– Jak myślisz, czy osoba transpłciowa rodzi się z przekonaniem, że jej ciało jest obce i do niej nie należy? – zapytałem kiedyś koleżankę. – Że jest więzieniem?

Zastanowiła się.

– Nie wiem, mogę tylko zgadywać, że to tak samo, gdybym w tym momencie ja miała ten sam umysł co teraz, natomiast ciało mężczyzny… Nie czułabym, że to JA.

Osoby transpłciowe występujące o możliwość skorygowania swojej płci czują, jakby tak właśnie było, jakby były dorosłymi osobami wrzuconymi w obce im ciało. Są powszechnie jako nienawidzące swojego ciała i dlatego wnioskujące o jego zmianę. Typowa osoba transseksualna przed korektą płci nie chce widzieć swojego odbicia w lustrze, nie rozbiera się przy ludziach (niekiedy nawet przy partnerze życiowym; czytałem kiedyś artykuł o transmężczyźnie, który nie przeprowadził jeszcze wszystkich operacji, wobec czego partnerka widuje go tylko w podkoszulku i bokserkach) i nie identyfikuje się ze swoim ciałem.

W tym sensie koleżanka miała rację i z pewnością wiele osób transseksualnych by się z nią zgodziło. Ja jednak mam pewne zastrzeżenia. Chciałbym zaryzykować tezę, że nienawiść do swojego ciała jest wyuczona w procesie socjalizacji oraz odkrywania swojej tożsamości płciowej.

Powody nienawiści do własnego ciała

Po pierwsze, osoba transseksualna styka się czasem z pytaniami, kim jest naprawdę, jakiej jest płci. Sama również takie pytania sobie zadaje. Są to niemal zawsze ekwiwalenty pytania o płeć cielesną, a zwłaszcza genitalną; tożsamość nie jest traktowana jako prawda. Ponadto, raz po raz dostaje sygnały, że to jej ciało jest źródłem dyskomfortów. Umacnia to w niej poczucie rozdźwięku pomiędzy cielesnością a odczuwanym Ja.

O ile dzieciństwo dla osób transseksualnych jest często okresem radosnym, o tyle okres dojrzewania niemal zawsze jest przez nie wspominany jako koszmar. Traumatyczne są zarówno zmiany zachodzące w do tej pory prawie neutralnym ciele, jak również dostrzeganie ich przez otoczenie i coraz bardziej intensywne wchodzenie w ściśle określone role płciowe.

Na ulicy, w sklepach, w przebieralniach, na basenie, wszędzie widziane jest ciało – na jego podstawie zarówno znajomi, jak i przypadkowi rozmówcy określają płeć. Rozbieżności między ciałem a innymi cechami – jak strój, imię, rodzaj gramatyczny – mogą budzić śmiech lub agresję otoczenia.

Dość częste są akty fizycznej przemocy wobec osób transseksualnych: za sprawą projektu Transrespect vs Transphobia dowiadujemy się rocznie o co najmniej stu kilkudziesięciu zabójstwach dokonanych na tle nienawiści do osób trans, wiele innych zabójstw jest niewykrywanych, a statystyki aktów przemocy bez skutku śmiertelnego nie są nawet prowadzone.

Co gorsza, nawet neutralne proszę pana czy proszę pani (o imieniu nadanym po urodzeniu nie wspominając) są przez osoby transseksualne odbierane skrajnie negatywnie: można je przyrównać do prześladowania w szkole lub do mobbingu. Osoba transseksualna, wychodząc z domu, nastawia się na to, że prędzej czy później zostanie zaatakowana werbalnie, jakkolwiek ma pełną świadomość, że intencją rozmówcy nie był poniżający atak, lecz okazanie szacunku poprzez użycie zwrotu grzecznościowego. Takie dualizm postrzegania świata jest źródłem silnego dysonansu poznawczego, który rozwiązywany jest poprzez wzmocnienie nienawiści do swojego ciała – rzekomego źródła problemów. Prawdopodobnie jest to forma internalizacji agresji, której – o czym osoba transseksualna doskonale wie – w rzeczywistości nie było. Warto tu wspomnieć, że kilka lat temu przeprowadzono badanie wykazujące, że osoby transseksualne mają przeciętnie bardzo wysoki poziom lęku, porównywalny wyłącznie z poziomem lęku  u więźniów (zob. Zrozumieć płeć pod red. A Kuczyńska, 2003).

