31 marca to Międzynarodowy Dzień Widzialności Osób Transpłciowych, a po mnie chodzi dzisiaj kwestia, czy naprawdę nadal musimy się cieszyć, że ktoś nas gdzieś pokazał, czy może raczej doszliśmy już do etapu, kiedy możemy się cieszyć, że ktoś nas gdzieś pokazał dobrze. Czyli, innymi słowy, czy wolno nam już mieć jakieś wymagania co do tego, jak chcielibyśmy być widziani?

Utkwiła mi w pamięci wypowiedź, którą usłyszałem bodajże na jakimś spotkaniu organizacyjnym w Lambdzie (a może to było KPH?) – że kiedyś kolekcjonowali (celebrowali, powiedziałbym) każdy wycinek o homoseksualności, jaki się ukazał, a teraz codziennie coś się ukazuje i nie sposób nadążyć. To było kilka lat temu – teraz podobnie dzieje się z transpłciowością.

Czy to już moment, kiedy trzeba wprowadzać selekcję? A może jeszcze jest na to za wcześnie?

Czy nadal mamy być wdzięczni, że ktoś coś o nas napisał, czy też powinniśmy oczekiwać jakości? A jeśli, to jakiej?

Czy starannie napisany artykuł opublikowany w czasopiśmie, w którym razi mnie mnóstwo drobnych i mniej drobnych błędów (nie piszcie o berdache, bo przyjdzie Marcin i was zje), ale ogólna idea jest sensowna, zasługuje na pochwałę i promocję, na samo zamieszczenie linka, czy na wypunktowanie tych licznych błędów? A może na wszystko na raz?

Czy o kimś, kto pomaga osobom transseksualnym skorygować płeć, ale przy okazji rozwija u nich syndrom sztokholmski lub inne ciekawe konsekwencje z próbami samobójczymi włącznie, można pisać, że jest sukinsynem, czy też bronić go, bo ktoś inny dzięki niemu przestał próbować się zabić i zaczął nowe życie?

Czy ankiety kierowane do osób transpłciowych, które zawierają masę błędów, są fajne, bo są kierowane do osób transpłciowych? A może raczej są złe, bo nie są poprawne metodologicznie lub bo osoba, która je tworzy, powinna się najpierw dokształcić o badanej grupie? A może są złe tylko wtedy, gdy osoba, która je tworzy, nie jest jeszcze mgr lub nie stoi za nią profesjonalnie brzmiąca organizacja, bo później już wszystko wolno?

transgenderoweKomu wolno zrównywać transpłciowość z transseksualnością, zapominając o teorii parasola, a na jakim poziomie to już jest wpadka? I czy to przypadkiem nie jest najwyższa pora, żeby zacząć uświadamiać ludzi, że nie wszystkie osoby transpłciowe chciałyby skorygować płeć?

Od kogo obecnie można oczekiwać, że będzie uwzględniał osoby niebinarne zamiast wszędzie używać skrajnie zdychotomizowanych form językowych typu „poszłyśmy i poszliśmy” lub „chciałbyś/chciałabyś”? Czy osoby reprezentujące organizacje LGBT powinny to umieć? A może tylko osoby współpracujące z organizacjami aktywnie działającymi na rzecz osób trans? A może to nadal tylko mój wymysł, że osoby niebinarne żyją w Polsce i należy im się dostrzeżenie ich potrzeb oraz, w miarę możności, zrobienie im miejsca?

Jakiego poziomu wiedzy o osobach transpłciowych należy oczekiwać od ludzi działających na rzecz LGBT? A jakiego od ludzi identyfikujących się z feminizmem? Od tych zajmujących się edukacją seksualną? zatrudnionych w służbie zdrowia?

I wreszcie – czy to już jest ten poziom, gdy możemy się zastanawiać, jakie przedstawienie nas w mediach jest dość dobre?

