Ostatni kwartał upływa pod znakiem detranzycji.

Jakiś taki urodzaj na „nie, jednak nie jestem TS”. Z „w takim razie to był błąd” w podtekście – u siebie lub w komentarzach. Chciałem ugryźć ten temat już dawno, ale nie umiałem znaleźć słów, bo przychodziły do mnie tylko nocą.

Jest ciemna styczniowa noc i zeszyt do zapisywania myśli nawiedzających głowę przed zaśnięciem. Spróbujmy.

Społeczność trans w Polsce bardzo się zmieniła przez ostatnią dekadę,

świadomość społeczna też. Niektóre tematy pozostały tabu. Na nerwowe reakcje na forach liczyć mogą przede wszystkim ci z transfetyszyzmem w życiorysie, podejrzanie niejednoznaczni i ci, co kiedyś byli jednoznaczni, ale im przeszło. Najgorzej, jeśli opowiadają o wszystkim w jednym wątku i szukają pomocy.

Zastanawiam się, ile ze „znikających” osób TS znika po to, by nie mieć – lub nie okazywać – wątpliwości. Bo my nadal przecież, jako grupa, chcemy wierzyć, że każdy, kto przekroczył magiczny próg cisnormy, wtopił się w tłum i zniknął, to

ten, co odkrył Eldorado.

Ktoś, kto zdobył co chciał, po drodze odkrywając, że są cenniejsze rzeczy… albo, co gorsza, zdobył swój skarb i okazało się, że zeżarły go podatki, po drodze nie odkrywając nic cenniejszego… Nie. Zbyt demotywujące. I co powie cispłciowe społeczeństwo…?! Przecież to argument przeciwko zmianie płci!

Tranzycja nie może być przygodą, bo to by sugerowało, że nie trzeba jej odbywać. Że bycie bohaterem – lub bohaterką – historii, w której opuszcza się rodzinną miejscowość, by zdobyć skarb swojego serca, jest zbyt romantyczne, zbędne i nieuzasadnione. Wybór? Rozwój? Wolne żarty. Mamy być ofiarami losu, pomyłką Boga. W ostateczności musi nami rządzić Przeznaczenie, przed którym nie da się uciec.

A Long Journey Ahead – ReneAigner

I weź tu odkryj, że Przeznaczenie nie istnieje. Zwłaszcza jeśli jest ci zimno i głodno, i w ogóle nie tak jak miało być. Albo jeśli Eldorado wygląda podejrzanie podobnie do domu, który się opuściło. Nagle pojawia się myśl, że bycie przystojnym chłopakiem (ładną dziewczyną) wcale nie było takie najgorsze. I tęsknota za minionym. Obie zupełnie naturalne. Chyba że jesteś trans. Trans(k)om nie wolno tęsknić za poprzednim życiem, ba! nigdy nie mieli poprzedniego życia.

(Kto zauważył, że koryguje swoje wspomnienia, by były bardziej jednoznaczne płciowo, łapka w górę).

Po tak długiej podróży przez płci

niektóre uczucia i sytuacje naprawdę są już nazbyt znajome – i równocześnie zaskakujące w swej rozpoznawalności.

Jak te długie zimowe noce, kiedy wiesz niby doskonale, kim jesteś, gdzie i dla kogo, ale układasz to sobie w głowie kolejny raz i czujesz, że to tylko na tu i teraz, bo za rok możesz być w innym miejscu.

Jak radość, gdy najbliższa osoba powie, że nie może się doczekać poznania – i tu wstawia imię, które zna, które było z człowiekiem od niepamiętnych czasów i którego nikt wcześniej nie używał. Zarejestrowana po paru godzinach.

(Skonfundowałoby mnie to znacznie mniej, gdyby nie ten out sprzed Świąt, gdy zidentyfikowałem się z rozmówcą i absolutnie musiałem się przed nim wyoutować, bo inaczej czułbym narastające skrępowanie i sztuczność).

Godzę ze sobą trzy role ze spektrum trans: mogę być bardziej K/M, mogę być bardziej M/K, mogę być bardziej pośrodku. I mogę się zidentyfikować z obiema „tradycyjnymi” płciami. W zależności od kontekstu.

