Żeby zrozumieć kontekst wpisu, możesz zapoznać się z dyskusją Diagnostyka w Polsce a brak diagnostyki na forum TransPomocy. W skrócie: zrobił się offtop na temat mojej detranzycji i nie było jasności, kto kogo w co wkręcał i kto popełnił błąd, który zaowocował moją tranzycją.

Zaczęło się w miarę prosto: byłem nastolatkiem zawieszonym pomiędzy płciami i orientacjami. Miałem nieleczoną fazę depresyjną z psychozami i nieleczonego bordera. Nie odnajdywałem się w mainstreamowym społeczeństwie i nie identyfikowałem z kobietami, na co mocno wpłynęła moja historia rodzinna (brak męskich wzorców i ostry konflikt z matką), a także niezdiagnozowany autyzm. Jeszcze w podstawówce wiedziałem, że potrzebuję pomocy psychologicznej i psychiatrycznej, ale mój głos był bagatelizowany, więc w końcu dałem sobie z tym spokój.

Nie do końca odnalazłszy się w środowisku lesbijskim, jako dwudziestolatek trafiłem do transów. Na Niebieskim Forum było zbyt obco, zbyt hardkorowo, zbyt radykalnie, poszedłem więc na Crossdressing. Tam też nie do końca się odnajdywałem, ale nawiązałem nić porozumienia z kilkoma osobami, wsiąkłem też od razu w grupę „zróbmy coś”, z której potem wyłoniła się Trans-Fuzja. Moje płciowe rozterki były bardzo bliskie rozterkom odkrywającej ponownie swoją transseksualność Ani Grodzkiej, znalazłem też w końcu dwóch nietransseksualnych K/M-ów, z którymi było mi po drodze: Maksa, a potem Wiktora.

Nadal się nie odnajdując po żadnej ze stron, zacząłem mieć coraz silniejszą dysforię. Równocześnie trafiłem do środowisk, które bardziej niż kiedykolwiek (czyli w liceum) wtłaczały mnie w stereotypowo żeńską rolę: studia, pierwsze prace i wesela bliskich przyjaciół. Z Maksem straciłem kontakt, za to Wiktor postanowił udać się do lekarza, aby tam rozstrzygnąć swoje dylematy – co potem zamieniło się w poważną diagnostykę. Zazdrościłem mu potwornie.

Mając straszliwie dość wtłaczania w coraz bardziej obcą mi kobiecość, coraz bardziej wplątany w emancypujące się środowisko transowe, zadowolony z pierwszych coming-outów i wchodzenia w męską rolę, coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że jestem osobą K/M i w końcu zidentyfikowałem się z transseksualizmem. Brakowało mi innego rozwiązania. Terapii już od dawna nie brałem pod uwagę.

Równocześnie zacząłem żyć jako mężczyzna na studiach – było cudownie! Tego właśnie chciałem! Żegnaj, seksizmie! Żegnajcie, konflikty z kobietami! Witaj, swobodo i pewności siebie! Po raz pierwszy od czasów liceum mogłem być sobą i ludzie mnie akceptowali. Awww.

Siłą rzeczy, w końcu trafiłem do diagnosty – podążyłem śladami Wiktora i wybrałem Czernikiewicza. Byłem szczerze przekonany, że chcę przeżyć całe swoje życie jako mężczyzna. Miałem za sobą trzy lata w środowisku transowym, rok życia w męskiej roli na studiach i równocześnie rok studiów psychologicznych. No i byłem ponadprzeciętnie inteligentny. W procesie diagnostycznym wypadłem bardzo dobrze, choć z perspektywy czasu dziwi mnie, że psychiatra uznała mnie za zdrowego. Po drodze pojawił się jeden dylemat („podoba mi się ten facet, on jest hetero, czy ja dla niego chciałbym być kobietą?”), jednak go przemilczałem. Czernikiewicz nie był w pełni przekonany, ale w końcu dał mi zielone światło: jeśli wyrobię się z badaniami lekarskimi, dostanę pierwsze hormony.

Nie wyrobiłem się, bo w tamtym czasie nie miałem czasu nawet się podrapać: w pracy zamykaliśmy nadzorowane przeze mnie projekty, a na studiach właśnie trwała sesja egzaminacyjna, mnie zaś zależało na stypendium naukowym. Hormony przełożyłem sobie na jesień, wtedy jednak u Czernikiewicza nastąpił zastój – moja terapeutka została zwolniona, nowej mi nie przydzielono, nikt z Dolnej się nie odzywał. Czekałem kilka miesięcy, a po Nowym Roku straciłem cierpliwość i poszedłem do Libera.

Potem było w miarę typowo: zmiany na hormonach, 24/7 jako mężczyzna, także w pracy i w związkach (jednak z mężczyznami). Stopniowo słabnąca dysforia mi nie przeszkadzała, po prostu rezygnowałem z kolejnych zabiegów. W końcu zrezygnowałem z hormonów. Potem znowu do nich wróciłem, ale okazało się, że mam dysforię w drugą stronę, więc zrezygnowałem. To mi dało do myślenia i mocno zaniepokoiło. Drugim czynnikiem było odejście Wiktora od bycia TS w stronę agenderowości. Trzecim – odkrycie, że poznany lata temu Maks funkcjonuje jako kobieta, pod swoimi danymi z dowodu. Czyżbym z naszego tria był najbardziej normatywny…? Ale przecież nie byłem normatywny tak do końca – zdarzało mi się przebierać za kobietę, a stereotyp mężczyzny coraz bardziej mnie uwierał.

