Follow my blog with Bloglovin

Pisania człowiek uczy się przez całe życie. Nie ma tak, że rodzisz się z darem władania słowem, a potem tylko odcinasz kupony od swojego talentu – trzeba rozwijać swój warsztat, trzeba wytrwale pisać i dawać swoje teksty ludziom do oceny.

W „THORNIE” jest scena, w której bohater spotyka agenta literackiego. Agent literacki zaczyna od komplementów, ale koniec końców nie pozostawia na dziele głównego bohatera suchej nitki. Zapewne słusznie. I, kierowany ponoć dobrymi intencjami, wygłasza takie oto słowa:

Nie umiesz pisać. Nigdy nie napiszesz książki. A na pewno nie w najbliższych latach. Tego się nie dało czytać. (…) I daruj mi bzdury, że niby trening czyni mistrza. Nie wierzę, że kiedykolwiek napiszesz coś, co ludzie będą chcieli czytać. I nie ma znaczenia, czy będzie to książka czy artykuł w gazecie. Przykro mi, że nie daję ci żadnej nadziei, ale wierzę, że właśnie ratuję ci życie. Nie potrafisz pisać.

Agent literacki był kretynem. Trening jak najbardziej czyni mistrza – wiem to, bo za sprawą forów literackich widziałem, jak rozwijają się pisarze. Od pełnych błędów wypocin, poprzez opowiadania zbierające rzeszę pozytywnych komentarzy i pytań „kiedy ciąg dalszy?!”, aż po publikacje elektroniczne i papierowe.

Tym, co zadecydowało o sukcesie moich znajomych, były: wytrwałość, odwaga i pokora. Wytrwałość, bo pisali pomimo porażek, pomimo zniechęcenia, pomimo braku weny i dobrego słowa. Odwaga, bo danie komuś do przeczytania swojego opowiadania wymaga jej wiele – ale bez opinii zwrotnych czytelników nikt nie nauczy się dobrze pisać. Pokora, bo jeśli chce się czegoś nauczyć, potrzebna jest gotowość do przyznania, że jeszcze nie jest najlepiej. Że to i to można napisać inaczej. Że wątek jest źle poprowadzony, opisy kiczowate, a ulubiona postać to stuprocentowa Mary Sue. Najlepiej rokowali ci znajomi, którzy z jednej strony umieli się docenić, a z drugiej – byli otwarci na krytykę i sceptycznie reagowali na ślepy zachwyt fanów.

Jason Hunt od bardzo dawna potrafi pisać. Umie pisać teksty do czasopism i na bloga, które przyciągają mu rzeszę czytelników i wzbudzają płomienne dyskusje (niekoniecznie w komentarzach). Umie pisać rewelacyjne poradniki, które nie tylko mają pełno cennych porad, ale także wciągają i bawią. Ma w tym dużą wprawę i słusznie uczy innych swojego warsztatu.

Z jego pierwszą powieścią nie poszło mu tak dobrze. „THORN” skutecznie podzielił internety. Zebrał stado fanów, którzy piszą pełne superlatywów recenzje i rozszyfrowują ukryte w powieści zagadki. Ale ma też rzeszę krytyków, którzy jadą po książce (oraz jej fanach) jak po łysej kobyle. Stosunkowo niewielką (a już na pewno najcichszą) grupkę stanowią ludzie, którzy przeczytali „Thorna” na spokojnie, jak każdą inną powieść i, jak w każdej innej powieści, znaleźli zalety oraz wady.

Gdybym miał się określić, to jestem w tej trzeciej. I bardzo tego żałuję, bo chciałbym być w pierwszej – ale się nie udało, „THORN” ma zbyt wiele wad debiutanta.

Bo, o czym często się zapomina, słynny Kominek jest debiutantem. I to debiutantem, który zaryzykował i wydał książkę w ramach self-publishingu. To z jednej strony pozwoliło mu na pełną kontrolę nad wydanym tekstem i wprowadzenie rewelacyjnej, dopieszczonej pod każdym względem szaty graficznej (to najładniejsza książka, jaką miałem w dłoniach od lat!), a z drugiej – wyrugowało kogoś, kto by powiedział „słuchaj, chłopie, to jest dopiero zadatek na bestseller. Musisz książkę poprawić, wtedy możemy ci ją wydać”.

