Przez większość ostatniej dekady żyłem jako osoba transseksualna – najpierw powoli odkrywająca, że coś jest mocno nie tak (i co), potem zmagająca się kolejno z silną dysforią i niezrozumieniem otoczenia, coming-outami, skrajnie opresyjną diagnostyką, wreszcie dyskryminacją. Z upływem lat dysforia słabła, a ja coraz lepiej sobie radziłem, jednak bardzo długo odnajdywałem się w doświadczeniach osób transseksualnych. Ba, kiedyś byłem (?) nawet heteronormatywnym Tru transseksualistą.

W ostatnim czasie to pękło. Nagle – dla mnie dosłownie nagle, choć wiem, że musiało to we mnie rosnąć od pewnego czasu – okazało się, że umiem żyć jako kobieta. Że zaszedł we mnie proces, który umożliwia mi machnięcie ręką na to, jak ludzie do mnie mówią. Zrobiłem się genderqueerowy, a konkretniej pangenderowy – utożsamiam się, mniej lub bardziej, z każdą płcią. I jest mi z tym dobrze oraz całkiem nieźle sobie z tym radzę.

Nadal jednak mam wspomnienia z poprzedniego życia. I muszę przyznać, że teraz jest mi jak pączkowi w maśle w porównaniu z tym, co przechodziłem jako transseksualny chłopak.

Od jakiegoś czasu śledzę swoje nowoodkryte przywileje ze sporą ciekawością. Co mi teraz wolno? Co przestało stanowić problem? Co uchodzi jako doskonale normalne?

Jest tego bardzo dużo.

Przede wszystkim, z moim partnerem uchodzimy za heteroseksualną parę.

Dla postronnego obserwatora najgorsze, co można o nas powiedzieć, to że on jest ode mnie wyraźnie starszy. Tragedia? Koniec świata? „Won z naszego lokalu, to porządna trattoria w katolickim miasteczku, nie chcemy tu takich jak wy!”? Nie. Tego po prostu nie ma. Wcale.

Jest jeszcze lepiej, niż gdy uchodziłem za heteroseksualną parę z moją dziewczyną, bo wtedy było ryzyko, że ktoś dopatrzy się we mnie kobiecości i odczyta jako transa lub, o zgrozo, pomyli z lesbijką. Nigdy nie było wiadomo, kiedy przechodniowi uruchomi się homofobia lub wszystkie moje starania, by wypaść przekonująco jako chłopak, spełzną na niczym.

Teraz zupełnie bezpiecznie możemy „obnosić się z naszą seksualnością” – trzymać za ręce, całować, obejmować. Czasami przytulam się do niego, kiedy rozmawia kolejny raz z kelnerem lub przemiłą panią właścicielką lokalu. Nie tylko nic nam nie grozi, ale jeszcze obsługa się rozpływa, bo jesteśmy tacy przemili i słodcy…

Nigdy wcześniej nie byłem w normatywnym związku. I nie sądziłem, że aż tyle dobrego mnie omija.

Po drugie, na ulicy czuję się trochę bardziej bezpieczny.

Zawsze obawiałem się napaści i to się nie zmieniło, ale znikł zawsze obecny lęk, że postronny obserwator się domyśli. Teraz jeżeli oceniam kogoś jako niegroźnego, to on pozostaje niegroźny. A poza tym, z moim sposobem poruszania się, stylem ubioru i krótkimi włosami, robię wrażenie wysportowanej, pewnej siebie laski, więc daleko mi do łatwej ofiary.

Nawet to, że mam zwyczaj rozmawiać z przyjaciółmi w rodzaju męskim, nie psuje tego wrażenia. Przykład: Jakiś czas temu w nocnym autobusie siedziałem z tyłu na podwyższeniu, odgrodzony od korytarza poręczą i radośnie konwersowałem z przyjacielem jako „on” pomimo makijażu, kurteczki i biżuterii. W pewnym momencie wypadł mi długopis i nagle stałem się z powrotem świadomy rzeczywistości – a konkretniej tego, że w moim otoczeniu jest sporo postawnych, krótko ostrzyżonych mężczyzn, którzy… niezależnie od siebie rzucili się, aby podać mi zgubę. Podziękowałem z uśmiechem i kontynuowałem rozmowę, przez chwilę nawet chyba pilnując rodzaju.