Równocześnie wkręciłem się w aktywizm (wcześniej nie miałem czasu), założyłem bloga, wraz z innymi aktywistami z Crossdressingu → Trans-Fuzji zacząłem postulować obalenie gate-keepingu, wywarłem spory wpływ na rzeczywistość, ale moje życie osobiste sypało się coraz bardziej i bardziej.

W końcu nadszedł kryzys. Zamknąłem się w domu i leżałem sam jak palec, umierając na depresję. Stwierdziłem, że coś muszę zmienić. Przestałem ignorować diagnozę choroby afektywnej dwubiegunowej, wróciłem na farmakoterapię, zdiagnozowano u mnie autyzm, zacząłem psychoterapię w kierunku ogarnięcia relacji ze sobą i światem (ach ten border). I im bardziej było widać efekty działania leków i terapii, tym większy rozdźwięk pomiędzy mną a transseksualistami zauważał mój przyjaciel. W końcu zaczął wprost mówić, że powinienem się zdiagnozować jeszcze raz, ale tak porządnie. Podjąłem się tego wyzwania, uparcie twierdząc, że jestem transem, tylko takim nietypowym…

Mniej więcej w tym samym czasie sytuacja finansowa zmusiła mnie, by zacząć pracę jako kobieta. Najpierw czułem się jak agent służb specjalnych, działający pod przykrywką. Potem okazało się, że wcale mi to nie przeszkadza. Stwierdziłem, że przyjrzę się temu bliżej, zanim zacznę diagnostykę. No i okazało się, że gdybym jako nastolatek był trafił do odpowiednich specjalistów, zamiast angażować się w środowisko LGBT i utwierdzać w domniemanej transpłciowości, to w ogóle nie potrzebowałbym korekty płci i żadnego Marcina Rzeczkowskiego nigdy by nie było. Stało się inaczej.

Mam całkiem ciekawy bagaż doświadczeń, którego nie żałuję, ale nie do końca wiem, co z nim zrobić. Doświadczenie zawodowe powiązane z dwoma nazwiskami? Zmienione rysy twarzy powodujące, że nadal często wyglądam jak chłopak? Sąsiedzi przekonani, że jestem transwestytą M/K? To jest mały problem. Jakoś to rozwiążę. Gorzej z odpowiedzialnością społeczną.

Załapałem się idealnie na początek nurtu antydiagnostycznego. Byłem jednym z pierwszych, którzy nasiąkli tym, co i jak mówić specjalistom, żeby przebrnąć przez ich podobno nadmiernie wygórowane wymagania. Byłem też jednym z najgłośniejszych orędowników zmian społecznych, które teraz postrzegam jako błąd i o które spieram się z ludźmi wyrastającymi na mnie i na moich współtowarzyszach z Internetu i NGOsów.

Spośród ludzi, którzy teraz biorą hormony od Libera i prześlizgują się przez diagnozę, spora grupa w przyszłości będzie żałowała swoich działań lub odkręcała ich skutki. Powstaje więc pytanie: czy rzeczywiście kontakt ze środowiskiem osób trans robi im dobrze? Przecież wiadomo, że jeśli ktoś zastanawiający się nad swoją płcią przedstawi swoje rozważania, to dla osób trans będą one brzmiały tak samo, nikt natomiast nie będzie robił szczegółowego wywiadu i doszukiwał się alternatywnych przyczyn takich właśnie odczuć.

Wiele osób zaczyna leczenie tylko dlatego, że zastanawiały się nad sobą, a potem trafiły na forum lub grupę dla osób trans, a nie do profesjonalisty. Przychodzą do nas zupełnie zieloni, niepewni kim są i pytają o kontakt do kogoś, kto ich zdiagnozuje, ale wychodzą, jak ja, już urobieni.  A potem robią to samo innym. W efekcie nie ma mowy o rzetelnej diagnozie – zresztą porządnych diagnostów w Polsce jest coraz mniej, a nie więcej. Niby przebąkuje się o potrzebie stworzenia w kraju solidnej kliniki płci z zespołem specjalistów, ale skoro popyt na takową jest znikomy, po co specjaliści mieliby się organizować?

Odkąd rzetelna diagnoza poszła w kąt, zastąpiona emancypacją i depatologizacją transpłciowości, minęło kilka lat. Akurat tyle, by zaczęły się pierwsze detranzycje. Będzie ich więcej. Dużo więcej. Niektórzy spróbują cofnąć czas i przejdą zabiegi odwracające wszystkie zmiany. Najsłabsi po prostu się zabiją. Największy burdel spowodują oczywiście ci, którzy będą robić dobrą minę do złej gry i udawać, że tak właśnie od początku miało być – takie dziwadła jak ja teraz, tylko mniej szczere ze sobą i z otoczeniem.

Choć wymaganie szczerości nie ma sensu, kiedy wszyscy są ofiarami systemu.