A propos kontekstu, w tym miejscu zrobiła mi się kilometrowa dygresja o cisnormatywnym feminizmie. Będzie którąś z następnych notek. Może.

Czasami mówi się, że prawdziwa tożsamość osoby trans ma tyle lat,

ile mieliśmy, kiedy zaczęliśmy odgrywać złą płeć i że kiedy zaczynamy tranzycję, nagle psychicznie mamy znacznie mniej lat. Sam widzę, że dorosłe M/K dość często zachowują się jak naiwne nastolatki w relacjach z mężczyznami. Widzę, że tranzycja jest jak drugi okres dojrzewania, nie tylko z powodu fizycznych efektów działania hormonów.

Ale co, jeśli jesteśmy dobrzy w kreowaniu swojej roli? Co jeśli nagle okaże się, że mamy dwie prawdziwe tożsamości,  z których jedna dominuje nad drugą?

Żałuję, że nikt mi nie powiedział – bo o tym prawie nikt w Polsce nie mówi – że ta dziewczynka, efekt socjalizacji i biologii, będzie mnie prześladowała dopóki jej nie zaakceptuję i nie dokarmię pozytywnymi emocjami.

Była piętnastolatką,

kiedy ją zamroziłem i zacząłem rozwijać się jako chłopak. Miała za sobą pięć lat okresu dojrzewania. Ciężkiego, bo dysforia i niska pozycja społeczna, i problemy różnego rodzaju. Była zakompleksiona, niepewna siebie i samotna. Gdy zaczynałem życie jako transnastolatek, miałem te same doświadczenia i też byłem zakompleksiony, niepewny siebie i samotny, ale potem zacząłem zdobywać nowe doświadczenia. A ona nie. Zabrałem jej życie, znajomych, szanse na dorośnięcie. I uważałem, że to fajne, bo mi się należy, a ona to fikcja. Myślałem, że nie istnieje, bo tak było łatwiej. Nawet jeśli pamiętam, że gdzieś tam były myśli i zapiski w Wordzie, że zmagamy się o miejsce… po prostu wygrałem.

A potem ona wróciła. I zaczęła upominać się o swoje. Miała piętnaście lat, kiedy ja miałem dwadzieścia cztery. To było straszne. Przejmowała kontrolę w skrajnym stresie i ładowała w siebie kolejne złe doświadczenia.

Po roku chciałem ją zabić.

Na śmierć. Żeby zniknęła, tym razem na dobre. Wydawało mi się, że to powinno być proste, ostatecznie zawsze była tylko dodatkiem. Irytującym dodatkiem, czymś powierzchownym, płytkim. Maską dla świata, najsłabszym ogniwem… Okazało się, że to nie działa, bo ona tam dalej jest. Pieprzona straumatyzowana i znienawidzona piętnastolatka z kompleksami.

waktattoos.com

waktattoos.com

Zacząłem pojmować, że skoro jest moim najsłabszym ogniwem i wcale nie chce znikać, muszę ją wzmocnić. Dać jej fajniejsze wspomnienia, akceptację i w ogóle.

W 2011 miała około 19 lat. Potem 21. Teraz ma jakieś 24. Hura. Jest dobrze. Tempo rozwoju wymiata, a poza tym aktualnie nie kłócimy się o miejsce. Yin i yang jakoś się pomieściły w jednym kółku (w klasycznej wersji obrazka nawet mieszczą się w sobie nawzajem), czyli się da.

Zwłaszcza z moim partnerem, który za tym wszystkim nadąża.

Ciekawi mnie, ile osób trans po tranzycji też nawiedza ich przeszłe Ja. I jak bardzo sobie z tym nie radzą, gdy mają – nigdy nie zakwestionowane – przekonanie „muszę być 100% prawdziwym przedstawicielem jednej płci, tylko pytanie której”.

Zastanawiałem się nad frazą „transseksualna przeszłość”.