Kolejnym sygnałem o nieadekwatności ciała są problemy przynajmniej części rozmówców osoby transpłciowej już po jej coming-oucie. Warto tu nadmienić, że taki coming-out jest znacznie bardziej skomplikowany niż ujawnienie się jako osoba homo- lub biseksualna. Obecność problemów z rodzajem gramatycznym, imieniem i ewentualnie wyglądem niejako wymusza w pewnym okresie życia informowanie otoczenia o swojej transseksualności.

Można wyróżnić dwa typy sytuacji, w których osoba transseksualna dokonuje coming-outu. Pierwszy typ wiąże się z komunikatem w stylu: Jestem transseksualistą, nie utożsamiam się z płcią, którą mi przypisujesz – odbiorcami będą ludzie znający daną osobę jako przedstawiciela bądź przedstawicielkę swojej płci biologicznej. Drugi rodzaj komunikatu może przybrać formę: W dokumentach mam inną płeć, ponieważ jestem osobą transseksualną – może się tak wydarzyć w sytuacjach urzędowych oraz (co jest już często kwestią wyboru, a nie przymusu sytuacyjnego) wobec ludzi znających daną osobę jako przedstawiciela bądź przedstawicielkę płci, z którą się utożsamia.

Szczególnie problematycznych reakcji dostarcza zwykle coming-out pierwszego typu, dokonywany przeważnie przed znajomymi, przyjaciółmi, członkami własnej rodziny. Ktoś, kto dokonuje coming-outu jako osoba transseksualna, nie oczekuje od rozmówcy zwykłego aha, przyjmuję do wiadomości, lecz przestawienia się z płci na płeć: chce, by od tej pory zwracano się do niej wybranym przez nią imieniem, dostosowano rodzaj gramatyczny i oczekiwania co do roli pełnionej w społeczeństwie. Tymczasem przynajmniej niektórzy rozmówcy miewają z początku problem ze zwracaniem się do osoby transseksualnej przed rozpoczęciem terapii w sposób, jakiego ona by sobie życzyła, ponieważ w dostrzeżeniu w niej przedstawiciela bądź przedstawicielki płci, z którą się utożsamia, przeszkadza im jej wygląd. Właściwym problemem jest brak przyzwyczajenia rozmówców do faktu, że można wyglądać „zupełnie jak kobieta” i być mężczyzną albo odwrotnie, ale takie spostrzeżenie wymaga zmiany perspektywy. Czasami ludzie, przed którymi osoba transpłciowa dokonuje coming-outu, stwierdzają, że przestawią się dopiero po tym, jak zmieni ona płeć – co przeważnie utożsamiane jest z poddaniem się chirurgicznej rekonstrukcji narządów płciowych. Usłyszenie takiej informacji zwrotnej jest kolejnym powodem frustracji. Osobie transseksualnej zależy na akceptacji, więc po kilku takich komunikatach zwiększy się jej motywacja do poddania się operacji.

Czasami frustracja wynika z komunikatów w rodzaju Właściwie wyglądasz przekonująco, tylko [tu pada nazwa] cię zdradza – jeżeli osoba transpłciowa wielokrotnie usłyszy taki komunikat odnośnie jakiejś pojedynczej części swojego ciała albo na przykład sposobu poruszania się lub głosu, nabawi się kompleksów na tym właśnie punkcie i ten element siebie znienawidzi. Dlatego może zdarzyć się sytuacja, gdy do seksuologa zgłosi się ktoś, kto najbardziej ze wszystkiego pragnąłby być wyższy albo mieć inny głos, albo mniejsze dłonie, albo niższy głos głos, albo węższe biodra… natomiast narządom płciowym nie poświęca aż tak dużej uwagi. Ktoś, kto wielokrotnie czytał o tym, że osoby transseksualne wyróżnia nienawiść do swoich genitaliów, może mieć trudność z zaakceptowaniem tej informacji, jednak podobne sytuacje zdarzają się całkiem często.

