Od jakiegoś czasu raz po raz powraca do mnie myśl, że dużo łatwiej jest działać na rzecz osób transseksualnych na zewnątrz niż wewnątrz, dośrodowiskowo.

Środowisko transseksualne – jako ogół – lubuje się w swojej martyrologii i dokarmia jak może własne lęki, problemy i dysforię płciową. Nie chce i nie zamierza być „T” w LGBT – chce być CIS i rozpacza, że nie jest. Ostatnio słyszałem od przedstawicielki pewnej organizacji, że chętnie działałaby na rzecz osób trans w swoim mieście, ale ma problem z dotarciem do środowiska.  Cispłciowych znajomych zdumiewa ogrom nietolerancji wewnątrz środowiska. Środowisko wydaje się uważać, że tak jak jest, jest im najlepiej i żeby zostawić ich w spokoju.

Ale jak to…?

Sporo osób TS mówi, że chciałoby być jak cis – i pod tym sztandarem prezentują poglądy, które moich cis-znajomych szokują. Przykłady?

Jak to, oni chcą być nieakceptowani w łóżku zamiast czuć miłość do każdego kawałka swojego ciała? I to nawet po operacji? To po im ona? Jak to, ci ludzie naprawdę uważają, że istnienie transkobiet, które zarabiają seksem na kosztującą 90 000 zł operację w Tajlandii, jest właśnie tym czynnikiem, który sprawia, że osoby TS są postrzegane negatywnie? Jak to, inne transki naprawdę wolałyby komuś tę kwotę ukraść niż uczciwie zarobić w branży erotycznej? A jeśli to były pieniądze na ratowanie czyjegoś życia? Jak to, ukrywają przed partnerem życiowym, że są trans? A jeśli on marzy o dziecku? Jak to, zrywają kontakty ze wszystkimi dawnymi przyjaciółmi, żeby im nie przypominali o przeszłości? Co za przedmiotowe podejście! Jak to, wszyscy wszystkich zwalczają, bo rzekomo ta druga grupa jest dziwniejsza niż pierwsza i psuje wizerunek? Ok, a teraz powiedz mi, czym one w ogóle się różnią. I tak dalej…

To nie są nietolerancyjni ludzie. To są moi przyjaciele. Ci, do których pójdę powiedzieć, że zrobiłem coś totalnie nietransowego (alias kobiecego), a oni okiem nie mrugną, podczas gdy TS wyklęliby mnie za to ze swojego zacnego grona, bo chyba w ogóle nie jestem TS, a poza tym psuję wizerunek. Popierają ustawę ułatwiającą ludziom korektę płci prawnej, wkurzają ze mną na niekompetentnych specjalistów. Natomiast najczęściej nie mają za dużo zrozumienia dla biednych, nieszczęśliwych transseksualistów, którzy z lubością wdeptują w ziemię siebie, innych trans i każdego, komu transi się podobają. Straszne, taki brak empatii!

Festiwal nienawiści

Osoby transseksualne niemalże zbiorowo nie akceptują siebie i najczęściej nie widzą różnicy pomiędzy samoakceptacją a zrezygnowaniem z bycia sobą. Korekta płci, która – jak wszędzie można przeczytać – poprawia ich funkcjonowanie, często nie leczy dysforii płciowej, ponieważ osoba TS nie chce być z niej wyleczona: definiuje siebie przez nienawiść do siebie. I bardzo chętnie tę nienawiść wyraża, wręcz się z nią obnosi, podkreślając, jak bardzo nienormalne i niemożliwe do zaakceptowania są męskie ciała (i narządy, i funkcje biologiczne) u kobiet i kobiece u mężczyzn i jak bardzo żałuje, że nie jest cis. transpłciowość

Najgorzej jest z seksualnością. Osoby transseksualne często mówią same o sobie, że pociąg do nich to jak pociąg do osób pozbawionych jakiejś części ciała, dzieci, zwłok i zwierząt – zboczenie. I że one co prawda są normalne!!!, ale nikt normalny by ich nie chciał i jest to niezgodne z naturą. Kobiety z penisem bywają dosłownie wykluczane ze środowiska trans, podobnie jak transfetyszyści*. Choć kilka lat temu było jeszcze gorzej, pruderia środowiska nadal wybija sufit.