Na forach literackich, póki mi się chciało, bardzo często pisałem debiutantom komentarze w tonie „Masz dobre to, to i to. To zachwyca. To jest słabe. Generalnie masz człowieku duży potencjał, pisz dalej, ale koniecznie znajdź sobie beta-readera, któremu dasz tekst do lektury przed publikacją i który wyłowi błędy”.

Kim jest forumowy beta-reader, pieszczotliwie zwany betą? Niektórzy sprowadzali rolę beta-readera do korektora, który wyłapywał ortografy i dodawał brakujące przecinki. Jednak ci najambitniejsi (nieliczna grupa najlepszych twórców) szukali wymagającego redaktora, który nie będzie głaskał po główce, nie będzie piał z zachwytu, tylko pokaże palcem co jest złe i każe to poprawić. Niejednokrotnie taka beta spędzała z autorem długie godziny na dyskusjach, jak poprowadzić dany wątek. A im bardziej się czepiała, tym lepiej. Bo tym więcej wyłapywała i tym lepszy mógł być tekst. Najlepiej było mieć kilka bet – każda zauważała co innego – i trochę konsultantów, którzy powiedzieliby, czy rzeczywistość wygląda tak, jak się wydaje autorowi.

Bywałem w obydwu rolach na tyle często, że często nie umiem z nich wyjść nawet jeżeli przysparza mi to wrogów. Wiecie, mało kto lubi, jak ktoś chodzi i mówi „generalnie to bardzo mi się podoba, ale” – i zgłasza trylion uwag. Ludzie wcale nie chce udoskonalać tego, czemu poświęcili mnóstwo czasu i z czego są dumni. I niby to wiem, ale… siła nawyku.

No i mniej więcej takie podejście włączyło mi się podczas lektury „THORNA”. Bo „THORN” ma potencjał. Oprócz tego, że jest pięknie wydany, ma bardzo dobry początek, cholernie mocne zakończenie i sporo ciekawych momentów w środku. Niektóre anegdoty, spostrzeżenia i dialogi są świetne. Andy trochę mi się sprzykrzył, bo niczym nie różni się od Andrzeja, ale Batman wymiata. Styl też przypadł mi do gustu, taki gawędziarski, potoczny, z nawiązaniami do przyszłych wydarzeń. To MOGŁA być bardzo dobra książka.

Tylko że nie jest. Fabuła jest trochę chaotyczna, a zaciekawienie zagadką autor dokarmia zbyt rzadko, żeby mnie naprawdę zainteresowała. W sumie cała historia z kościółkiem i strażnikiem wydaje mi się strasznie kliszowata, tylko że akurat tych klisz nie umiem rozpoznać, bo nie czytuję powieści w stylu Dana Browna.

Z całą pewnością denerwuje mnie zbyt duże stężenie fragmentów motywacyjnych, z których część jest czystym plagiatem z Kominek.es i innych blogów autora (jest nawet „wszyscy odchodzą”, a bohaterowie siedzą na ławeczce!). Co gorsza, te fragmenty często nie wtapiają się w treść tylko funkcjonują w oderwaniu od fabuły. „THORNA” w pewnym sensie czyta się jak „Nad Niemnem”, które podobno jest całkiem niezłą historią, kiedy wytnie się zbędne opisy przyrody. Dobra powieść motywacyjna to taka, której konsystencja jest bardziej spójna, bez nierozmieszanych grudek.

Są też drobne błędy, które czytelnicy i recenzenci powoli zaczynają wychwytywać. Na przykład o ile w sumie średnio drażni mnie istnienie znanego mi z Epilogu „Blogera” autobiograficznego wątku i jestem w stanie przeżyć przeniesienie fabuły do Stanów Zjednoczonych, o tyle ja tych Stanów Zjednoczonych nie umiem kupić. A czemu nie umiem? Bo akcja dalej dzieje się w Kołobrzegu, nadmorskim miasteczku z blokowiskami. Nie zwróciłem na to uwagi sam, ale odkąd przeczytałem u Zwierza, że morze i te bloki, rozumiem już, czemu nie uwierzyłem w Stany. Takie detale mówią „Kołobrzeg”, sorry.

