(A może doszliśmy jakiś czas temu, tylko ponieważ do niedawna siedziałem w samym jego środku, nie byłem w stanie tego dojrzeć).

Dzisiaj z TransPomocy dowiedziałem się dwóch rzeczy. Pierwsza, to że na Trans*Festiwalu ktoś powiedział (i mam nadzieję, że to była pojedyncza i średnio istotna dla transpłciowego ruchu osoba, choć znając życie pewnie jest dokładnie odwrotnie), że nie można mówić „transseksualizm”, bo to słowo jest opresyjne. I nie, nie chodziło o to, żeby pobrzmiewające medycyną określenie uprzyjemnić końcówką -ność. Moje źródło wiedzy brzmiało tak:

Problem jest z czymś innym. Z tym co było już na trans*festiwalu. Z tym, że okazało się, że gdy mówi się o trans* (z gwiazdką) to znaczy, że nie o osobach ts. Spotkałam się tam ze stwierdzeniem, że używanie sformułowania ‚transseksualizm’ jest opresyjne i nie powinno się używać tego słowa w jakimkolwiek kontekście, a o osobach transseksualnych nie powinno się mówić – tylko o trans* – ainiki

Kontekst mnie nie obchodzi. Kwestia kontekstu rozwiązała się sama frazą „w jakimkolwiek kontekście”. Argumenty „za” też mnie tym razem nie obchodzą, bo szkoda mi czasu na wysłuchiwanie absurdów.

Niestety, obłęd ten ma szansę się przyjąć, podobnie jak przyjęły się osoby interpłciowe (potworek językowy na równi z kinderniespodzianką; komu przeszkadzały osoby międzypłciowe, o interseksualnych nie wspominając?). Bo wiecie, istnieje coś takiego jak myślenie grupowe. To taki wredny mechanizm nazwany przez psychologów społecznych, który w dużym skrócie polega na tym, że jeśli jesteśmy w grupie (na przykład w grupie aktywistów), to nam odbija i chcemy się – wszyscy jednocześnie – do tej grupy dostosować, więc się nakręcamy coraz bardziej i bardziej. I jeżeli nikt nie chce być opresyjny, to stopniowo, kroczek po kroczku, osoba po osobie, wyrugujemy każdy, mikroskopijnie mały przejaw choćby najbardziej urojonej opresji – i wszyscy będziemy się ze sobą zgadzali, że podejmujemy wyłącznie działania słuszne i potrzebne. Problem zauważa się dopiero po odejściu z grupy i jeżeli myślisz, że Ciebie to nie dotyczy, to prawdopodobnie jesteś w błędzie, tylko jeszcze o tym nie wiesz.

Ponieważ przykład idzie z góry, to jeżeli na szczycie wszyscy się nakręcają, efekty tego nakręcania spływają w dół. Przeciętny Kowalski się otrząśnie i powie „znowu coś wymyślili, nie mają większych problemów?”, ale jakiś inny aktywista, student czy dziennikarz to podchwyci. I rozpowszechni.

W tematyce LGBT(QIOAHetc.) nie ma zwyczaju powoływania się na badania naukowe (chyba że są to badania naukowe prowadzone/sygnowane/lubiane przez osoby bezpośrednio zainteresowane), na źródła wiedzy inne niż wewnętrzne (te pozostałe są -fobiczne, -seksistowskie lub w najlepszym razie -normatywne, czyli od razu można je wyrzucić do śmieci) i na autorytety inne niż organizacje pozarządowe/aktywiści/sojusznicy. Czyli nie istnieje (kompletnie!) autorytet lekarza (tfu, tfu!), psychologa (tfu!), prawnika czy innej osoby, która z tematyką ma trochę do czynienia od strony zawodowej, ale nie przyswoiła sobie wszystkiego, co „powinna” z perspektywy samych zainteresowanych. Prof. Monika Płatek jest bardzo cenioną prawniczką, bo mówi rzeczy wzbudzające zachwyt środowiska. Prof. Zbigniew Lew-Starowicz, który – mając kilka dekad doświadczenia jako biegły sądowy – postuluje czekanie do 25. roku życia ze zmianą dokumentów u osób transseksualnych, to dla większości z nas zacofany stary dziad. Proste. I kompletnie oderwane od tego, co ci ludzie reprezentują sobą jako prawniczka i seksuolog.

Nie będzie zatem chyba silnego, przekonującego sprzeciwu i za jakiś czas ludzie rzeczywiście zaczną się poprawiać „nie mów ‘transseksualizm’, bo to opresyjne”.

Problem w tym, że ze wszystkich osób trans-z-gwiazdką, transseksualne mają najbardziej przekichane. To właśnie one męczą się z dysforią płciową, to właśnie dla nich wybór bywa bardzo prosty: tranzycja albo śmierć, to one gotowe są iść żebrać, byle tylko mieć na hormony, to one często nie wyobrażają sobie związku przed SRS, to one są prześladowane i nie istnieje dla nich łatwe rozwiązanie. Oraz to one przeważnie mają największy problem z reprezentacją, bo są po prostu zbyt zajęte próbami normalnego życia, żeby działać czy, o zgrozo, pokazywać się w mediach.

(W ogóle jakiś czas temu ktoś zapytał Niskiego Grabieżcę – jednego z nielicznych bez wątpienia transseksualnych działaczy w kraju – na jego asku, czemu nie chce podać choćby swojego imienia, bo taki na przykład Rzeczkowski nie ma z tym problemów. Pytający nie odważył się podpisać pod swoim pytaniem, więc nie wiem kim był, ale chyba mnie czyta, więc: Człowieku, jesteś wścibskim kretynem. Wypad na Pudelka).

Tymczasem aktywiści, zamiast pochylić się nad tą grupą, z całej tęczowej gromady zdecydowanie najbardziej potrzebującą wsparcia, zrozumienia i po prostu szacunku, potrafią dojść do wniosku, że wyróżnianie tej grupy osób (czyli po ludzku, dostrzeżenie ich) jest opresyjne.

Dla kogo, kurwa?

Bo jeśli dla Tumblrowej młodzieży, która – jak się również dzisiaj dowiedziałem – doprowadziła do „wszyscy mogą być trans*, bycie trans* to wybór, więc nie bądź cisdziewczynką, bądź nienormatywnym demiboyem”, to ja bardzo chętnie pobędę opresyjny i dalej będę mówił o osobach transseksualnych, żeby było wiadomo, że mówię o ludziach, którzy taki wybór może by i chcieli mieć, ale niestety nie mają i są trans, a nie cis.