Również przekonania o oczekiwaniach partnera mogą być źródłem silnej niechęci do siebie. Powszechne wśród osób transseksualnych – i wzmacniane przez otoczenie – jest przeświadczenie, że ich potencjalni partnerzy chcieliby być z osobami, których płeć jest jednoznaczna: że genitalia stanowią silną przeszkodę, a kolejną bywa nieprzystawanie do kanonów urody. W tej sytuacji niezoperowane ciało jest postrzegane jako pozbawione atrakcyjności i skazujące na samotność. Okazuje się, że nie tylko w społeczeństwie, ale nawet w związku nie ma miejsca na osobę o tak odmiennej budowie ciała. (W rzeczywistości spora grupa partnerów i partnerek akceptuje ciała osób trans i uważa je za pociągające pomimo lub z racji transpłciowości, jednak te komunikaty nie są równie łatwo dostępne).

Następnym czynnikiem jest fakt, że transseksualizm jako problem społeczny praktycznie nie istnieje. Dla większości jest tylko prywatną chorobą, o której nie wypada głośno mówić i do której przebycia lepiej się nie przyznawać – czymś na kształt rzeżączki bądź syfilisu. W tym momencie jednak chore staje się całe ciało: piersi lub penis urastają do rangi wrzodów bądź szpecących narośli, szerokie ramiona czy biodra są deformacją, wzrost może być nienaturalnie wysoki lub niski, podobnie głos, problemem jest też nadmierne owłosienie i muskulatura bądź wątłość i słabość fizyczna. W ten sposób tabuizowanie transseksualności obraca się przeciw osobom transseksualnym.

Rozwój nienawiści

Podsumowując, osoba transseksualna przez całe swoje życie bombardowana jest ze wszystkich stron komunikatami, że jej ciało jest niewłaściwe i że jest źródłem wszelkich problemów związanych z codziennym życiem, że wszystkim będzie łatwiej, gdy nareszcie doprowadzi do zgodności pomiędzy ciałem, zachowaniem i całą resztą. Rzadko kiedy natomiast dostaje komunikaty, że jest w porządku taka, jaka jest. (Z oczywistych względów nie należy tu uwzględniać wypowiedzi w stylu: Ale o co ci chodzi i czemu chcesz zmieniać płeć? Przecież jesteś taką piękną kobietą/takim przystojnym mężczyzną). To wszystko skutkuje rozwojem kompleksów i niechęci do siebie. Osoba transseksualna dokonuje prawdopodobnie nieuświadomionego wyboru pomiędzy dostosowaniem siebie do oczekiwań większości, a  znienawidzeniem całego świata. Przeważnie przyjmuje punkt widzenia większości i zaczyna nienawidzić samą siebie.

Ciało, z pozoru zdrowe i sprawne, zaczyna być postrzegane przez osobę transseksualną jako wadliwe, wręcz chore – jest bowiem tym, co uniemożliwia jej bycie postrzeganą i akceptowaną zgodnie z tym, za kogo sama się uważa. Wraz z upływem czasu w osobach transseksualnych utwierdza się przekonanie, że ciało jest więzieniem, z którego nie mogą się wydobyć, zza którego nie widać ich prawdziwych siebie. Jest to zresztą powielane w mediach – uwięzienie w ciele mężczyzny/kobiety stało się niemalże synonimem transseksualności. Uwewnętrznienie nienawiści do swojego ciała jest odpowiedzią na przekaz ze strony społeczeństwa, tak samo jak epidemia anoreksji w zachodnim społeczeństwie jest odpowiedzią na dyskurs diety i wszechobecne lansowanie szczupłej sylwetki jako jedynej, z którą kobieta ma prawo czuć się dobrze  (Melosik, 2010). Warto pamiętać, że w kręgach kulturowych, gdzie to puszyste kobiety są postrzegane jako piękne, anoreksja prawie nie występuje.

