Odkąd zacząłem tu i ówdzie funkcjonować z powrotem jako dziewczyna, właśnie mija rok. Coraz rzadziej obcy ludzie mówią do mnie „proszę pana” i podejrzewają, że jestem po korekcie w kierunku M/K. Zaczynam też słyszeć różne teksty, których nie wygłasza się przy aktywistach LGBT.

Ostatnio na przykład prowadziłem rozmowę o transseksualistach, będąc postrzeganym jako zwyczajna dziewczyna, która z jakiegoś powodu – może wolontariatu w trakcie studiów? – specjalizuje się w tej działce, tak jak ktoś inny może się specjalizować w pacjentach onkologicznych czy ludziach z niepełnosprawnościami.

(Stopniowo tożsamości się zacierają, a żeńskie role stają się coraz wygodniejsze. Ciekawe za ile zacznę mieszać rodzaje gramatyczne).

W rozmowie padła fraza „jeśli komuś tak zależy na prezentowaniu swojej inności, niech liczy się z konsekwencjami”. Czy jakoś tak. Generalnie ktoś ma obraz, że transseksualiści eksponują swoją odmienność.

Jak przystało na dobrego aktywistę, pospieszyłem z wyjaśnieniem, że jest zupełnie inaczej, większość osób transseksualnych chce się wtopić w społeczeństwo. Jednak nie byłem tak do końca poprawny politycznie, ponieważ odciąłem od „większości osób transseksualnych” Rafalalę i Edytę Baker: dwie osoby, które człowiek miał szansę kojarzyć jako „znane z tego, że są trans”. Wspomniałem też Annę Grodzką – jako tę, która jest transseksualna, ale wypowiada się również na inne tematy.

Coraz bieglej mówię – na powrót – językiem cisów i coraz mniej mi pasuje aktywizm głównego nurtu LGBT. Najmniej pasuje mi transaktywizm: ten skrajnie kolorowy, z masą tumblrowych tożsamości, prywatnymi zaimkami i zrównywaniem sobotniego crossdressera z wrażliwą kobietą, której dramatem jest ciało Schwarzeneggera. Zaczynam mieć przeświadczenie, że to jest nie fair w stosunku do tych transseksualistów, którzy odnajdują szczęście w środowiskach, gdzie nikt nie wie o ich przeszłości.

Paradoksalnie to właśnie wejście w cisnormę uświadomiło mi pewne sprawy, z którymi tru transseksualiści próbują się przebijać. To i wiek. Mam trzydzieści lat i młodzieńcze bunty oraz poszukiwania tożsamości są już za mną. Moi rówieśnicy miewają już stabilne zatrudnienie, remontują się, zakładają rodziny, wychowują dzieci. Mnie pozostaje wychowywać koty, ale hej – mentalnie nadążam za swoim pokoleniem. To już nie ten czas, kiedy chce się być odmieńcem czy subkulturą. Potrzeby się zmieniają. Teraz zależy mi na stabilizacji i karierze, a nie na jakichś tam ideach. A i chęć podboju świata nieco zmalała.

W nowej rzeczywistości staram się respektować potrzeby osób transseksualnych – tych, które przeżywają autentyczny dramat, a nie przejściowy kilkuletni kryzys tożsamości. Równocześnie mam jednak bardzo zmienioną perspektywę, na przykład zaczynam z powrotem mówić językiem klinicznym. Tym razem ze zrozumieniem. Chyba niedługo wrócę do czytania starych seksuologicznych książek, tych sprzed hurraaktywizmu.

Wracając do prezentowania swojej inności, zastanawiam się, czy to rzeczywiście dobrze, że transpłciowość stała się medialna. Ludzie, którzy są cis, nagle zostali zarzuceni zblendowanymi razem zjawiskami: drag queen, shemale, crossdresser, fetyszysta, transseksualna kobieta – to wszystko nagle zapodano im jako transpłciowość. Niesławne „W obcym ciele” sprzed dwóch lat dopełniło dzieła chaosu. W efekcie w umysłach ludzi powstała karykatura Osoby Transpłciowej Typu M/K, z którą wiele kobiet nie chce się utożsamiać.

Zastanawiam się, jakie są współcześnie potrzeby osób transseksualnych. Tych, które przeżywają swoje niedopasowanie od maleńkości i które przeszłyby przez sito drobiazgowej diagnozy. Chętnie o nich posłucham. Coraz bardziej sądzę, że osoby transseksualne potrzebują czegoś innego niż „ogół osób transpłciowych”, ale nie chciałbym nikogo uszczęśliwiać na siłę.