Cały czas próbuję sobie wyrobić opinię o W obcym ciele i chyba odmawiam udziału w debacie „czy to dobrze, czy źle, że pokazali całe spektrum transpłciowości M/K, a nie tylko transseksualistki” oraz „czy to dobrze, czy źle, że wystąpiły właśnie takie osoby”. Bo to głupie. Nie chodzi o to, kto wystąpił (a kto nie), tylko jak produkcja została zrealizowana. Bo, jak zauważył Sig w dyskusji pod poprzednią notką:

Mieliśmy świetny miesiąc trans na Brytyjskich kanałach, który był przedstawieniem całego parasolu transpłciowości, jednak w inny sposób! Tak, była para gej i k/m którzy mieli dzieci. Były dziewczyny trans bez mitycznego passingu. I tak dalej i tak dalej. Program jednak został przyjęty bardzo dobrze bo był świetnie zrobiony i twórcy odrobili pracę domową.

W obcym ciele również zapowiadało się świetnie – miałem relacje na bieżąco od głównych postaci – ale efekt końcowy wyszedł tandentnie. Ma tabloidowe opisy i tytuł. Coś, co dla mnie jest scenariuszem, pojawiło się dopiero w czwartym odcinku, a we wcześniejszych trzech (to połowa sezonu!) wątki sceny przeskakiwały bez ładu i składu. Zaprezentowany seksuolog wygląda jakby go wzięli z jakiegoś Klanu. Lektor brzmi, jakby oprowadzał wycieczkę po ZOO, a co gorsza – czasami nie mówi tego, co koniecznie należy powiedzieć. Gdybym nie wiedział, kto jest kim, to bym się pogubił w tych wszystkich odcieniach transpłciowości oraz nie miałbym zielonego pojęcia, na czym polega korekta płci albo czemu ci ludzie nie mają żadnego życia poza byciem trans.

To, co boli mnie najbardziej, to bardzo powierzchowne przedstawienie transseksualności, a co za tym idzie – również głównych bohaterek. Tam nie ma niesamowitej Zuzy Stachury, która dosłownie żadnej pracy się nie boi i na wszystkim się zna, a równocześnie jest zaskakująco skromna. Tam nie ma obłędnie inspirującej Lukrecji Kowalskiej, która realizuje swoje pasje i pokazuje raz po raz, że w Polsce kobieta trans może być akceptowana. Tam nie ma zorganizowanej, rzeczowej i profesjonalnej Edyty Baker, która świetnie wypada w mediach jako ekspertka. Tam pokazano kolejne transkobiety zafiksowane na swojej transpłciowości – jedna robi sobie makijaż i wychodzi jako kobieta na miasto, druga bierze hormony, trzecia przymierza peruki. No fajnie. Kobiecy wizerunek to oczywiście część ich życia. Ale czy na pewno jedyna warta pokazania…? Czy tak się przedstawia kobiety w szanujących się mediach?

Jakbym ja występował w serialu (po tej notce już na pewno mnie to nie czeka, mimo że kamera mnie kocha ;)), to pewnie kluczową sceną z moim udziałem byłoby pójście do fryzjera i ostrzyżenie się na jeża albo kupno garnituru. A potem wzięcie udziału w kolejnej trans-imprezie. Chociaż zaraz, ja piszę sporo o seksie, więc może nie kupowałbym garnituru tylko paker, i mierzył go przed kamerą.

Tak więc, czy to dobrze, że jest już pierwszy w Polsce serial dokumentalny o osobach transpłciowych, czy też źle, że ten serial – w wersji wyemitowanej przez TVN – ma formułę „z kamerą wśród Obcych”?

Czy to, że nas zaczyna być widać, jest dobre? A może jednak to już jest ten moment, że powinno się zwalczać stereotypy, mity i nieścisłości? A może należy zacząć to robić od początku, żeby ich nie wypromować jako prawdy? Bo W obcym ciele powiela mnóstwo stereotypów, a ja bym chciał serial, który wyjaśniłby ludziom transpłciowość tak skutecznie, że niczyja obecność by nie zawadzała…

…Więc czy to już jest czepianie się czy domaganie się minimum szacunku wobec mniejszości, do której należę?

Bo ja uważam, że zasługujemy na dużo więcej niż dostajemy.

im-not-picky