Osoby cispłciowe często odbierają ćwiczenie Wyobraź sobie… jak horror i są w stanie zrozumieć w ten sposób cierpienie osób transpłciowych i ich nienawiść do swoich ciał. Zakładają, że osoby transpłciowe doświadczają dokładnie tego samego, tylko znacznie dłużej. Osoby transpłciowe bardzo często myślą tak samo, ale w rzeczywistości dorastają w świecie, który opresyjnie określa ich tożsamość na podstawie ich ciał. Dlatego właśnie z upływem lat mają coraz bardziej dość i nie tylko decydują się na korektę płci, aby móc wreszcie żyć w zgodzie ze sobą, ale także nienawidzą swoich ciał, a zwłaszcza (najczęściej) narządów płciowych: podstawowego wyznacznika płci w naszej kulturze. Nienawiść transseksualisty do swojego ciała jest zatem wyuczona, a nie wrodzona i tym samym nie stanowi cechy dystynktywnej.

Czy akceptacja jest możliwa?

Moją tezę ilustruje przykład zaczerpnięty z zupełnie odmiennej od naszej kultury. Wśród Indian Północnoamerykańskich przez wieki funkcjonowały osoby Two-Spirit, które rodziły się jako przedstawiciele jednej płci, a w społeczeństwie istniały jako przedstawiciele drugiej płci – bądź nawet trzeciej (Roscoe, 1996) – nierzadko pełniąc w nich ważne role. Indianie nie mieli możliwości fizycznej korekty płci, trudno więc, żeby występowało wśród nich dążenie do takowej. Problem transpłciowości niektórych współplemieńców rozwiązano poprzez akceptację ich tożsamości, wyznaczenie im specjalnych funkcji (np. w pewnym plemieniu ceremonia zaślubin była nieważna, jeśli nie wziął w niej udziału Two-Spirit). W takich warunkach potrzeba korekty płci fizycznej nie występowała – nie była ani możliwa, ani konieczna.

W naszej kulturze niemożliwe wydaje się istnienie osób transpłciowych na wzór Two-Spirit: postrzeganych zgodnie z płcią ich Ja pomimo nieskorygowanej płci ciała. Takie sytuacje mogą wszelako mieć miejsce, czego przykładem jest historia Ani, wspomnianej już osoby transpłciowej, która nie zdecydowała się na korektę płci, a jesienią 2010 r. wzięła w Polsce ślub z Gretą:

Marta Konarzewska: Gdy tak rozmawiamy, jestem coraz mocniej przekonana, że słowo „kobieta”, którego użyliśmy w tytule artykułu o waszym ślubie, nie jest TYM słowem. Nie określa cię.

Ania: Zwłaszcza że nie zamierzam dokonać żadnej poważnej transformacji ciała. Typowe osoby transseksualne są uwięzione w obcym ciele, ale wierzą, że zrobią sobie korektę i już będzie dobrze.

Marta Konarzewska: Ty nie jesteś uwięziona w niewłaściwym ciele.

Ania: Nie odczuwam wstrętu do swego ciała. To znaczy… chciałabym być kobietą, mieć kobiece ciało. Jest więc pragnienie, jakaś tęsknota, ale bez nienawiści do tego, co mam, kim jestem. Miałam okres w życiu, kiedy zastanawiałam się, czy nie zmienić fizycznie płci. Transformacja była kusząca, ale miałam masę wątpliwości, czy faktycznie byłabym szczęśliwsza. Po przemyśleniu uznałam, że chyba nie. Tyle że to indywidualna sprawa, każdy inaczej rozumie szczęście (Pacewicz i Konarzewska, 2010).

Anię można określić jako maksymalnie wolną od heteromatriksu: nie pozwala już, aby społeczeństwo dyktowało jej, jak ma żyć i jaki ma mieć stosunek do swojego ciała. O tym, że wymknęła się z oków heteromatriksu świadczy to, że ciężko znaleźć słowa, którymi można ją określić: nie jest kobietą w męskim ciele, nie jest też mężczyzną, który czuje się kobietą, a już na pewno nie jest w swoim ciele uwięziona. Najprawdopodobniej jednak sama doskonale wie, kim jest i czego chce od życia oraz umie to uzyskać – a to jest najważniejsze.

