Przyznam, że dzisiaj się trochę wkurwiłem.

Udostępniłem na transowych grupach na Facebooku link do poradnika prawnego, który spisaliśmy z przyjacielem. Samo pisanie zajęło nam kilkanaście godzin bitej pracy – to znaczy on pisał, a ja dodawałem komentarze w rodzaju „A po ludzku?” czy „Transi w takiej sytuacji…” (on się zna na prawie, ja na transach). Było to zwieńczenie naszych wielogodzinnych, trwających wówczas pół roku rozmów o transowej społeczności, wspólnej lektury Niebieskiej Strony i raportu z Sytuacji prawnej osób transpłciowych w Polsce. Rozumiecie, przyłożyliśmy się obydwaj.

Jestem cholernie dumny z naszego osiągnięcia, bo uważam, że w Polsce nie ma równie dobrego źródła wiedzy dla osób pragnących skorygować swoją płeć. Nie wynaleźliśmy koła na nowo – to wszystko jest spisane w kodeksie postępowania cywilnego / wynika z praktyki orzeczniczej – ale chyba jako pierwsi zrobiliśmy jedną rzecz.

Otóż ilekroć ktoś zabierał się za opis procedury sądowego ustalenia płci, tylekroć opowiadał o niej z perspektywy anegdotycznej: ludzie robią tak i tak, więc ty też zrób tak i tak. W efekcie z roku na rok sprawy wyglądały coraz gorzej. Tymczasem mój przyjaciel zapoznał się z tym, co robią ludzie, złapał za głowę i jął wyjaśniać, jak to powinno się robić, żeby było zgodnie z zasadami postępowań cywilnych. To trochę jakbym ja naprawiał komuś komputer („u mnie zadziałało kopnięcie z buta, zrób to samo”) vs naprawa w wykonaniu kogoś, kto wie jak komputer jest zbudowany i jak działają poszczególne podzespoły.

Rozumiecie różnicę? On to ROZUMIE. A że ja dodawałem tu i ówdzie, co myślą i robią osoby transseksualne, to powstało coś naprawdę fajnego, adresowanego specjalnie do tej jednej wyjątkowej grupki osób i – co ważne – dostępnego ot tak, na jedno kliknięcie. Nie trzeba do nikogo pisać, nie trzeba płacić… Wystarczy usiąść i przeczytać poradnik.

Wrzuciłem więc link do poradnika na transowe grupy na Facebooku, bo widziałem w komentarzu, że ktoś niedługo składa pozew i pomyślałem, że mu się przyda. A jak nie tej osobie, to jakiejś innej.

Dostałem kilka lajków i komentarz, który mnie wkurwił:

Z treścią nie dyskutuje bo prawnikiem nie jestem, Być może jest to odkrywcze, ale bawi mnie ten wybitny kauzyperda wstydzący się swego nazwiska. Przepraszam Marcinie, cenie cię ale to jest po prostu śmieszne, bo to jak by Albert Einstein opublikował teorie względności anonimowo.

Zapieniłem się i wysmażyłem sążnisty komentarz, czym jest zjawisko zwane transfobią i co grozi osobom kojarzonym z transseksualizmem. Taki jak krowie na rowie. Bo nie wiem czy wiecie, ale w wielu środowiskach ludzie cis dalej boją się występować publicznie w imieniu osób trans, podkreślać, że je znają itd. Transfobia rozszerza się również na nich i można ponieść bolesne konsekwencje bycia krewnym, przyjacielem czy sojusznikiem osoby trans.

Autorka powyższych słów tego najwyraźniej nie wiedziała, co jest niesamowite, biorąc pod uwagę, że jest działaczką na rzecz osób trans, która – kolejna zdumiewająca rzecz – podpisała swój komentarz nie imieniem i nazwiskiem, a pseudonimem. Ani chybi psipadek. W ogóle wśród transowych aktywistów na rzecz transów jakoś dziwnie mało jest osób, które podpisują się swoim nazwiskiem rodowym. Naprawdę zastanawiająca rzecz, jak się tak o tym pomyśli…

Byłem wściekły, a potem poszedłem do przyjaciela transa powiedzieć, że jestem wściekły i zrobiłem się jeszcze bardziej wściekły, bo przyjaciel trans mi wyjaśnił, że to normalne, bo społeczność trans jest z natury nieufna i nie chce wierzyć komuś, kogo nie zna, zwłaszcza jeśli ten ktoś może nie być trans.

No żesz…! Czy ja naprawdę należę do takiej durnej i chamskiej społeczności…? Oto sojusznik poświęca swój wolny czas i za darmo dzieli się wiedzą, której zgromadzenie zajęło mu lata, a jacyś ludzie nie tylko nie potrafią po prostu podziękować, nie tylko podejrzliwie zaglądają darowanemu koniowi w zęby (cis czy nie cis?), ale jeszcze, jak działaczka powyżej, są po prostu wyśmiewającymi się i używającymi obraźliwych określeń chamami, nie rozumiejąc, że oto ktoś po prostu nie chce płacić całym swoim życiem za odruch dobrego serca? (Aha, to nie była pierwsza taka sytuacja. Po prostu dzisiejsza była tą jedną za dużo).

Mówi się dużo o tym, jak cispłciowi sojusznicy powinni traktować nas transów, jakich slów powinni używać itd. Standardy się wciąż podnoszą (np. ostatnio dowiedziałem się, że fraza „female-bodied” jest transfobiczna, kiedy ja wciąż żałuję, że nie da się jej tak po prostu przełożyć na polski). Tymczasem w drugą stronę te standardy są naprawdę niskie, skoro ludzie nie tylko mają problem z napisaniem prostego „dziękuję” czy „łał, przyda się”, ale jeszcze w skrajnie chamski sposób wymagają outingu od kogoś, kto najwyraźniej nie ma na to ochoty. Jakby ktoś tak komentował to, że trans nie chce podać swoich oficjalnych danych, to przecież byłby skandal i transfobia, ale w drugą stronę wszystko jest w porządku?!

Ktoś tu chyba ma nierówno pod sufitem.

PS. Poradnik znajdziecie pod adresem prawo.transoptymista.pl

PS2. „Cenienie mnie” jest już pewnie w czasie przeszłym, ale co tam. To jest naprawdę dobra rzecz. I pisał ją cholernie zdolny człowiek, za którego ręczę.