Dzisiaj będzie na poważnie. Większość tego tekstu powstała rok temu i leżakowała sobie na dysku. Reszta została napisana pod wpływem kilku dyskusji potwierdzającej teorie zawarte w pierwszej wersji artykułu.

Leczenie transseksualizmu sprowadza się w powszechnej świadomości do wycinania chorych tkanek, narośli bądź rekonstrukcji nieprawidłowo ukształtowanych części ciała. W tym sensie postrzegane jest podobnie jak leczenie raka lub innej tego typu choroby – z całkowitym pominięciem człowieka, jego psychiki i szerokiego spektrum funkcjonowania w społeczeństwie.

W konsekwencji, osoba transseksualna często żyje z przeświadczeniem, że po przejściu finalnej operacji będzie wyleczonym, zdrowym i z całą pewnością szczęśliwym przedstawicielem swojej płci.

Kończy zatem terapię, przechodzi ostatnią zaplanowaną operację, jest wyleczony i… mogą zacząć się problemy. Groźne problemy.

Dalsza część tekstu będzie dotyczyła wyłącznie sytuacji, w których osoba wskutek tranzycji wygląda przekonująco i ludzie traktują ją zgodnie z jej tożsamością. Niestety nie zawsze tak jest, szczególnie w przypadku osób M/K – ale to materiał na oddzielny artykuł…

Historia pewnej transkobiety

Na forum Trans-Fuzji wypowiadała się niedawno użytkowniczka, która przy każdej możliwej okazji skierowywała rozmowę na jeden z tych tematów:

1. Jaka ona jest szczęśliwa, bo jest już kobietą, zrobiła SRS, wszystko jej się układa.

2. Jacy to inni są dziwni, że nie chcą zacząć terapii już teraz, tylko z jakichś niezrozumiałych powodów (jak rodzina czy ryzyko utraty mieszkania i środków do życia) przekładają swoją decyzję na później.

Stężenie tych wypowiedzi oraz ich ton „ja jestem taka szczęśliwa, a wy jesteście tacy biedni/żałośni/nieszczęśliwi, więc róbcie jak mówię” sprawiały, że inni forumowicze zaczynali jej mieć coraz bardziej dość. Wpychała ludziom własne szczęście i kobiecość do gardeł oraz sprawiała, że inne transkobiety czuły się przy niej gorzej. Jej próby pomocy – zmotywowania do natychmiastowego podjęcia terapii, jedynego źródła szczęścia – wyglądały jak dowartościowywanie się poprzez porównywanie z tymi, których uznała za słabszych. Miała swoje ulubione ofiary i usilnie „pomagała” im pomimo ich sprzeciwów.

W końcu w jednym z tematów użytkowniczka przyznała, że nadal marzy o magicznej tabletce, która zamieniłaby ją w kobietę… Było to najbliższe przyznaniu „tak naprawdę wcale nie jestem tak szczęśliwa” jak to możliwe. I trochę smutne, ponieważ przeprowadziła korektę płci do samego końca, a efekt – wbrew temu, co powtarzała raz po raz – najwidoczniej nie do końca ją usatysfakcjonował.

Kilka dni później użytkowniczka została zbanowana. Jej zachowanie skomentowała inna użytkowniczka, która również – nieco wcześniej – wylewała swoje frustracje na forum, w bardzo podobnym stylu. W końcu zorientowała się, że to ona jest najbardziej nieszczęśliwa i potrzebuje pomocy. Poszła na terapię. Teraz to samo doradza swojej koleżance.

O co tutaj chodzi?

Zdarza się, że osoby transseksualne tak bardzo koncentrują się na doprowadzeniu leczenia do końca, że przejście operacji korekty płci genitalnej jest ich ostatnim życiowym celem. Po przeprowadzeniu operacji czują wtedy pustkę. Ich życie traci sens. Było tak ukierunkowane na to, by wreszcie było normalnie, że kiedy wreszcie jest normalnie, osoba transseksualna nie wie, co z tym zrobić i jak dalej żyć. Nie ma żadnych punktów odniesienia, żadnych marzeń – nic.

Ponadto osoby transseksualne mogą zaniedbywać swój rozwój w innych sferach życia, traktując wszystkie trudności jako coś, co zniknie wraz z wyleczeniem transseksualizmu. Tymczasem po zrobieniu SRS (lub nawet wcześniej) na światło dzienne wychodzą wszystkie stare problemy. Okazuje się też, że proces przemiany nie leczy z błędów myślenia, kompleksów, fobii społecznej i innych problemów. Nawet jeśli te inne problemy wzięły się z transseksualności jednostki (nie zawsze tak jest), już dawno zaczęły stanowić oddzielne byty.

Czasami jest też tak, że transseksualizm zaślepia. Osoba trans może mieć też inne trudności, biorące się z równoległych do transseksualności powodów. Jeśli w dzieciństwie była bita przez wiecznie pijanego ojca i nie miała w nikim oparcia, wynikające z tego problemy nie znikną za sprawą skalpela chirurga. Czasami zdarza się jednak, że przed ukończeniem tranzycji osoba transseksualna jest tak skupiona na transseksualizmie, że nie widzi żadnych innych trudności. Lęk przed kontaktem fizycznym i trudności z zaufaniem komukolwiek traktuje jako powiązane wyłącznie z byciem trans i nie umie sobie z nimi poradzić lub podejmuje próby rozwiązania ich poprzez kolejne operacje.