Motywacja do korekty płci

Jakkolwiek historia Ani dowodzi, że możliwa jest akceptacja ze strony otoczenia oraz zaakceptowanie swojego ciała (co, jak się wydaje, często ze sobą koreluje) bez korekty płci fizycznej, postać Ani należy do zdecydowanej mniejszości. Przeważnie osoby transseksualne głęboko cierpią z powodu rozdźwięku pomiędzy ich Ja i tym, jak wyglądają, jak są postrzegane oraz jakie role są im narzucane. Wiele z nich podejmuje decyzję o poddaniu się skomplikowanej, wieloetapowej procedurze korekty płci, w której dostosowaniu płci społecznej i prawnej do płci Ja towarzyszy szereg inwazyjnych zabiegów medycznych.

Uwewnętrzniona społeczna nienawiść do transseksualnych ciał oraz heteronormatywna opresja, jakiej osoby trans poddawane są przez całe swoje życie, są źródłem niewyobrażalnego cierpienia. Transseksualiści zwykle nienawidzą swoich ciał, imion, dokumentów, zdjęć – wszystkiego, co przypomina im, kim są. Bardzo często zmagają się z depresją, wpadają w nałogi, podejmują próby samobójcze – po prostu nie są w stanie znieść dłużej takiego życia. Wyobrażają sobie, że gdyby tylko urodzili się we właściwym ciele, ich życie byłoby takie samo, jak każdego wokół – pozbawione tej niekończącej się udręki, zagubienia i wewnętrznych sprzeczności. Często na tym etapie mają tendencję do zrzucania wszystkich swoich nieszczęść na fakt bycia transseksualistą. Ich życia kręcą się wokół tego tematu, który powraca jak bumerang przy każdej okazji: gdyby tylko byli właściwej płci…

W ten sposób w osobach transpłciowych rozwija się głębokie pragnienie, aby ich życie było wreszcie takie jak każdego innego człowieka – heteronormatywne, czyli „normalne”. Warunkiem tego jest zmiana ciała i dokumentów tak, aby cały świat widział właściwą osobę, a nie kogoś przeciwnej płci. Podejmują – czasem bez wahania, czasem po latach wątpliwości – decyzję o poddaniu się korekcie płci.

Osoby transseksualne przeważnie nie są świadome tego, że gdyby od najwcześniejszego dzieciństwa nie dostawały komunikatów o tym, że ich tożsamość w społeczeństwie determinuje płeć fizyczna, byłyby w stanie akceptować swoje ciała pomimo transpłciowości. Proces, którego działaniu są poddawane, jest powszechny, a przez to przezroczysty, stanowi kwintesencję heteronormatywności: ciało – właściwie płeć genitalna – decyduje o całym życiu, więc aby być przeciwnej płci (heteronormatywność bazuje na binarności, czyli przeciwieństwach), należy zmienić ciało. Ponieważ w naszym społeczeństwie jest współcześnie niemalże niemożliwe, aby móc żyć zgodnie z płcią Ja bez przeprowadzenia procesu korekty płci (zwłaszcza prawnej), decyzja o poddaniu się temu procesowi stanowi niemalże element tożsamości osób transseksualnych: jestem transseksualistą, a zatem zmieniam płeć lub: jednak chcę zmienić płeć, a zatem jestem transseksualistą. Brak społecznej akceptacji dla „słabszych” przejawów transpłciowości i nieszanowanie niedookreślonych decyzją o korekcie płci (sic!) tożsamości sprawiają więc, że człowiek staje przed wyborem: wszystko albo nic. Nie dla wszystkich osób transpłciowych jest to prosta decyzja – część musi przyciąć samych siebie (także w najbardziej dosłownym, cielesnym znaczeniu), aby zmniejszyć swoje cierpienie.

Czy wszystkie osoby transpłciowe korygują płeć?

Współcześnie przedstawiciele nauki mają świadomość, że tożsamość płciowa jest niezmienna, a skoro jej korekta nie jest możliwa, jedyną szansą odjęcia osobom transseksualnym cierpienia jest dostosowanie ich ciał i dokumentów. Jednakże nadal jest to działanie zgodne z heteronormatywnym widzeniem świata: w zbinaryzowanym świecie, gdy dochodzi do takiej sprzeczności jak ta pomiędzy tożsamością a ciałem, coś musi być chore – skoro nie można uleczyć psychiki, należy uleczyć fizyczność. W ten sposób system nie zostaje podważony.

