Przebrnąłem przez kilometry dyskusji na forum o tym, jak to my Polacy nie chcemy muzułmanów, bo są źli, paskudni, nietolerancyjni, demolują Europę, są wśród nich terroryści itd. Niespecjalnie mnie bawiła, ale przeczytałem ją z moderatorskiego obowiązku.
Ogólnie trzymam się tego, że nie mam zdania co do uchodźców, bo wiem, że jestem manipulowany przez media w każdą możliwą stronę, a brakuje mi specjalistycznej wiedzy, by wyrobić sobie własny pogląd.
Lektura dyskusji przypomniała mi, że Ilker jest w Polsce i coś się nie odzywa, a miał koniecznie odwiedzić mnie i koty (a zwłaszcza zakochaną w nim bez pamięci Sabinkę).

Odezwałem się do niego z ponownym zaproszeniem i prawdopodobnie odwiedzi mnie jutro. Wypytam go, jak sytuacja uchodźców wygląda z jego perspektywy – mieszkańca Bliskiego Wschodu. Generalnie jednak po prostu chcę go zobaczyć zanim mi zniknie w świecie, pochłonięty absorbującą pracą pilota linii komercyjnych.

To żeby zostać pilotem, przyjechał do Polski. Ilekroć mówiłem, że mam współlokatora-Turka, ludzie pytali „Sprzedaje kebaby?”, a ja z satysfakcją rujnowałem im stereotyp, informując, że nie, to inżynier, kilka lat temu koordynował budowę drugiej linii metra, a teraz zmienia branżę i będzie pilotował Boeingi.

Spędziliśmy razem pół roku. Trudne pół roku, biorąc pod uwagę detranzycję. Poznał mnie jako zwykłego chłopaka, a potem nagle pojawił się nie tylko partner płci męskiej z Włoch, ale i makijaże, staniki, obcisłe bluzki.

Byłem pod wrażeniem, gdy w lutym nie skomentował pomalowanych oczu i czekałem kiedy pęknie. Nie pękł. Nigdy. Słowem nie skomentował zmian. Nie był ciekawski, nie był skrępowany, nie był zdezorientowany. Jego podejście do mnie było dokładnie takie samo przez cały jego pobyt. Po prostu okiem nie mrugnął.

Za to idealnie zajmował się Sabinką pod moją nieobecność.

Ponieważ przyjechał się kształcić, wiele czasu spędził w domu, ucząc się do serii kilkunastu ciężkich egzaminów z nawigacji, komunikacji i innych teoretycznych rzeczy, które powinien wiedzieć każdy pilot. Wychodził wtedy wyłącznie do najbliższego sklepu. Tylko dzięki Sabince nie dostał kota. Sabinka miauczała o uwagę, łasiła się, przychodziła mu na kolana, obgryzała długopis albo kładła się z główką na piersi nad jego sercem. I domagała zabaw.

Dla Ilkera był to pierwszy w życiu kontakt z kotem, więc był zachwycony i z podekscytowaniem relacjonował mi, że „dzisiaj Sabinka i ja leżeliśmy sobie razem i zrobiłem nam selfie”, „dzisiaj Sabinka dała radę odsunąć krzesło przytrzymujące drzwi szafy i musiałem obciążyć je książkami”, „dzisiaj Sabinka powiedziała mi, że chce wyjść na klatkę, więc ją wypuściłem i była bardzo szczęśliwa”.

To ostatnie przyprawiło nas obu o ból głowy, bo Sabinka rzeczywiście była zachwycona, że człowiek nauczył się nowej sztuczki – i przez tydzień żądała wypuszczenia jej ponownie. Ilker, powiadomiony o omyłce, przeczekiwał. Ja też. Zapomniała po tygodniu.

Za to codziennie żądała od Ilkera, żeby rzucał jej mysz i łapała ją w locie. Uczestniczyłem w zabawie, więc przerzucaliśmy się myszą, a Sabinka czyniła akrobacje. Z czasem Sabinka się wycwaniła i zaczęła olewać moje rzuty. Kiedy Ilker wyjechał i chciałem kontynuować zabawę, nawet jej się nie chciało ruszyć z krzesła. „Meh”, mówiła. „Bez niego to nie to samo”. Zgadzałem się.

Ilker był też niezawodny, kiedy musiałem dokądś wyjechać lub po prostu wracałem później z pracy. Jeżeli nie dotarłem do domu do dwudziestej trzeciej, dawał Sabince jej lekarstwo na astmę. Jak w zegarku.

Tak, Ilker był fajny. Mój ulubiony współlokator ze wszystkich, których miałem przez pierwszy rok mieszkania tutaj.

Niestety, wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Polska biurokracja była mi bardzo przyjazna, ale w końcu Ilker zdał z sukcesem wszystkie egzaminy, wylatał przepisowe sto ileś tam godzin i wrócił do Turcji i swojej narzeczonej, zostając moim kolejnym znajomym z Facebooka. Wziął ślub i mam nadzieję, że będą oboje żyli długo i szczęśliwie.

Minęło kilka tygodni i rzeczywistość się zmieniła. Jak bardzo się zmieniła, widzę po moim własnym podejściu do Ilkera.

Bo widzicie, ekspozycja na nienawiść i uprzedzenia nie pozostaje bez wpływu. Moja przyjaźń z Ilkerem jest teraz zanieczyszczona hejtem na muzułmanów, który przetacza się przez społeczeństwo. Kilka tygodni temu Ilker był Ilkerem. Teraz tylko czekam, aż w jakiejś dyskusji użyję przeklętej frazy „mam przyjaciela muzułmanina i…”.

Obrzydliwe jest to, co dzieje się ze społeczeństwem. Obrzydliwe i przerażające. Zawsze będąc w mniejszości, byłem po tej drugiej stronie debaty. Teraz, pierwszy raz w życiu, naprawdę czuję, że jestem w większości – w większości Nas Z Chrześcijańskiego Kręgu Kulturowego – i czuję presję społeczeństwa, bym ja również zabrał i wyrażał swoje stanowisko w sprawie uchodźców.

Uchodźców, czyli po prostu ludzi, którzy na swoje nieszczęście wywodzą się z nieco innej kultury i wyznają – mniej lub bardziej aktywnie, Ilker był z tych niepraktykujących – inną religię. I którzy stracili swój dom i dorobek swojego życia.

Debata jest pełna nienawiści, strachu i uprzedzeń. Mnóstwo ludzi zniża się do poziomu „muzułmanie są tacy, siacy i owacy”. A ja jestem dość podatny na nastroje społeczne, no i nie mam praktyki w byciu w większości.

Efekt jest taki, że im dłużej to trwa, tym bardziej muszę sobie powtarzać, że muzułmanie to nie jest jakaś ciemnobura masa tylko zwykli ludzie, ludzie tacy jak Ilker.

I bardzo, bardzo nie chcę wykorzystywać tej przyjaźni w taki sposób, ale w tak paskudnych czasach lepiej stworzyć z przyjaciela immunitet na nienawiść niż się do niego uprzedzić.

Do niego i do wielu, wielu innych.

—-

Na zdjęciu bohaterowie wpisu: Sabinka i Ilker.