Teatr. Pusta sala. Na scenie stół, przy którym zasiadło troje ludzi: Aktorka, Aktor i Marianna. Są też szklanki z wodą. I scenariusz. Scenariusz historii, którą poznajemy w miarę jak Aktor i Aktorka odczytują kolejne dialogi. Często dopytują Mariannę o szczegóły: a czemu On… a po co On…

On. Bohater opowieści. Widzimy go z żoną i dziećmi w sielankowych nagraniach z 1995 roku i na zdjęciach z rodzinnego archiwum. Wygląda na szczęśliwego. Głosem Aktora obiecuje Żonie, Kasi, że zawsze będzie ją kochał.

A potem coś się psuje. Nie wiadomo dlaczego On postanawia nagle to wszystko rzucić w cholerę i zacząć żyć jako kobieta. Jako Marianna, którą widzimy w teatrze i która przybliża dwojgu aktorom – no i nam wszystkim – swoją męską przeszłość Wojtka.

mow-mi-marianna

My, widzowie, możemy zobaczyć jak Marianna dzwoni do swojej matki i odmawia mówienia w męskich formach, jako jej syn. Równocześnie widzimy tę samą Mariannę jak zapytana przez Aktorkę o jakiś szczegół z Jego życia, swobodnie odpowiada: „On”. Zaczynam się zastanawiać, czemu w takim razie nie może być Nim w swojej rodzinie. Przecież myśli o sobie podwójnie?

Wydarzenia z życia Marianny toczą się swoim rytmem. Jest czasowa bezdomność i ominięcie ślubu córki, jest rozprawa sądowa i uzyskanie pozytywnego wyroku, jest operacja i jest szczęście po operacji. A potem jest dramat: udar. I ten udar dotyka także Jego. W wątku toczącym się na scenie, w wątku gdzie teoretycznie poznawaliśmy męską przeszłość Marianny, ona cały czas jest Nim. Także po zmianie dokumentów. Także po operacji. Do samego końca filmu.

Słyszymy też, że On znalazł sobie wsparcie w postaci osoby, która ma tak samo jak on, ale na odwrót: dziewczyny, która czuje się chłopakiem. I po chwili widzimy nową postać: krótko ostrzyżoną, o twarzy dwunastolatka albo dwudziestoparoletniej dziewczyny, do której Marianna mówi „my, kobiety”. To chyba to Wsparcie, ale jakiej płci ono jest? Wychodzi na to, że żeńskiej. Choć powiedziano nam, że czuje się chłopakiem, w żaden sposób nie jest to realizowane.

Film „Mów mi Marianna” zdobył wiele nagród w Polsce i za granicą, został też pozytywnie oceniony przez krytyków. Łatwo zrozumieć dlaczego. Marianna nie tylko jest taką zwyczajną polską transseksualistką, która robi upragnioną operację w Gdańsku, a nie gdzieś w Tajlandii. Równocześnie jest też zupełnie zwykłą osobą ze zwykłą pracą i ambicjami (zdobycie wyższego wykształcenia), robiącą zakupy odzieżowe na bazarku i jeżdżącą do pracy autobusem. Jest czyimś dzieckiem, czyimś rodzicem, czyimś partnerem życiowym. W trakcie kręcenia dokumentu poznaje kogoś, chodzi z nim na randki. Odgrzewa sobie pizzę z Carrefoura i, rozmawiając przez telefon, głaszcze swojego kota. Po udarze ma kryzys wiary. Jest zwyczajna, jest ludzka, łatwo się z nią utożsamić.

Nasuwa mi się porównanie z chaotycznym, wulgarnym, do bólu queerowym „W obcym ciele” z 2014 roku. Dokument „Mów mi Marianna” ma wszystko to, czego tej niesławnej produkcji zabrakło: przemyślany scenariusz, jednoznaczną bohaterkę, dużo scen zwykłego życia zwykłego człowieka. Niestety to znowu nie jest To. Tym razem pokazano transseksualistkę jako mężczyznę, który stał się kobietą. Niby dobrze, ale jednak niedobrze.

Bardzo niedobrze.