Nasuwa tu się skojarzenie ze znanym filmem komediowym, Seksmisją. Dwóch głównych bohaterów, (pozornie) jedynych ocalałych mężczyzn, ma zostać poddanych przymusowej „naturalizacji”. Całe społeczeństwo jest przekonane, że jedyna słuszna płeć to kobieta – ktoś, kto nią nie jest, musi być nieszczęśliwy i pragnąć poprawienia tych niedoskonałości (dodatkowo w scenie z basenem męskość bohaterów nie jest dostrzeżona, bo przecież istnieje tylko jedna płeć – zaledwie kilkadziesiąt lat po wyginięciu mężczyzn). Tymczasem bohaterowie dorastali w innych czasach i nie podlegali takiej socjalizacji, jakiej poddano pozostałe członkinie społeczeństwa: dzięki temu byli w stanie się przeciwstawić opresji i uciec. Ich ucieczka stanowi zagrożenie dla jednopłciowego systemu, dlatego dokonuje się mistyfikacji: w telewizji zaprezentowane są dwie kobiety, rzekomo będące bohaterami po naturalizacji (czyli korekcie płci), szczęśliwe z powodu przeprowadzonych zabiegów. Ciekawa jest również postać trzeciego z mężczyzn, który nie obudził się nagle w obcym mu świecie, lecz w nim dorastał. Aby przeżyć, dostosował się do systemu i funkcjonował w nim jako kobieta, panicznie bojąc się, że ktoś odkryje jego sekret – dlatego też nie opowiedział się za głównymi bohaterami, lecz stanowił dla nich realne zagrożenie. Tu również da się odnaleźć analogię do środowiska osób transpłciowych, a także interseksualnych (początkowo za ukrywanie płci dziecka odpowiedzialna była matka).

Chciałbym podkreślić, że jakiekolwiek szacunki odnośnie częstości podejmowania decyzji o korekcie płci przez osoby transpłciowe są niemożliwe, ponieważ dane o liczebności transseksualistów – i tylko ich – w Polsce opierają się wyłącznie na statystykach klientów zgłaszających się do seksuologa z pragnieniem zmiany płci (ponadto są sprzed wielu lat).

Tymczasem do Trans-Fuzji, organizacji pozarządowej działającej na rzecz osób transpłciowych, często zgłaszają się transseksualiści, którzy z różnych przyczyn: wieku, stanu zdrowia, zobowiązań rodzinnych i zawodowych, głęboko zakorzenionych lęków etc. decydują się zaniechać jakiekolwiek działania i szukają wsparcia osób podobnych do siebie.

Należy też pamiętać o osobach, które nie wiedzą o tym, że istnieje możliwość podjęcia terapii hormonalnej i chirurgicznej, stłumiły swoją transpłciowość lub ukrywają go przed całym światem albo nie mają możliwości skontaktowania się z innymi osobami trans.

Są też osoby takie jak wspomniana już Ania, które ułożyły sobie satysfakcjonujące życie (satysfakcjonujące, czyli zgodne z płcią Ja oraz hierarchią wartości) bez korygowania płci cielesnej i potrzeba korekty ciała nie jest dla nich priorytetową bądź też w ogóle tej potrzeby nie odczuwają.

Są osoby, którym nie wolno brać hormonów płciowych lub z jakichś przyczyn nie zamierzają ich brać (np. są śpiewakami), a bez nich nie mogą w tym kraju skorygować dokumentów. Są transmężczyźni, którzy nie zamierzają przechodzić mastektomii, więc również nie zostaną dopuszczeni do prawnej korekty płci. Są osoby, które chętnie poddałyby się operacji na narządach płciowych (na przykład sterylizacji), ale nie mają do niej prawa bez korekty dokumentów. Wszyscy ci ludzie, nie mogąc poddać się częściowej korekty płci, rezygnują z całości.

I wreszcie są osoby, które seksuologowie zdiagnozowali jako nie-transseksualistów, na przykład z powodu współistniejących cięższych zaburzeń psychicznych lub zadeklarowania nieheteroseksualnej orientacji i braku chęci poddania się operacji na genitaliach.

