Nigdy w życiu nie powiem, że 50 twarzy Greya jest dobrą książką, bo nie jest. Jest pełnym klisz romansidłem na bazie fanfiku do innego romansidła. Natomiast coraz wyraźniej widać, że jest to książka ważna dla popkultury, oswajająca z seksualnością w ogóle, a szczególnie z tematyką BDSM.

Dzisiaj widziałem w Empiku powieść-nawiązanie (oczywiście „pięćdziesiąt razy lepsze”, przynajmniej w teorii) oraz coś, co mi się bardzo spodobało: poradnik seksualny pod tytułem 50 twarzy przyjemności, czyli „jak zrobić to, co Anastasia i Christian”. Fajne wprowadzenie w tematykę bezpiecznego BDSM. Trochę drogie co prawda, ale JEST. Jak na polski rynek i polską scenę BDSM, w której wciąż królują dyskusje w stylu „co to za suka/cwel, że ja się z nią/nim chcę umówić, a on/a stawia mi warunki?!” (medal dla każdego, kto rozróżnia uległych, niewolników i własności!) czy „co to za Master, że pyta mnie, czy chcę herbaty, on miał mnie zglanować od wejścia!”, to naprawdę DUŻO. Tym bardziej, że wciąż gdzieś w tle przewijają się wypowiedzi osób – zwłaszcza uległych – które od dawna miały BDSM-owe fantazje, chciały je zrealizować i trafiły na kogoś, kto praktykował przemoc seksualną pod płaszyczykiem dominacji i sadyzmu. W 50 twarzach przyjemności widziałem aftercare i słowo bezpieczeństwa – to już coś. 

Niestety zaraz potem znalazłem – leżące obok kas – czasopismo literackie, w którym jakiś pan podjął próbę napisania artykułu o fenomenie Fifty Shades i poświęcił 3/4 kolumny na podszyte współczuciem i podbudowane cytatami z literatury drwiny ze współczesnego sadysty z traumami z dzieciństwa, co to uprawia quasi-biznesowe negocjacje w pierwszym tomie, spisuje wszystkie swoje fantazje w formie smutnej, długiej listy i podpisuje umowę – i że markiz de Sade przewróciłby się w grobie, bo sprzeciwiał się wszystkim tego typu umowom. (Przywołuję z pamięci, szkoda mi było 10 zł na słaby artykuł i resztę czasopisma).

To już drugi raz, kiedy wpada mi w oko porównywanie Fifty Shades do twórczości de Sade’a. Twórca pierwszego porównania użył wręcz frazy Markiz de Sade dla ubogich.

Denerwuje mnie ignorancja ludzi, którzy starają się robić wrażenie erudytów, depcząc z pogardą po czymś, czego ewidentnie i do bólu nie rozumieją. Markiz de Sade, ojciec chrzestny sadyzmu, ma bardzo mało wspólnego z BDSM. Sto dwadzieścia dni sodomy opisuje – w bardzo wulgarny sposób – wymyślne gwałty, tortury fizyczne oraz psychiczne i morderstwa oraz kopulację ze zwłokami. Jest zmuszanie ludzi do kazirodztwa, zabijania bliskich, kanibalizmu i sporo innych potworności. Uczestnicy dzielą się na katów i ofiary. Ogólnie pod koniec książki (de Sade dobrze stopniuje drastyczność) nie dzieje się nic, co chciałby praktykować człowiek spoza szufladek „psychopata” lub „ekstremalne warunki”. Fabuły brak.

BDSM różni się od powyższych praktyk przede wszystkim niewymuszoną zgodą wszystkich uczestników na każdą aktywność z osobna. To, co wyśmiał niedouczony autor artykułu – negocjacje, lista preferencji, kontrakt – jest absolutną podstawą: inaczej ktoś, prawdopodobnie Domin/sadysta, prędzej czy później naruszyłby zasadę dobrowolności. Porównywanie Christiana z bohaterami utworów markiza de Sade pod hasłem „tu i tu sadomasochizm” jest zatem równie sensowne, co porównywanie dobrowolnego stosunku analnego ze sceną gwałtu z filmu Nieodwracalne („tu i tu seks analny”).

A swoją drogą, na terapii par bardzo często uczy się ludzi rozmów o swoich preferencjach i ograniczeniach, negocjowania warunków i zachęca ich do spisania kontraktu. Może jednak warto się czegoś poduczyć od Christiana i Anastasii z pierwszej połowy pierwszego tomu?