Tym razem kontent wpis, o niby małych ale istotnych rzeczach. Od szczegółu do ogółu i o tym jak małe rzeczy dają radości. Z buziakami dla Wiktora, Adeli i wszystkich innych. :*

Ksywki (różnych ksywek) używam od dawna. Najpopularniejsza, najczęściej używana jest chyba od 2000 albo 2001 roku. Była ze mną od lat, w tak wielu miejscach, kręgach i czasach używana, że stanowi cześć mojej tożsamości, jest jej odbiciem i sama w sobie wyraźnie mówi coś o mnie. Bez uszczerbku przeżyła różne końcówki i wszelkie inne zawirowania. To ja, w pełni, w całej swojej skomplikowaności, różnorodności, z całą moją (ciągłą) historią i (wiecznym) rozwojem jako istota ludzka…

Inne ksywki też odnoszą się do mnie, są częścią mnie i mojej historii, ale są bardziej ograniczone czasowo lub towarzysko. A ta jedna trwa. Niezmiennie. Nie wyobrażam sobie, że kiedyś mógłbym z niej zrezygnować.

Z jednej właśnie zrezygnowałem. Przeterminowała się. Używałem jej naście lat, była dla mnie dosyć pozytywna. Różne okresy w moim życiu przeszła i chociaż dla mnie była (przez różne nawiązania) neutralna, to jednak powstała z mojego żeńskiego imienia, a ostatnio mam z nim coraz większy problem.

Imienia, którego nie cierpię od lat, i które byłem w stanie znieść tylko gdy używały go obce osoby. Nawet w pracy najbliżsi współpracownicy używali tej ksywki.

Używałem ksywek, żeby nie być zdanym na to straszne imię. Gdy bliscy znajomi używali mojego żeńskiego imienia, dziwnie się czułem. Oni mówili do mnie? O mnie? Przecież to nie ja. Używajcie ksywki bo inaczej dziwnie się czuję, wytrącony z równowagi! Ludzie z netu, z różnych grup zainteresowań nigdy nie mieli poznawać mojego imienia. Kumpela świadkiem jak się w grach potrafiłem nerwowo reagować na ciekawskie pytania (raczej Polaków) o moje imię, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.

Pod koniec lutego pojechałem na dłuższy weekend do pobliskich krajów. W jednym z klubów LGBT zostałem spytany o imię. Przedstawiłem się jako „Sam”. Nie czułem się na siłach używać męskiego imienia, bo absolutnie nie wyglądałem. Ale to był krok naprzód.

Po weekendzie, z zaskoczenia się dowiedziałem o rozpoczęciu pewnej grupy terapeutycznej do której aplikowałem. Coś w stylu „Za parę godzin będziemy mieć pierwsze spotkanie. Przyjdziesz?” Spanikowałem, ale poszedłem. Bałem się, ale wiedziałem, że jeżeli grupa ma mi jakkolwiek pomóc, to muszę być szczery. A nie byłbym szczery używając ksywki lub żeńskiego imienia. Tak więc 29 lutego publicznie przedstawiłem się swoim męskim imieniem. Mimo „niewyglądania”.

Od tego czasu coraz częściej używam swojego imienia. Moje własne, wybrane, świadczące o tym kim jestem. Coraz częściej go używam, i są osoby które znają mnie tylko pod nim. Nowe konta na portalach społecznościowych używające imienia w pełnym lub skróconym brzmieniu. Moja historia się buduje, nadbudowuje tą starą.

Rodzina wciąż mi mówi używając żeńskiego imienia (wciąż nie wiedzą). Zdrabnia, czego zawsze nienawidziłem. Ale ostatnio jestem w stanie odciąć się od tego. Bo czuję, że to jakby mnie nie dotyczyło. Niby do mnie, ale tak jakby użyto znowu imienia kogoś innego. Zdarza się.

Gdy w początkach marca od znajomej (poznanej jakiś czas temu na forum a więc pod ksywką) przeczytałem/usłyszałem na Skypie takie proste „cześć, Sambor” to poczułem się tak fajnie. :) Takie dziwne ale fajne uczucie – ona mi mówi po imieniu i ja nie reaguję na to wrogo. Co za dziwna sytuacja. Taka normalna… ale nienormalna z punktu widzenia mojej historii. Więcej ludzi mi mówi po imieniu, a mi się to podoba. Nie no w sumie, to nawet już czasem nie zwracam uwagi, że mówią mi po imieniu, znaczy zwracam na to uwagę jak się zastanowię. O ja pierdziu. :D

Na grupie transpłciowej funkcjonowałem najpierw pod nickiem, teraz pod własnym imieniem. Oni też mi mówią po imieniu i cieszę się ze zmiany. Ale w miniony weekend jeden mały kamyczek dołożył się do ogródka. Mała rzecz a jak cieszy. I stąd pomysł na ten wpis.

Po demonstracji pod Sejmem, usłyszałem swoje imię na ulicy. Ktoś mnie wołał? (Ja wiem, że mam na tyle rzadkie imię, że znajomi reagowali „a w ogóle pozwolą ci je zmienić?”, ale jednak…) To rzeczywiście był znajomy. Spodziewałem się po nim raczej ksywki, tyle lat mnie pod nią zna. Ale nie, zawołał mnie po imieniu. A ja sobie potem uświadomiłem, że… wow, zareagowałem na to jak ktoś mnie wołał na ulicy. Pamiętam, że kiedyś ludzie (czasem) zwracali mi uwagę, że wołali do mnie na ulicy, a ja nie reagowałem. Nie wołali po żadnej z ksywek, więc jak miałem zwracać uwagę? Nawet jeśli słyszałem „swoje” imię nie reagowałem, bo uznawałem, że dotyczy kogoś innego.

Tamtego dnia uświadomiłem sobie jak szybko pewne rzeczy stały się naturalne. A przecież tyle lat indoktrynacji było… ;)

A jak to było/jest u ciebie?