Moich cis-rozmówców często to w pierwszej chwili szokuje i pytają, co z tymi ludźmi jest nie tak. Zakładają, że najwyraźniej oprócz transseksualności mają dodatkowe zaburzenia psychiczne. Tymczasem transseksualne środowisko – jako ogół – ma doskonale i do przesady zinternalizowane normy społeczne. Transi głęboko uwierzyli, że są tymi gorszymi, zboczonymi, nienormalnymi – i bardzo słychać to w ich wypowiedziach, zwłaszcza gdy mówią nie o sobie, lecz o innych (uprzedzenia do shemale admirerów to taka piękna, podręcznikowa projekcja).  Ponieważ nie mają do siebie dystansu, zapamiętują same najbardziej negatywne opinie. Chyba tylko w środowiskach okołofrondowych można znaleźć aż taką nienawiść do TS jak na forach dla transseksualistów.

Czemu cisnormatywność mnie martwi?

Cisnormatywność środowiska TS jest niepokojąca, bo ciągnie innych w dół. W społeczeństwie jest sporo ludzi cis, którzy byliby w stanie zaakceptować osobę transseksualna taką, jaka ona jest – jednak taka idea jest nie do pomyślenia dla wielu transów. Coming-outy są w stanie zmieniać społeczne postrzeganie grupy tak samo, jak dzieje się to z LGB – cóż z tego, jeśli transi nawzajem zabraniają sobie outowania, bo to przecież zbyt ryzykowne, nikt cię nie zaakceptuje, a w ogóle to po co ta korekta, jeśli zamierzasz o sobie mówić innym? Lepiej udawaj cis, to bezpieczne i zdrowetranspłciowość

Ponadto cisnormatywność w transseksualnym wydaniu jest zjawiskiem społecznym porównywalnym do nowobogackich, którym wydawało się, że są jak arystokracja, bo chodzili obwieszeni biżuterią i poniżali swoją służbę. Osoba TS intensywnie podkreślająca swoją (cis)normalność, która nie pozwala jej na jakieś zachowania, wyraźnie odróżnia się od osoby cis – tak bardzo pewnej swojej płci, że nie zauważa problemu. Transmężczyźni w badaniach okazują się bardziej męscy od cismężczyzn, transkobiety są bardziej święte niż ciskobiety, a jeśli ktoś zamierza odstawać w niewłaściwy sposób, może mieć pewność, że ktoś podważy jego transseksualność lub pouczy, że poza trans-gettem życia mieć nie będzie, bo transi to jeszcze są tolerancyjni, ale cis zje go na śniadanie.

W efekcie osoby trans nie outują się, nie są dumne z bycia trans, nie akceptują własnej różnorodności. Z jednej strony każda jednostka ma do tego prawo. Z drugiej strony społeczność T w Polsce jest na takim etapie, na jakim LGB było wiele lat temu: życie jako hetero, lęk przed ujawnieniem sekretu, prośby o wyleczenie z paskudnej homoseksualnej choroby i wdeptywanie w ziemię tych paskudnych gejów, co to mają czelność obnosić się ze swoją odmiennością.

Kryptogeje nadal istnieją, ale w szafach: LGB jako nurt poszło dalej. Cisnormatywni transi kształtują literkę T jak TS.

*

Wieloletni znajomy mówił mi ostatnio, że pisanie dla (LGB)T to przekonywanie przekonanych. Ale to ludzie cis zgadzają się ze mną częściej i łatwiej i dużo chętniej popierają różnorodność płciową. Zewnętrzny aktywizm okazuje się znacznie prostszy i mniej frustrujący niż empowerment. I co z tego, że ludzie zgadzają się, że TS zasługują na szczęście, jeśli wielu TS nie chce sobie na nie pozwolić?

To może jednak faktycznie pozwolić im przekonywać siebie i świat wokół, że nie ma nieszczęścia straszliwszego niż transseksualność i nie czeka ich nic dobrego?

—-

* Transwestyci fetyszystyczni. Zapożyczyłem słowo ze znakomitego artykułu Katarzyny Bojarskiej i Katarzyny Dułak, Specjaliści zawodów pomocowych wobec różnorodności płciowej, który można znaleźć w antologii Transpłciowość – androgynia. Studia o przekraczaniu płci pod redakcją Anny Kłonkowskiej.

Grafiki pochodzą ze świetnego fanpage’a na Facebooku: Trans Friends.