Jeżeli ktoś wypracuje sobie taką postawę, to, co miało być gwarancją szczęścia, baśniowym i żyli długo i szczęśliwie, może stać się przyczyną zagubienia, a nawet głębokiej depresji. Problem wzmacnia działanie hormonów, które zmieniają nie tylko ciało, ale też odporność psychiczną i sposób myślenia. Transkobieta pod wpływem estrogenów staje się bardziej wrażliwa, a przez to podatna na stres – a co gorsza, nie jest do nowego stylu funkcjonowania przyzwyczajona.

Koszty transseksualności i korekty płci

Przede wszystkim korekta płci oznacza rewolucję – zarówno w życiu, jak i w świecie wewnętrznym danej osoby. Zmiana życiowej sytuacji, nawet jeśli jest zmianą tylko na lepsze, to zawsze stres. Tranzycja nie jest tu wyjątkiem!

Przeważnie jednak życie osoby trans przed korektą i w trakcie nie jest różowe. Brak zrozumienia, przemoc i odcięcie się bliskich bardzo obciążają psychikę. Do tego dochodzą często problemy związane z ciałem. Sądzenie, że to wszystko zniknie tylko dlatego, że wreszcie można zacząć żyć normalnie, jest naiwne. Gdyby to tak działało, ofiary traum – gwałtu, pożaru, wojny itd. – nie potrzebowałyby terapii w ogóle. Było, minęło, więc o co chodzi?

Dodatkowo osoba korygująca płeć często ma nowe problemy, związane z codziennym życiem. Samo nauczenie się, jak sobie radzić z okazywaniem dokumentów, poszukiwaniem pracy, coming-outem przed potencjalnym partnerem zajmuje czas. Również ekspresowa socjalizacja do nowej roli płciowej bywa trudna.

Jeśli osoba transseksualna zaczyna nowe życie, w nowym mieście, często towarzyszy jej lęk przed ujawnieniem, że skorygowała płeć. A czasami ten fakt jest ujawniany i trzeba sobie jakoś poradzić z konsekwencjami.

To wszystko jest skrajnie stresujące. Osoby transseksualne wydają się tego nie wiedzieć, prawdopodobnie dlatego, że „teraz jest lepiej”. Tyle że to „lepiej” dostarcza pewnych informacji o tym, jak straszna była przeszłość.

(Ofiary traum często mają postawę „nic poważnego się nie działo, inni mają gorzej”. Jak: właściwie nie stosował przemocy, tylko złamał mi dwa żebra. Nie, on mnie nie zgwałcił, po prostu wsadził mi penis w usta oraz zmusił do połknięcia spermy. W ogóle mnie nie prześladowano, tylko mówiono „pedał”, ale to przecież normalne. Albo: nie było tak źle, po prostu nigdy nie byłem sobą. Teraz jestem, więc po co mi terapia?).

Koszmary po korekcie

Poważnym problemem jest również to, że część osób transpłciowych nie umie pogodzić się z tym, że nigdy nie będą cis. Dla transkobiet wyznacznikiem bycia „prawdziwą kobietą” dość często jest miesiączkowanie i możliwość zajścia w ciążę – coś, co obecnie nie leży w zasięgu możliwości medycyny. Najczęściej wynika to z przekonań wtłoczonych im przez kulturę. Wiele osób trans jest całkowicie nieodporna na takie mity i nie przyjmuje do wiadomości faktu istnienia bezpłodnych kobiet (oraz nie rozumie, że wygłaszając takie komentarze rani inne kobiety). Transmężczyźni niekiedy koncentrują się w ten sam sposób na swoim penisie, który nigdy nie wydaje im się odpowiednio dobry.

Niekiedy zdarza się, że osoba transseksualna w kilka lat po zakończeniu całego procesu – teoretycznie wyleczona z transseksualizmu, mająca ułożone życie – cierpi z powodu powracających koszmarów o tematyce związanej z jej płcią. Ujawniają się u niej zaburzenia psychiczne i psychosomatyczne. Na zewnątrz wydaje się, że wszystko jest dobrze: wygląda wiarygodnie, ma partnera i dobrą pracę, nikt nie wie o jej transseksualnej przeszłości. W rzeczywistości cierpi. I nie bardzo umie o tym komukolwiek powiedzieć, bo przecież jest po SRS, dobrze wygląda, ludzie ją akceptują – powinna być szczęśliwa! Jeśli nie jest, to coś z nią nie tak: może nigdy nie była transseksualistką? Zatem mówi, że tak, jest szczęśliwa. A potem nagle rzuca się pod pociąg.