Powinien istnieć jakiś specjalny zespół Iwonek, które by takie błędy wyłapały. Redakcję i korektę książki robiła Renata Falkowska z poprawnie.com.pl, ale ze strony wynika, że ta pani oferuje redakcję wyłącznie językową, uwzględniającą również „błędy rzeczowe dotyczące ogólnej wiedzy o świecie”. I jeszcze uważa ją za „pierwszy etap pracy nad istniejącym już tekstem”… (Swoją drogą, w przytoczonym powyżej fragmencie „THORNA” brakuje przecinka).

W temacie pierwszych etapów, mój osobisty rekord to wyrzucenie do kosza końcowej ćwierci tekstu, bo pomysł na finał był w sumie niezły, ale zawiodła psychologia postaci i dialogi, a poza tym dobór słów i atmosfera sprawiały, że sama końcówka była nie tyle szokująca, co do bólu przewidywalna. Takim tekstom nie robi się redakcji językowej, bo to strata czasu. Takie teksty się wybebesza, mówi się autorowi co ma poprawić i czeka na nową wersję. Przynajmniej jeżeli pracuje się z tekstem przyjaciela. O tym, jak to wygląda W Branży, nie mam pojęcia.

Innego redaktora w stopce nie znalazłem, więc wydaje mi się, że „THORNA” nikt porządnie nie wybebeszył w trakcie pisania. Znając życie, większość pierwszych czytelników stanowili znajomi, którzy – nie znając się, a lubiąc autora i jego dotychczasową twórczość – powiedzieli „ŁAŁ! SUPER!” albo „no, coś tam coś tam, ale generalnie to bardzo dobre, masz talent”. A to nie tak. Książkę najpierw się międli, czepiając ile wlezie. Dopiero po zastosowaniu się do uwag kilku takich bezlitosnych krytyków powinna wkroczyć praca na „gotowym” tekście.

Pewnie to z powodu niewybebeszenia książki znajomi z blogosfery się zachwycają, a ogół internautów komentuje niezbyt przychylnie. Dostali wersję beta opublikowaną przez zachwyconego swoim dziełem debiutanta. I ją międlą, tylko że nie są zaufanymi beta-readerami, a książka nie jest już zadatkiem tylko pełnowartościowym produktem, więc podejście czytelników jest inne. To się ciągle dzieje, kiedy to autor decyduje o rozpoczęciu procesu wydawniczego.

Udostępniony „THORN” nie jest ani dobry, ani zły. Jest akurat na tyle dobry, by oczarować znajomych (zwłaszcza takich, którzy mają w głowie „też bym chciał wydać książkę, ale sam bym tak nie napisał, więc to jest świetne”), ale równocześnie na tyle zły, by krytycy mieli na co zwrócić uwagę, a hejterzy dostali paliwo do swoich działań. Pozostaje czekać, aż za książkę wezmą się analizatornie, czyli wyrodne potomstwo bety i hejtera.

Ciąg dalszy „THORNA” na pewno kupię, bo to wcale nie jest zła książka, a poza tym wierzę, że Jason Hunt dopiero się rozwija pisarsko i drugi tom będzie lepszy. W końcu jego wczesnych wpisów na blogu nie byłem w stanie czytać, a teraz zaglądam regularnie.

Trochę się jednak boję, że autor nie skorzysta z okazji, by wyciągnąć wnioski ze swojego pierwszego doświadczenia z beletrystyką. Pokora i Kominek… No, może być ciężko. Tym bardziej że Jason Hunt jest z tych popularnych twórców, którzy na forum literackim wpadliby do kategorii „nie wypada skrytykować”, a w Internecie są albo kochani, albo nienawidzeni. To nie sprzyja wyciąganiu wniosków z konstruktywnej krytyki, bo jej zwykle prawie wcale nie ma.

Oby było dobrze.

Follow my blog with Bloglovin