Dlatego definiowanie transseksualistów poprzez dążenie do skorygowania płci fizycznej jest nadużyciem i prowadzi do wykluczenia osób, u których występuje konflikt pomiędzy kilkoma wartościami. Szacuje się, że tylko 10% osób transpłciowych z krajów członkowskich Rady Europy wybiera chirurgiczną korektę płci, ma do niej dostęp albo może się jej poddać (Hammarberg, 2011).

Skoro twierdzisz, że nienawiść do ciała jest zinternalizowana, czy korekta płci fizycznej jest w ogóle potrzebna?

Tak, jest potrzebna. Każdy człowiek powinien mieć prawo decydowania o tym, co chce zrobić ze swoim własnym ciałem.

Każdy człowiek ma zakodowany obraz siebie i będzie najszczęśliwszy wtedy, kiedy jego ciało będzie zgodne z tym, jak chce wyglądać. Jeżeli więc transkobieta głęboko pragnie mieć piersi i waginę, a transmężczyzną – płaską klatkę piersiową i penis, a w obecnych ciałach czują się skrajnie nieszczęśliwi, należy im to umożliwić. To jedyne etyczne rozwiązanie: narzucanie akceptacji się nie powiedzie. Częściowa akceptacja może pojawić się sama, z czasem i głównie w wyniku życia zgodnie ze sobą, ale jej wymuszanie spowoduje tylko opór. Nienawiść do ciała narastała latami – nie zniknie pod wpływem kilku argumentów. Szczególnie jeśli nie zmienią się warunki, w jakich żyje osoba transseksualna.

Warto również pamiętać o względach praktycznych – łatwiej jest żyć w ciele zgodnym z tożsamością, by uniknąć sytuacji, o których pisałem na początku artykułu. Dużo łatwiej jest też dostosować ciało niż zmienić przeświadczenia społeczeństwa, a osoby transseksualne chcą być szczęśliwe tu i teraz, a nie za kilkadziesiąt lat, gdy ludzie (może) zaczną myśleć inaczej. Część osób transpłciowych ma szczęście i ich ciałom nie są potrzebne głębokie zmiany. Część jednak nie ma szans, by funkcjonować zgodnie ze sobą bez poddania się korekcie płci – bez przynajmniej hormonów zawsze będą postrzegane jako kobiety w męskich ubraniach i mężczyźni przebrani za kobiety. Żeby normalnie żyć, potrzebują korekty płci.

Jednak powinna być możliwa częściowa korekta płci. Wymuszanie na kimś zrobienia radykalnego zabiegu chirurgicznego jest takim samym łamaniem praw człowieka, jak uniemożliwianie go komuś, kto go potrzebuje. Tymczasem w wielu krajach Europy osobom transpłciowym narzuca się przejście przynajmniej jednej operacji (w Polsce jest to tylko mastektomia, ale w wielu krajach również sterylizacja, są to np.: Francja, Szwajcaria, Norwegia, Włochy, Słowacja, Czechy… Szczegóły tutaj).

Podsumowując: osobom transpłciowym najpierw wpaja się, że ich ciała zasługują tylko na nienawiść, a potem daje wybór: zostajesz z tym co masz, albo zmieniasz całość, żeby wreszcie pasować do heteronormy. Z tak silną opresją trudno walczyć, więc osoby transpłciowe przeważnie dostosowują się do wymogów społeczeństwa. W ten sposób kultura produkuje ludzi uwięzionych w swoim ciele, a potem łaskawie oferuje klucz do tego więzienia, wart kilkadziesiąt tysięcy złotych i lata upokorzeń.


Bibliografia:

Hammarberg Thomas (2011). Tożsamość płciowa a prawa człowieka.

Melosik Zbyszko (2010). Tożsamość, ciało i władza w kulturze instant. Kraków: Impuls.

Pacewicz Piotr i Konarzewska Marta (2010). Dwie kobiety wzięły ślub, w Polsce. Gazeta Wyborcza. [Online] 13 09 2010. http://wyborcza.pl/1,75478,8366802,Dwie_kobiety_wziely_slub.html.

— (2010). Ślub dwóch kobiet to był głupi tytuł. Zakazane miłości. Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej.

Roscoe Will (1991). The Zuni Man-Woman. Albuquerque: University of New Mexico Press.