Dawno, dawno temu, czyli kilka lat temu, kiedy zaczynaliśmy popularyzować słowo transpłciowość, miało być super hiper ultra uniwersalne. Miało być parasolem obejmującym wszystkie zjawiska, przekładem z angielskiego transgender.

W praktyce nadal mamy – wszyscy – problemy z tym słowem, bo tak jakoś koduje się, że osoby transpłciowe to tylko te, które mają problemy. Albo transpłciową tożsamość. Albo te, które mają problemy i z nich wyłoni się transpłciowa tożsamość, kiedy je sobie rozwiążą.

Znam mnóstwo osób LGB, które bywają transpłciowe – transpłciowują…? – troszeczkę i czasami, bo na przykład chcą miewać płaską klatkę / pomalować się / kupują ubrania w dziale, w którym układane są te docelowo adresowane do płci przeciwnej. Czyli zdecydowanie przekraczają normy swojego genderu, czyli to jest transgender po angielsku, a po polsku: transpłciowość.

Albo są transpłciowe na stałe, bo robią to cały czas, ale identyfikują się z płcią biologiczną.

Albo – to rzadsze – nie identyfikują się z płcią biologiczną ani żadną inną (czysty agender), ale identyfikują się poprzez wiązanie się z osobami mającymi taką samą budowę anatomiczną, czyli są gejami / lesbijkami, czyli nie są trans, bo jakby były trans, to by były ponoć hetero i ich partnerzy_rki z automatu też. (Bo automat prawdę Ci powie).

Transpłciowość jakoś dziwnie skojarzyła się z tożsamością (i tranzycją), a wcale nie musi. Pod parasolem transpłciowości mieści się dużo różnych „trzecich płci” (uch, ten binaryzm), których przedstawiciele niekoniecznie mają tożsamość osoby trans. Albo niekoniecznie mają tożsamość osoby homoseksualnej. Mogą mieć transpłciowe zachowania. Albo transpłciowe preferencje seksualne. Albo transpłciowe ubrania. Albo transpłciowe obowiązki. Albo transpłciowe cechy osobowości. Etc. Jest nawet transpłciowe źródło utrzymania. Różne kultury rozwiązały to sobie inaczej. Nasza jest trochę… nieuporządkowana. Niby się zgadzamy, że drag queen mieszczą się pod parasolem transpłciowości, mimo że to często tylko rola sceniczna, ale już gej czy lesbijka cieszący się, bo mają passing…? A  co jeśli passing cieszy osobę hetero, która absolutnie nie chce korygować płci…?

Powiedzenie, że to transpłciowość, jest ryzykowne, bo mimo pozornej zgody, że definicja mówi o wykraczaniu poza przypisany gender, przywykliśmy, że mówienie o transpłciowości jest mocne. Wydaje się, że to wciskanie komuś chęci skorygowania płci. Albo przynajmniej innej tożsamości płciowej. Faux pas. Na zasadzie analogii, trochę jak mówienie komuś, że nieprawda, jest lesbijką/gejem/bi/hetero.

Trudno mi się w tym odnaleźć, bo widzę, że określenie czegoś jako transpłciowego nie jest neutralne dla odbiorców, uważam, że powinno być, ale to niczego dla nich nie zmienia.

W każdym razie, w efekcie zawężenia pojęcia transpłciowości, nadal mamy na forum Trans-Fuzji i w innych miejscach ileś osób ociekających transpłciowością – zawsze bawiłam się tylko z chłopcami; podbierałem mamie kosmetyki; mam w domu pięć peruk i zbieram na laser; noszę ubrania maskujące piersi – które przychodzą zapytać, czy są trans.

Nie „czy korekta płci to dla mnie dobry pomysł?”, skąd.”Czy jestem trans?”. W znaczeniu:

czy jestem transseksualny/a. Bo jak nie, to jednak to nie jest transpłciowość, czyli jestem zupełnie przeciętną osobą swojej płci i mam żyć jak one, zgodnie ze wszystkimi stereotypami, oraz nie wolno mi mieć tych peruk, bo na to nie zasługuję, bo tylko Tru osoby transpłciowe mają prawo zakładać peruki kiedy chcą, a moja potrzeba jest po prostu dziwna.

Tak, trochę podrasowałem ten absurd, żeby było bardziej widać, jakie to absurdalne.

Słodkie – w taki skrajnie niewinny sposób – są jeszcze osoby transpłciowe nieśmiało dopytujące, czy wolno im mówić w takim lub innym rodzaju. Ale bywają i takie, które nieśmiało dopytują, czy wolno im lubić coś stereotypowego dla płci przypisanej im po urodzeniu lub przynajmniej nie mieć z tym problemu. Bo może to oznacza, że nie są trans. Może to je degraduje. A w ogóle to podobno osoby transpłciowe nienawidzą takich rzeczy, więc one już naprawdę nie wiedzą kim są.

Tak jakby ktoś inny (człowiek z odpowiednim wykształceniem potwierdzonym stosownymi papierkami? członek klubu osób transpłciowych z dłuższym stażem niż one? obca osoba na ulicy?) miał prawo zadecydować, co mają prawo lubić i jakiego rodzaju wolno im używać.

Mój znajomy kiedyś strasznie krytykował „politpoprawną tendencję”, by zamiast pedał czy pederasta mówić gej. Że to niby mniej obraźliwe, a przecież postawy są takie same, więc zmiana słowa nic nie zmieni, po prostu nową obelgą będzie „ty geju!”.

Cóż, bez względu na to, czy się z nim zgadzam, czy nie… Poruszamy się w świecie Tru. Tru mężczyzn. Tru kobiet. I Tru TS, aka Tru osób transpłciowych.