Po trzecie, ludzie generalnie są mili.

Odpadły nam wszystkie te krępujące sytuacje „to ja nie wiem, jak się zwracać”, „przepraszam, myślałam, że pan to pani/pani to pan”. Wszyscy z automatu zakładają, że jestem sympatyczną, „normalną” dziewczyną.

Przeważnie nie chcę wyprowadzać ich z błędu.

Jeżeli potem ujawniam swoją, ee, transseksualną przeszłość, bo z kimś mi się dobrze rozmawia, i nagle schodzi na taki temat, że po prostu muszę albo o sobie powiedzieć, albo skłamać, to ludzie przyjmują to jako ciekawy element mojej historii życiowej. I minimalizują.

Nawet przyznanie się w rodzaju „cóż, w młodości dość długo byłam w związku z dziewczyną” niczego nie zmienia. Grunt, że obecnie mieszczę się w heteronormie.

Ciekawy proces. Korzystam, skoro mogę.

Po czwarte, mogę się słodko uśmiechać.

Wprawdzie ludzie, którzy mnie dobrze znają, boją się moich słodkich uśmiechów, ale obcy… Cóż, zmuszony do dbania o to, by otoczenie mnie akceptowało, jestem teraz mistrzem w „Zrobiłbyś to dla mnie? Ojej, bardzo ci dziękuję!”. A, i potrafię dać w podziękowaniu buziaka. Taka ze mnie flirciara!

To oczywiście tylko jeden z przykładów. Odczuwam, że łatwiej przychodzi mi poproszenie o pomoc czy przyznanie się do niewiedzy. W ogóle z ciskobiecości wynika sporo drobnych benefitów, do których wcześniej nie miałem dostępu. Działają nawet jeśli mam krótkie włosy i paznokcie, zero makijażu i owłosione łydki (depilacja nudna i męczy!).

Czasami doświadczam seksizmu (i włącza mi się „ghrr, gdybyś tylko wiedział/a”), ale w porównaniu z cisseksizmem… No cóż, awansowałem społecznie. Bardzo.

Po namyśle, jeżeli z transmęskości też wynikały przywileje, to się nieźle rozbestwiłem przez ostatnią dekadę. Wciąż uruchamia mi się nawyk zachowywania się jak pan i władca, co widać na ulicy czy w komunikacji miejskiej, a także – rzecz jasna – w grupie.

Po piąte, jak widać, potrafię funkcjonować jako kobieta.

Nie boli. Nie mam dysforii. W binarnym świecie w teorii nadal jestem dziwolągiem, jednak obecnie mogę decydować, dla kogo chcę być normatywny (i trochę przycięty, bo mnie jest przecież dużo więcej), a przy kim czuję się na tyle swobodnie, by pozostawać sobą (czyli diabli wiedzą kim, ale moi bliscy już dawno machnęli na to ręką). Dawniej nie miałem takiego wyboru. W transseksualnym okresie swojego życia nie dopuszczałem możliwości bycia postrzeganym jako kobieta, było to zbyt bolesne.

Kilka dni temu kupiłem sobie kostium kąpielowy. Jednoczęściowy, ze wzmocnionymi miseczkami, wyciętą talią, itd. Naprawdę ładny. Liczę, że będę w nim wyglądał jak modelka. Planuję bowiem wybrać się wkrótce na basen i przekonać, czy po kilkunastu latach przerwy nadal pamiętam, jak się pływa – bo teraz, po raz pierwszy od tak dawna, mogę to zrobić. Bo wreszcie całkiem dobrze czuję się w swoim ciele i nie mam wielkich problemów z jego odsłanianiem. Ani z przyjmowaniem komplementów (brak dysforii to takie dobro!). Samoakceptacja nagle zrobiła się naprawdę łatwa. Jeszcze trochę i dojdę do kochania swojego ciała.

(Przy okazji, niedawno usłyszałem bardzo poruszającą mnie frazę: „I don’t HAVE a body. I have a cellphone, a bag, a car. I AM the body”. Dzielę się).

Mogę też spokojnie iść do lekarza i się nie outować. Nie mam najmniejszych problemów z załatwieniem sprawy w banku czy wysłaniem pisma do instytucji państwowej. Jasne, że ci ludzie nie widzą mnie do końca, ale nie są dla mnie na tyle ważni, by mi na tym zależało. Come on, chodzi tylko o to, żeby załatwili moją sprawę!