Chyba ją lubię. Bo kiedy rozmawiam z mniej doświadczonymi kaemami, rozumiem ich (nawet jeśli nie działa to w drugą stronę). To nie jest tak, że „byłem źle zdiagnozowany, a tak naprawdę to…”. Bzdura rodem z medycznego dyskursu. Diagnozy są na tu i teraz. Tu i teraz może i nie są trafne, ale w moim przypadku TS to w istocie, pod większością względów, przeszłość.

Co ciekawe, uświadomiła mi to psychiatra od doktora Cz. Mam gdzieś tam w karcie na piśmie, że nie stwierdza u mnie zaburzeń psychicznych i jestem „normalny”. Stwierdziła jednak, że cóż ona może tak naprawdę powiedzieć? Tylko że dzisiaj, w jej gabinecie, nie mam objawów zaburzeń. Bo nie miałem. Objawów.

Orzekanie iż taki a taki jest dobrze lub źle zdiagnozowany nie ma sensu.

Zwłaszcza w świecie, w którym symulujemy TS, a dysymulujemy wszystko inne, bo wiemy, czego się po nas oczekuje i jak osiągnąć swoje cele. To po prostu nie działa. Sami musimy wiedzieć, co nam jest i czego chcemy.

Abstrahując już od medykalizacji tematu, przerzucanie odpowiedzialności na lekarza w ogóle nie działa w psychiatrii. Psychiatra nie ma do dyspozycji obiektywnych wyników badań krwi, moczu, ciśnienia itd. Psychiatra ma do dyspozycji to co powiesz. A jeśli coś pominiesz lub przekręcisz, bo np. uważasz, że wszyscy tak mają lub że jeśli to powiesz, to ci w ogóle nic nie zdiagnozuje i nijak nie pomoże?

Wracając do transpłciowości,

przemęczyłem się jako cisdziewczynka, potem wpadłem w jakąś formę genderqueeru, spróbowałem być lesbijką, poflirtowałem z bigenderem, zaprzyjaźniłem się z transwestytką, potem był transgenderyzm, całkiem nieźle przeżywana transseksualność, z początku odegrana na potrzeby diagnozy… aż wreszcie uznałem, że znudziły mi się etykietki.

Co nie znaczy, że mi zwisają. Jeśli ktoś próbuje wciskać mi bycie cis (w którąkolwiek stronę) albo wyskakuje z nieszczęsnym „tak naprawdę to…”, robię się niemiły. Bardzo. Bo wkurza mnie głupota ludzi, którzy myślą, że jeśli coś widzą, to Wiedzą. Zwłaszcza gdy widzą tylko to, co chcę im pokazać…

Zastanawiam się niekiedy, czy dzisiaj robiłbym tranzycję.

Yo ho, yo ho, a pirate’s life for me…! Dobrze mu z tym eyelinerem.

W sensie wchodzenia na drogę korekty płci. I wydaje mi się przez moment, że nie, nie potrzebowałbym. Mam to, czego chciałem.

Z pozoru pomiędzy mną teraz, a tym sprzed dekady, z manią na punkcie kpt. Jacka Sparrowa, nie ma zbyt wielu różnic. (W tym roku, kilka dni temu, minęło dziesięć lat od oficjalnego rozpoczęcia związku z moją pierwszą dziewczyną. Utożsamiała mnie na zmianę z nią i nim, oraz dodatkowo z pewną dwupłciową postacią. Naprawdę doceniam jej intuicję). Moje życie się zmieniło, a potem zmieniło się jeszcze trochę, a potem znowu – i nagle jestem podobny do siebie sprzed zastanawiania się i prób dookreślenia.

Po namyśle widzę różnice. Kolosalne.

Wtedy miałem tysiące konfliktów o płeć ze światem. Zgrzyt za zgrzytem. Nieporozumienia. Kłótnie. Zdziwienia. Pretensje. Protesty. Próby „pomocy”. Niedopasowanie. Dziwne spojrzenia. Tłumaczenia. Frustracje. Codziennie coś. Teraz miewam konflikty światopoglądowe. To co innego.