Gdzieś zetknąłem się z oszacowaniem, że około 75% osób transseksualnych M/K w ciągu dziesięciu lat od zakończenia terapii popełnia samobójstwo (zauważano tam, że wśród osób, które nie podjęły się terapii, ten wskaźnik jest znacznie wyższy). Źródła nie pamiętam, więc wobec liczby jestem sceptyczny – ale wobec problemu nie. Próby samobójcze i samobójstwa PO korekcie są faktem. Statystyki tego typu przytaczane są niekiedy po to, by udowodnić, że korekta płci jest nieskuteczna – moim zdaniem przeważnie byłaby skuteczna, ale zabrakło wsparcia psychologa.

Przeszłości nigdy nie było!

Powracanie wątków transseksualnych w koszmarach może być efektem dość niepokojącego wypierania faktu swojej transseksualności. „Wyleczenie transseksualizmu” poprzez dostosowanie ciała i dokumentów, utożsamiane z byciem od tej pory taką samą kobietą bądź takim samym mężczyzną jak wszyscy inni, bardzo często wiąże się z rozpoczynaniem życia od nowa i ukrywaniem przed wszystkimi swojej przeszłości.

W parze z taką postawą często idzie zinternalizowana transfobia. Jej przejawami mogą być na przykład linczowanie odbiegających od „normy” osób transseksualnych, odcinanie się od środowiska osób transpłciowych w momencie zakończenia leczenia, wstręt do swojego ciała albo właśnie rozpoczynanie życia od nowa i zaprzeczanie, jakoby kiedykolwiek było się transseksualistą. Wydaje się, że taka postawa jest dla jednostki skrajnie destruktywna, bowiem pod płaszczykiem „normalnego życia”, w nieświadomości, buzują negatywne uczucia względem samego siebie i kilkunastu bądź kilkudziesięciu lat własnego życia.

Chciałbym tu zaznaczyć, że czym innym jest zakończenie terapii, pogodzenie się ze swoją przeszłością i uznanie, że to było i minęło, a czym innym jest przeprowadzenie operacji i udawanie przed sobą, że przeszłości nigdy nie było. To drugie jest często zaleczeniem objawów, podczas gdy psychika pozostaje nieuporządkowana.

Warto tu także wspomnieć, że wśród osób transseksualnych często zdarza się fałszowanie swoich wspomnień i wyrażanie oczekiwania, by inni również fałszowali własne wspomnienia. Mam tu na myśli sytuacje, kiedy osoba transseksualna wypiera się wszelkich przejawów życia zgodnie ze swoją płcią biologiczną w przeszłości bądź twierdzi, że nie przynosiło jej to najmniejszej nawet satysfakcji, a także oczekuje od innych, by zaczęli pamiętać ją jako przedstawiciela płci, której reprezentantem we wspomnieniach innych jeszcze wtedy nie była. Jakkolwiek takie działanie jest ważnym elementem wytwarzania sobie spójnej tożsamości, możliwe jest, że wyparte bądź zmodyfikowane wspomnienia nadal są obecne w podświadomości i wywołują lęk.

Trans Pride?

Alternatywą dla takiego procesu mogłoby być rozbudowanie  pozytywnej tożsamości jako osoby transseksualnej, polegające na zaakceptowaniu siebie i swojej przeszłości. Takie rozwiązanie konfliktu pomiędzy Ja i doświadczeniami organizmu mogłoby prawdopodobnie znacząco zmniejszyć ryzyko wystąpienia w przyszłości problemów psychologicznych i psychosomatycznych u osób po korekcie płci. Umożliwiłoby rozwiązywanie na bieżąco wszystkich konfliktów, a w przypadku coming-outu jako osoba transpłciowa – zapewniłoby również wsparcie ze strony najbliższych.

Nie każdy jednak zgodzi się na takie rozwiązanie i nie wydaje się ono konieczne. Jeśli ktoś nie chce identyfikować się z osobą trans, moim zdaniem wystarczyłoby przepracować problemy wynikające z doświadczania transseksualności, na tej samej zasadzie, na jakiej pracuje się z ofiarami innych traum.

Pomyśl, czy potrzebujesz terapii!

Podsumowując, życie w niezgodzie z samym sobą przez wiele lat, bycie bombardowanym negatywnymi komunikatami na temat transseksualistów oraz proces korekty płci są doświadczeniami bardzo obciążającymi. Dodatkowo korekta płci nie leczy ze wszystkich zaburzeń, lęków i fobii, jakie osoba trans hodowała od lat. Często niezbędne okazuje się przepracowanie tych problemów pod opieką doświadczonego psychoterapeuty.

O ile w (na przykład) Niemczech normą jest, że osoba korygująca płeć cały czas jest pod opieką psychologa, o tyle w Polsce jest to dość niepopularne. Osoba transseksualna przeważnie zostawiona jest sobie samej. Nawet jeśli jest silna i da sobie radę z koszmarami przeszłości, przeważnie jej życie jest gorszej jakości niż mogłoby być, gdyby przeszła psychoterapię. Warto?

Jeżeli jesteś osobą transseksualną i odnajdujesz się w tym tekście

ZGŁOŚ SIĘ DO TERAPEUTY.