Tu miało być kilka mądrych, głębokich i wciągających wpisów, ale niestety żadnego z nich nie dałem rady ukończyć. Czemu?

Bo jedna psychiatra chciała mnie leczyć według książek.

Ogólnie osobom z dwubiegunówką nie przepisuje się klasycznych antydepresantów, co wielokrotnie i przy różnych okazjach podkreślałem.

Często wygląda to tak, że idzie sobie taki niezdiagnozowany dwubiegunowiec do lekarza z objawami depresji. Przemilcza, że w zasadzie to ma gonitwy myśli lub napady energii i dobrego humoru (epizod mieszany), ewentualnie za normę uważa taki stan, że od świtu do zmierzchu rozsadza go energia, a #senjestdlasłabych. I lekarz zakłada jednobiegunowe zaburzenie nastroju – zwykłą, prostą depresyjkę – po czym przepisuje na to jakiś Cital, Prozac czy inne SSRI.

Efekt? Huśtawki. Depresja zamienia się w hipomanię lub nawet w manię. A te są znacznie bardziej szkodliwe dla mózgu (tak, autentycznie uszkadzają mózg), już nie mówiąc o tym, że w (hipo)manii można na przykład zaciągnąć kredyt na niepotrzebny nikomu luksusowy samochód, zakazić się HIV czy w inny sposób ponieść konsekwencje czucia się nadczłowiekiem.

W skrócie: dwubiegunówka + klasyczny antydepresant = problemy.

Problem w tym, że ludzie są różni. I dopóki taki Marcinek był sobie na stabilizatorach nastroju, dopóty miał stany lękowe i napady depresji. Uspokoił się na Anafranilu, który jest trójpierścieniowym antydepresantem hamującym zwrotny wychwyt noradrenaliny i serotoniny. Wszystko było dobrze, żył sobie autor bloga długo i szczęśliwie, łykając codziennie trzy różne leki… aż tu nagle lekarz (jedyny od 2010 roku) ogłosił, że przechodzi w stan spoczynku.

Cudownie. Weź tu znajdź człowieku nowego stałego lekarza w mieście pełnym konowałów.

Autor bloga myślał, że znalazł odpowiednią lekarkę. Wyglądała sensownie, zadawała rzeczowe pytania. Tyle tylko, że uparła się, że Anafranilu nie wypisze, Bo Jeszcze Zaszkodzi. Zamiast tego wypisała drugi stabilizator nastroju.

Brał więc Marcinek dwa stabilizatory i przeciwpsychotyka. I stopniowo robiło się coraz gorzej i gorzej. A nastrój to jest takie złośliwe bydlę, że nie wiadomo, że robi się gorzej dopóki nie jest już naprawdę źle. Chyba że jest się otoczeniem, otoczenie widzi więcej.

Mniej więcej na etapie „ups, chyba mam początki fazy depresyjnej, ale czemu, przecież biorę leki” otoczenie – w postaci jednego przyjaciela – zrobiło „OGARNIJ SIĘ, NIE WYTRZYMUJĘ JUŻ Z TOBĄ! MAM CIĘ DOSYĆ! IDŹ SOBIE ALBO ZMIEŃ LEKI, BO SIĘ! NIE! DA!„.

Ups.

No więc autor bloga poszedł do kolejnej psychiatry opowiedzieć jej, że potrzebuje Anafranilku, Anafranilek to cud medycyny, bez Anafranilku jest be i nie cacy, i jeszcze krzyczą. O dziwo psychiatra przyjęła to do wiadomości i od tygodnia Marcinek jest z powrotem na swoich kochanych różowych tableteczkach (oraz na zwiększonej dawce stabilizatora nr 1, oraz na przeciwpsychotyku).

Niestety uboczny efekt brania leku od początku jest taki sam jak poprzednio: usypiam. Na siedząco i na stojąco, bez różnicy. Nawet po kilka razy dziennie. I zbytnio mnie to nie obchodzi, bo świat jest różowiutki i puchaty. Powinno przejść za kilka dni, ale na razie moja forma intelektualna pozostawia wiele do życzenia.

Za to czytam sobie książki. Skończyłem Trylogię Czarnego Maga, porzuciłem Magię sprzątania i teraz przegryzam się przez Sklepik z marzeniami. Legimi ma w ofercie mnóstwo Kinga, a tę książkę co prawda czytałem, ale mając czternaście czy tam piętnaście lat. Teraz, nawet naćpany lekami, z pewnością rozumiem znacznie więcej.