Im dłużej siedzę w tematach transowych i rozmawiam na ten temat z ludźmi spoza „branży”, tym jest weselej. Z jednej strony coraz więcej spraw jest dla mnie tak elementarnych, że nawet nie wiem, jak zacząć ich tłumaczenie – i widzę, że dużo lepiej radzą sobie ludzie bardziej zieloni. Z drugiej strony, coraz lepiej rozumiem, jak trudny temat jest to dla innych ludzi.

Weźmy takich senatorów. Wczoraj odbyła się w Senacie debata na temat projektu ustawy o uzgodnieniu płci. Senatorowie zadawali mnóstwo pytań i zgłaszali wiele wątpliwości dotyczących tak naprawdę absolutnych podstaw tematu.

Przykłady? Jak dużej grupy ludzi dotyczy temat korekty płci prawnej. Czy transseksualizm jest uleczalny w taki sam sposób jak depresja, bo może tak byłoby szybciej, lepiej dla jednostki i w ogóle prościej. Jak w takim razie wygląda leczenie transseksualizmu. Na którym etapie tego leczenia wkracza uzgadnianie płci prawnej. Czy osoby transseksualne mogą być płodne w wyniku przeszczepienia odpowiednich organów. Czym różni się transseksualista od transwestyty. Skąd bierze się potrzeba uzgodnienia płci i w jakim wieku się pojawia – czy to jest dobrowolny wybór, jakieś widzimisię? Itd., itp.

Doznałem też fantastycznego odkrycia. Senatorom wielokrotnie trzeba było powtórzyć, że to nie jest nic nowego, że medycyna i prawo radzą sobie z tym tematem od lat 60. ubiegłego wieku. Mieli wyraźny problem z przyswojeniem, że generalnie problem rozwiązany był jako tako już w PRL-u, a teraz dyskutujemy o tym, jak to ulepszyć. Na początku myślałem, że to kretyni, skoro tego nie wiedzą. Potem uświadomiłem sobie, że jacy kretyni, przecież ich to nigdy nie interesowało, a teraz dostają przekaz, że „sytuacja osób transseksualnych w Polsce nie jest w żaden sposób uregulowana prawnie”. W żaden sposób – czyli takiej procedury nie ma! Prosty wniosek.

Powszechny odbiór jest taki: senatorowie to są kompletni ignoranci, którzy nic nie wiedzą i którym nawet nie chciało się przeczytać tekstu ustawy. Zadają kretyńskie pytania, bełkoczą i generalnie są na nie. Obśmiać to za mało. Najlepiej skasować cały Senat!

Ale pomyślmy chwilę. Tematyka trans jest bardzo skomplikowana, a jednocześnie cholernie niszowa. Spraw o uzgodnienie płci jest obecnie około 40-50 rocznie. To bardzo, bardzo, bardzo mało. My jesteśmy akurat tymi ludźmi, których to dotyczy, więc znamy temat od podszewki. Obudzeni w środku nocy potrafimy wyrecytować etapy korekty płci oraz odpowiedzieć na pytanie, czym różni się transwestyta od transseksualisty. To nasze życie. Ale cispłciowy, heteroseksualny senator z wykształceniem, powiedzmy, ekonomicznym? Dla niego to czarna magia! On jeszcze kilka lat temu nie miał pojęcia, że takie zjawisko istnieje, a teraz nagle ma podjąć decyzje czy i jak uregulować sytuację tej grupki.

Zagadnienie transseksualizmu jest wybitnie interdyscyplinarne. Żeby je ogarnąć, trzeba wiedzy medycznej (z zakresu neurologii, psychiatrii, seksuologii, chirurgii, endokrynologii…), psychologicznej i prawnej. Wyspecjalizowanej wiedzy, dotyczącej akurat tego jednego zagadnienia. My tym oddychamy. Taki poseł, senator czy Kowalski oglądający Fakty TVN – muszą się tego nauczyć. A żeby się tego nauczyć, muszą zadać pytania. Szereg pytań. Pozornie skrajnie głupich pytań. Bo jeśli ich nie zadadzą i nie uzyskają cierpliwych odpowiedzi, to nie będą rozumieli zjawiska – wypełnią luki tym, co im się wydaje i na przykład dojdą do wniosku, że lepiej (taniej, prościej, a przede wszystkim bardziej humanitarnie) jest podawać transseksualiście tabletki przeciwpsychotyczne. Mają do tego prawo.

W ogóle to muszę przyznać, że podziwiam posłów i senatorów. Mają cholernie ciężką pracę. Oprócz podejmowania decyzji w zakresie tak ważnego dla całego polskiego narodu tematu, jakim jest ustawa o uzgodnieniu płci, muszą zajmować się takimi bzdurkami, jak – momencik, zajrzę do Dziennika Ustaw – ordynacja podatkowa, kodeks wyborczy, ustawa o gospodarce nieruchomościami, ustawa prawo restrukturyzacyjne, prawo energetyczne, ustawa o autostradach płatnych oraz o krajowym funduszu drogowym… Dalej czytam o działalności leczniczej, o ubezpieczeniach upraw rolnych i zwierząt gospodarskich, o przeciwdziałaniu narkomanii, o samorządzie powiatowym, o ochronie przeciwpożarowej, o izbach rolniczych, o prawie geodezyjnym i kartograficznym… Świetna jest zwłaszcza ustawa o zmianie niektórych ustaw w związku ze wzmocnieniem narzędzi ochrony krajobrazu. Brzmi cudownie.

Wyobraźcie sobie teraz, że idziecie na spotkanie, na które mieliście przeczytać kilka projektów aktów prawnych, między innymi tekst tej ustawy o zmianie niektórych ustaw. Waszym zadaniem było zrozumieć ją i zapamiętać, a następnie o niej dyskutować czy jest dobra czy zła.

Znając siebie, nie zapamiętałbym każdego szczegółu przeczytanego tekstu. Na pewno coś by się pochrzaniło. Nie z lenistwa, nie ze złej woli – dlatego, że nie mam zielonego pojęcia o narzędziach ochrony krajobrazu. Taki ze mnie debil.

Na szczęście Wy na pewno jesteście mądrzejsi.