Taka refleksja naszła mnie dzisiaj w przerwie od redagowania tekstu na Trans S.O.S. Tekst, co istotne, opisywał system diagnozy osób transseksualnych z perspektywy profesjonalisty. Nie aktywisty. Nie transseksualisty. Zawodowego pomagacza, który wyjaśnia w tekście, jak działa system i z czego co wynika.

Ponieważ Trans S.O.S. ma pomagać, chcę, żeby było tak profesjonalne i tak mało zaangażowane politycznie, jak tylko potrafię. I na przykład tę partię tekstu, nad którą siedzę teraz, chciałbym dać do zweryfikowania seksuologowi, a najchętniej kilkorgu… Mam parę nazwisk w głowie, między innymi dr Robachę – której nigdy nie miałem przyjemności poznać i która mnie bardzo intryguje, bo ludzie mówią o niej bardzo często, ale w dziewięciu przypadkach na dziesięć – dobrze. W Polsce, w transseksualnej mikrospołeczności, to po prostu jakiś ewenement.

Redagowałem ten tekst na S.O.S. z myślą, że piszę rzeczy dla mnie zupełnie nowe. Mój światopogląd przez ostatni rok naprawdę uległ zmianom, na które nałożyły się i wycofanie ze środowiska aktywistów, i trening w profesjonalnej i – co bardzo ważne – mainstreamowej organizacji pomocowej, i prowadzenie grupy wsparcia, i włączenie się w Pozytywną Seksualność, i rozpoczęcie w kwietniu prac nad S.O.S., i szereg dyskusji z nie-aktywistami… Słowem, przestali mnie otaczać ludzie myślący tak samo jak ja oraz ludzie myślący to, co ja im powiedziałem, że mają myśleć. Co, jak łatwo zgadnąć, bardzo szybko skłoniło mnie do zmodyfikowania własnych przekonań.

I kiedy tak myślałem sobie o tej mojej odmienionej perspektywie i o tym, jak bardzo nie zgadzam się z jednym z ostatnich tekstów Wiktora Dynarskiego – który kiedyś był nie tylko moim źródłem inspiracji i motywacji do działania, ale także moim mentalnym bliźniakiem – przyszło mi do głowy, że pewien zakątek transowego światka mógłby wyglądać zupełnie inaczej, gdybyśmy nie oczekiwali od lekarzy recept na hormony na pierwszej wizycie i gdyby lekarz prowadzący nie był wykreowanym przez nas samych, w naszych umysłach, Bogiem od Hormonów, tylko stałby się naszym partnerem i sojusznikiem.

Co jak co, ale na mnie doświadczenie przemocy w gabinecie lekarskim (człowieka potem i tak na wskroś ośmieszonego) wywarło kolosalne wrażenie. Jeszcze w zeszłym roku się z tego otrząsałem. Sądząc z tego, że chronologia wydarzeń przedstawiała się następująco: oskarżenie lekarza o przemoc wobec pacjentek – wypalenie zawodowe – depresja – psychoterapia i rekonwalescencja – drugie podejście do formalnej tranzycji – wyważony tekst o zdrowych stosunkach pomiędzy pacjentem a lekarzem… – dopiero teraz doszedłem do siebie.

U tamtego lekarza ostatni raz byłem w styczniu 2010, a ataki przypadły na lata 2008 i 2009. Blog, nazwany później „Trans-Optymista”, urodził się zimą 2010/2011. Lekarz był przed moim wkładem w aktywizm na rzecz osób transseksualnych. Sporo mojego wkładu to był bunt przeciwko cisseksistowskiej opresji i wtłaczaniu w rolę Tru TS-a, mówienie o nadużyciach władzy itd., itp.

Teraz z jednej strony chcę załatwić swoje sprawy związane z wymianą dokumentów i przebrnięciem przez ten prawny burdel. Z drugiej strony – pomóc, tworząc S.O.S., ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zbyt wiele osób chce, by było tak jak jest. By ciągle było o co walczyć.