„Dlaczego przebrałeś się za kobietę? Nie lepiej być sobą?”, zapytały mnie dwie osoby. Obydwie były, co ciekawe, młodymi kobietami trans.

Abstrahując od faktu, że przebrałem się za „słodkiego transwestytę z transseksualnej Transylwanii” (detal), najlepszą odpowiedzią jest forma pytania. 

That’s not the point

Kilka lat temu – w 2005 roku, tuż przed moim wpisem na forum LGB(t) w stylu „Powiedzcie mi, kim jestem”  – miałem ochotę założyć kobiece ubranie. Czerwona bluzka z bufkami, wisior w kształcie serca, chyba jakaś biżuteria. Komentarz znajomych brzmiał: „O, Wampir odkrył, że jest kobietą”. Moją, niewyrażoną, reakcją było: „NIE! NIE O TO CHODZIŁO!”. W rzeczywistości chyba uśmiechnąłem się słabo i wymamrotałem jakieś podziękowanie.

Potem na długo zapomniałem o ubraniach, które nie byłyby ostentacyjnie męskie (jak za duże męskie koszule, garnitury etc.), ponieważ psuły mi passing, a dla znajomych – tych samych – były „dowodem”, że jestem kobietą. W ich oczach kobiece ubrania natychmiast dowodziły płci „Kobieta”, ale męskie ubrania nie dowodziły niczego.

Po jakimś czasie zacząłem się nudzić. Ubrania podkreślające męskość kaema bywają nudne. Większość stylowych ubrań od tak dawna ma kobiece odpowiedniki, że w ogóle nie kojarzą się z męskością. No ale skoro młody kaem musi udowadniać na każdym kroku bycie mężczyzną, to trudno.

genderfuck

Przełomem w drugą stronę okazała się identyfikacja z gejem. Gejowi wolno więcej niż heterykowi – poza tym na kobietach rzeczy nie wyglądają gejowsko. Założyłem (słusznie), że jeśli gdzieś mogę być gejem, to mogę mówić o nie-męskich rzeczach i pozostawać mężczyzną, mogę założyć coś nie-męskiego i pozostać mężczyzną.

Potem była ta zazdrość, że Jej Perfekcyjność potrafi założyć taką obłędną suknię i przyciągać wzrok wszystkich obecnych, a ja sobie tego zabraniam i przez to na Paradzie Równości wyglądam do bólu normatywnie. I postanowienie, że się przełamię.

No a potem już poszło. Przygotowałem grunt, mówiąc przez ostatni rok o przebieraniu się. Znajomi najpierw reagowali raczej zdumieniem, potem raczej zaciekawieniem, potem żądali pokazania się w drag, aż w końcu – dostali to, czego pragnęli.

Frank-N-Furter…

Franka-N-Furtera wybrałem dlatego, że dla mnie ocieka męskością bad boya, taką trochę w stylu Damona Salvatore’a, Bohuna i innych uwielbianych drani. „Oto ja, kochaj mnie lub nienawidź, jak sobie chcesz”, lekceważenie konwenansów, uwielbienie życia, ogromna energia, impulsywność i budzenie kontrowersji.

Frank-N-Furter

Poza tym ma bardzo wyrazistą ekspresję – przeciwieństwo pokerowej twarzy – co sprawia, że łatwo jest mi do niego nawiązać, nie próbując grać kogoś innego i nie będąc niewolnikiem przebrania.

Oraz dlatego, że „The Rocky Horror Picture Show” jest totalnie queerowe, wyzwalające i widać, że bohaterowie potrafią się dobrze bawić. Idealnie pasuje do mojej wizji Parady Równości.

Pelasia Golianek Pięknie było :-) Obserwowałam z chodnika, ale można im pozazdrościć jak potrafią się cieszyć! Brawo Parada Miłości i Radości (link)

…i płeć

Podczas Parady chyba tylko dwukrotnie skupiłem się na odczuciach związanych z płcią. W każdym razie pamiętam tylko dwa takie momenty.

Pierwszy był po zmianie szpilek na wygodne adidasy w połowie marszu. Wtedy nagle poczułem się nie-przebrany, jak w codziennym, komfortowym ubraniu, wszystkie moje ruchy się zmieniły i stały się bardziej męskie. Poczucie płci i wizerunek to wdzięczne obiekty zabawy, kiedy ma się już ustabilizowaną tożsamość płciową.

Drugi był na ostatnim odcinku przemarszu, przy skrzyżowaniu ze Świętokrzyską – wróciłem myślami do swoich najświeższych motywacji i poczułem, że w takim stroju czuję się maksymalnie pewny siebie, właśnie w bardzo męski sposób (o dziwo, umiem też poczuć pewność siebie w wydaniu kobiecym, ale to wymaga innego stroju). Poczucie się tak w samym centrum Warszawy – mojego miasta – nieustannie daje mi niesamowitego kopa do działania na następny rok. Nie-codzienny, zwracający uwagę strój to +100 do tego kopa.

(Nie rozumiem, czemu u nas nie ma tradycji karnawałów. Przecież wszyscy potrzebujemy zabawy od czasu do czasu. Upicie się na imprezie to namiastka takiej zabawy).

Przebranie za kobietę, transwestytę, M/K, whatever

Jakkolwiek ostatnio mówiłem o faux queens – osobach generalnie przypisywanych do płci żeńskiej, które przebierają się za kobiety / występują jako drag queen – w oczach większości ludzi można przebierać się wyłącznie za płeć przeciwną.

Don’t get strung out by the way that I look,
Don’t judge a book by its cover…

Co oznacza, że jeśli ludzie myślą, że jestem przebrany za kobietę, z automatu potwierdzają moją męskość. Dowiódł tego ten tekst „Weź sobie jaja utnij”, który usłyszałem po Paradzie, oraz absolutnie boski dialog: „Ty wiesz, kto to jest? Podpowiem ci, że to mężczyzna” „Widzę, że to mężczyzna” (cytuję z pamięci).

Przebieram się, bo jestem w tym miejscu w moim życiu, kiedy po przebraniu się za (M/)K pozostaję sobą.

Bo mnie ten strój nie razi, nie przytłumia mojej męskości – paradoksalnie raczej ją eksponuje.

Bo ten paradoks mi się podoba i daje mi poczucie mocy. Nie jestem grzecznym, *normatywnym chłopcem, udawanie takiego przycina mi skrzydła.

Bo bycie podwójnie trans – K/M z doświadczeniami M/K – w cudowny sposób podważa cisnormę.

Bo lubię, jak ludziom kręci się w głowie, kiedy próbują mnie gdzieś zaszufladkować.

Bo mogę.

And that’s the point!

—-

genderfuck

Fotografia: Justyna Tenel (SPR)