Życie społeczne jako oficjalnie kobieta, nieoficjalnie trans… dusiło mnie. I nadal by dusiło. To nie jest moje, ta płeć jest dla mnie mniej wygodna, mniej kompatybilna, nieoptymalna. Wszystkie „innego rodzaju kobiety”, „kobiece męskości” itd. nadal mnie odrzucają.

Znalazłem niedawno karteczkę zapisaną przez współlokatorkę: Marcin = TV (TS K/M)/K. 2009 rok, etap diagnostyki. Coś w tym jest.

Genderqueer jest fajne, ale

zdecydowanie jestem bardziej M niż K, więc żyjąc jako bardziej K niż M byłbym nieszczęśliwy. Na co dzień wchodzę w jedną rolę. Męską. W niej mi swobodnie, ludziom ze mną też. Kobieca jest dużo bardziej powierzchowna i wybiórcza. Zawsze była.

Sprawdziłem to ostatnio, outując się w stylu „właściwie jestem facetem, ale to skomplikowane”. Przed drugim mężczyzną. Z bardzo podobną osobowością i społeczną ekspresją płciową. No po prostu nie umiałem inaczej. Sięgnął za głęboko, był za podobny.

Miał naprawdę boską reakcję. Lata temu nigdy nie spotkałem się z aż tak dobrą, a to, co określiłbym wtedy jako „boska”, było innej jakości. Polska się bardzo zmieniła przez ostatnią dekadę.

W ogóle, biorąc pod uwagę w jak ciemnej epoce dorastałem, bez tranzycji nie byłbym w tym miejscu, w którym teraz jestem, wiedząc to, co wiem, z ludźmi, którzy dużo dla mnie znaczą. A wtedy tranzycja była dla mnie za bardzo równoznaczna z korektą zmianą płci. Nie za bardzo miałem pojęcie, że istnieją jakieś inne rozwiązania i nie za bardzo wierzyłem tym, którzy o nich napomykali.

Olimpia na forum pisze, że jest kobietą i się nią nie czuje,

a potem dodaje, że pewnie nikt tego nie rozumie. Ja tak, bo mam w pewnym sensie podobnie. Nie mogę powiedzieć, że czuję się mężczyzną – gdy to implikuje cispłciowość. A nam bardzo często wydaje się, że musi implikować. Oraz – co widać w dyskusji z Olimpią – że „nie czuję się X” jest synonimem „czuję się Y”. Bzdura.

Jest ciemna styczniowa noc i zeszyt do zapisywania myśli nawiedzających głowę przed zaśnięciem. Jak za starych, złych czasów.

Tylko czemu te TEŻ miałyby być złe?

Na krótko przed decyzją o korekcie płci przeczytałem:

Niektóre ciała nie są nigdy w domu, niektóre po prostu nie mogą przejść od punktu A do B, niektóre rozpoznają i żyją z wewnętrzną niestabilnością tożsamości. Te podziały nie przystają do kategorii „transseksualista” i „nietransseksualista” w łatwy do stwierdzenia sposób. (Judith Halberstam, Female Masculinity, za Joanną Mizielińską, Płeć/ciało/seksualność)

confessionsofanftm.tumblr.com

Było mi to bliskie, oddawało ówczesne zagubienie, niepewność, czy aby na pewno polubię punkt B – a może lepiej będzie mi w A?

Teraz wydaje mi się, że to problem będący jedną z motywacji do tranzycji w tę i z powrotem – brak domu w cisnormatywnym, zdychotomizowanym świecie. Coś jakbym musiał nagle wybierać, czy chcę mieszkać w Londynie, czy w Moskwie, bo nic innego nadającego się do życia nie istnieje, nie istniało i istnieć nie będzie.

Tymczasem Warszawa jest zdecydowanie realna i jest całkiem fajnym miejscem. Transmęskość też.

Dawniej myślałem, że transmęskość to niepełna męskość, „nie jestem godzien, aby…”. Teraz uważam, że to inna jakość. I dom. Jako transmężczyzna jestem w domu. Śnię się sobie jako transmężczyzna. Ale kto powiedział, że muszę wiecznie siedzieć w domu?

I z czym sam miał problem?