ponad czternastu lat.

Fandom jest świetny, bo jest bardzo różnorodną zbieraniną ludzi, którzy mają ze sobą coś wspólnego – lubią mniej więcej te same dzieła kultury. Filar mojej pierwszej i najważniejszej grupy społecznej, „Harry Potter”, przyciągnął ludzi reprezentujących każdą opcję polityczną i światopoglądową.

Musieliśmy nauczyć się siebie szanować. Szanować autentycznie, bez względu na to, że jedno z nas może jest ateistycznym biseksualnym lewicowcem, a drugie katolickim narodowcem. Oczywiście, mieliśmy wiele konfliktów. Kilka razy w moim życiu (kilka!) okazywało się, że nie jesteśmy w stanie się pogodzić i jakaś grupa ludzi szła swoją drogą.

Wydawać by się mogło, że poprawność polityczna powinna nam pomóc. Ostatecznie po to jest – żebyśmy wszyscy umieli ze sobą koegzystować. Jednak w praktyce narzucana odgórnie „politkorekta”, jak ją nazywał mój przyjaciel, przegrywała. Jakoś zawsze okazywało się, że dzieli ludzi na lepszych i gorszych.

Trzy lata temu, jeszcze przed zradykalnieniem jako aktywista, byłem świadkiem konfliktu, w którym forumowe radykalne feministki chciały zakneblować chrześcijan. Zaczęło się od awatara obrażającego czyjeś uczucia religijne, a potem rozpełzło się na całe forum i doprowadziło do schizmy oraz zmiany władzy. Wielu moich przyjaciół i znajomych – heteroseksualnych, wierzących osób – poczuło się zaszczutych. Feministki doszukały się w ich zachowaniu homofobii i wystartowały w obronie biednych, uciśnionych osób LGBT, które nie mogą się swobodnie odezwać na forum, bo wszędzie ta dyskryminacja.

Problem w tym, że wszystkie wyoutowane na forum osoby LGBT wkurwiły się traktowaniem ich jak bezradne ofiary losu aka święte krowy oraz szkalowaniem ich heteroseksualnych, wierzących znajomych i przyjaciół. Wcale nie chcieliśmy ochrony  – chcieliśmy uszanowania uczuć religijnych katolików (ten awatar to naprawdę było przegięcie) oraz prawa użytkowników do swobodnego mówienia w dyskusjach światopoglądowych, że są przeciwko adopcji niespokrewnionych dzieci przez pary homoseksualne. Ach, chcieliśmy jeszcze dla nich prawa do mówienia wprost, że nie lubią i nie czytają slashu! Tacy niewdzięczni byliśmy.

Z ówczesnym naczelnym homofobem forum znam się po dziś dzień. Niedługo naszej znajomości stuknie czternaście lat. Jesteśmy w bardzo dobrych stosunkach. Wielokrotnie się nie zgadzamy, ale żaden z nas nie cenzuruje drugiego.

Miało być dobrze, a wyszło jak zwykle

Polityczna poprawność wychodzi z bardzo szczytnych założeń. Chodzi wszak o to, żeby ludzie mogli porozumiewać się tak, by nikt nie czuł się urażony czy dotknięty. Chodzi również o obniżanie uprzedzeń wobec przedstawicieli różnych grup narażonych na dyskryminację.

Problem w tym, że polityczna poprawność bardzo często się wypacza, bo ktoś chce ją zastosować na ślepo. Doszukiwanie się rasizmu w „Wiedźminie 3” tylko dlatego, że nie ma tam czarnych, wynika ze zignorowania wpływu naszych uwarunkowań kulturowych. Doszukiwanie się mowy nienawiści za każdym razem, gdy ktoś powie „kaleka” czy „wariatka”, wynika z ignorowania kontekstu, w jakim padło to słowo. Doszukiwanie się homofobii w nieczytaniu slashu… tego może nie będę komentował. Zresztą Gombrowicz był pierwszy.

Efekt tego typu poprawności politycznej jest zawsze taki sam – w obronie interesów jednej grupy narzuca się coś innej. A to już wcale nie jest w porządku, bo ci inni też mają prawo żyć, być sobą i wyrażać swoje przekonania. Co więcej, takie podejście wcale nie prowadzi do pokojowej koegzystencji, czego przykładem jest fandom – społeczność, która działa znacznie lepiej, gdy nie ma podziału na strony terroryzujące inne strony, a każdy jest geekiem, nolifem i dziwadłem jeżdżącym na konwenty.

Można? Można.

Wystarczy trochę wyrozumiałości i założenie dobrych intencji.