Poza tym, ponieważ teraz jestem naprawdę znacznie silniejszy niż przed tranzycją, nie mam aż takich trudności z różnicami płciowymi. Nie pasuję do stereotypu słodkiej kobietki, która wkrótce powinna zostać matką-Polką? No to nie pasuję. Ktoś ma z tym problem? Jego broszka. Jeżeli byłem dostatecznie silny, by oprzeć się wtłaczaniu mnie w rolę stereotypowej kobiety (a potem stereotypowego mężczyzny i stereotypowego transa), kiedy się nią nie czułem, to teraz kilka stereotypów nie stanowi dla mnie problemu. Nie zauważyłem, bym był na tym tle nerwowy i przeczulony, raczej po prostu daję sobie prawo do bycia innym człowiekiem – z masą męskich cech i zachowań oraz częściowo męską tożsamością.

Owszem, uchodzenie za osobę cisnormatywną bywa dziwne i nie moje, ALE

nigdy jeszcze nie było powodem depresji czy myśli samobójczych – a bywało, na przykład kiedyś nie mogłem się pozbierać przez cały wieczór, bo kolega posunął się etap dalej w tranzycji, a ja tkwiłem w miejscu.

Powiedziałbym raczej, że obecnie jest przeciwnie – po latach męczenia się zniknął cały szereg ograniczeń utrudniających mi życie w społeczeństwie. Większość z nich to były tak naprawdę drobiazgi. Malutkie codzienne utrudnienia, z których nawet nie zdawałem sobie do końca sprawy, bo do nich przywykłem. Teraz ich nie ma. I mogę zdać sobie sprawę, że razem stanowiły dla mnie ogromny ciężar.

Im jest mi łatwiej i im bardziej jestem świadomy tego, że teraz jest mi łatwo, tym więcej szacunku mam wobec tego, co na swój temat mówią osoby transseksualne. Te, dla których operacje to kwestia życia i śmierci. Te, które się duszą w ciele i roli, z którymi ja daję sobie radę. Te, które rezygnują ze związków czy życia społecznego, dopóki nie będą choć trochę bardziej sobą.

Jesteśmy lata świetlne od siebie i obecnie do głowy by mi nie przyszło mówienie „hej, możesz mieć jak ja” (jakoś większość ludzi nie jest w stanie powielić tego, co osiągnąłem) lub „mamy tak samo źle tylko inaczej”. Gdybyśmy mieli tak samo źle, nie odczułbym tak kolosalnej zmiany na lepsze.

Nie śmiałbym porównywać naszych doświadczeń jako znajdujących się na tej samej płaszczyźnie, tylko innych. To byłoby aroganckie i fałszywe, bo przecież WIEM, że to coś innego. Byłem tam (lub w bardzo podobnym miejscu), a teraz oddycham z ulgą, bo pangenderowość po transseksualności to pestka: wszystko mi pasuje, przynajmniej jako tako.

W trakcie pisania tego wpisu dyskutowałem o naszych doświadczeniach z osobą agenderową, której nie odpowiada żadne jej upłciawianie i która sama nie pasuje do żadnych społecznych norm. Niby mamy wiele wspólnych cech, ale w jej przypadku jest odwrotnie niż w moim – i ciskobiecość, i cismęskość są równie nieadekwatne, a uchodzenie za osobę cispłciową wiąże się z dysforią.

Niestety muszę się z nią zgodzić, że bycie cis oraz możność w miarę bezbolesnego uchodzenia za osobę cis SĄ powiązane z pewnymi przywilejami.  Teraz jest mi dobrze w tak wielu aspektach, bez starania się, tak po prostu, że jeszcze nie widzę, czego nadal nie mogę. O ile coś takiego w ogóle jest.

Ale czy w ogóle chcę tego szukać? Czy mam ochotę wiecznie być przedstawicielem opresjonowanej mniejszości, jeżeli tym razem mam wybór? A może to jest ta pora, by zatroszczyć się o własne szczęście, poukładać swoje życie i z czasem, z innej perspektywy (złej, niedobrej, prawie cis) wrócić do tego tematu jako jednego z wielu obszarów pracy zawodowej?

Ciągle się waham, ale też daję sobie czas na poukładanie tego w sobie. Z czasem jedyna słuszna decyzja powinna wyłonić się sama.