Przeczytałem wreszcie dostępny w Legimi zbiór „Beznadziejna ucieczka przed Basią”, na który zawsze szkoda mi było pieniędzy. Jest to zbiorek historii różnych ludzi, których seksualność (płciowość) w kontrowersyjny sposób odbiega od normy.
Zaplątali się tam: transwestyci, transseksualiści, homoseksualiści, prostytutki, pedofile, gwałciciele oraz mordercy na tle seksualnym, osoby niepełnosprawne intelektualnie, a nawet jeden niespełniony życiowo homofob. Dobór tematów może wzbudzać sporo zastrzeżeń, ale – co ciekawe – niemal każda z historii ilustruje dramat całego otoczenia. Pozytywne są chyba tylko teksty o homorodzicielstwie.

Jedna z historii utkwiła mi szczególnie w głowie. Nosi tytuł: „I proszę cię, syneczku, nie myl mnie z tatą”. Tak, autorką tych słów jest transkobieta. Transkobieta, która na rozprawie o odwieszenie praw rodzicielskich podeszła do przerażonego sześciolatka (nie dość, że nie pamiętał „ojca”, to jeszcze bał się, że zostanie przez „niego” porwany). Kiedy dzieciak zaczął dygotać na widok obcej mu pani w mocnym makijażu i z czerwonymi szponami, ta bez słowa go przytuliła.

Odrzucające, ale nie o tę scenę mi chodzi. Otóż ta transkobieta związała się z transmężczyzną. A transmężczyzna, co ciekawe, był po wyroku, ale wciąż zamężny. Najpierw występował o unieważnienie małżeństwa (nieudolnie, nikt mu nie wyjaśnił procedur), potem o rozwód. Mąż nie stawiał się na rozprawy, głównie dlatego, że miał taki sposób na życie, że na zimę trafiał do więzienia i bał się, co mu zrobią współwięźniowie, gdy się rozniesie, że poślubił faceta.

I potem pojawia się taki uroczy fragment, clou programu. Akapity następują bezpośrednio po sobie.

Raz [na rozprawie] nie stawiłem się ja, bo nie miałem pieniędzy na bilet.

Feliks i Emilia myślą o adopcji. Byli już w tej sprawie w domu dziecka. Powiedziano im, że transseksualizm nie jest w tym wypadku przeszkodą, ale muszą mieć ślub.

Cóż, żeby mieć ślub, Feliks musiałby mieć rozwód. Żeby mieć rozwód, potrzebowałby pieniędzy na bilet PKS. Ale nie ma pieniędzy na bilet PKS. Za to myśli, że miałby pieniądze na dziecko…

Notabene, wersja babci dziecka (jego opiekunki) jest taka, że Feliks dzieckiem się nie zajmował, pożyczał pieniądze na prawo i lewo, a w mieszkaniu chodziły karaluchy.

W innym fragmencie można przeczytać, że Feliks z Emilią żyją w szesnastometrowym mieszkaniu, gdzie ubikacja służy im za kuchnię („na sedesie stoi czajnik, w rogu mała lodówka, na niej kuchenka elektryczna na półce pod lustrem chleb, cukier, różowy tusz do powiek, pasta do zębów”), nie mogą znaleźć pracy i utrzymują się z rent.

Serio nie mogę dojść do siebie po przeczytaniu tego reportażu. Fragmenty o transfobii i groźbach karalnych w rodzinie to standard. Zakładanie rodziny pod hasłem „ożenię się, to może mi się odmieni” to też standard. Przywykłem do tego, że w tej grupie nagminnie występują obydwa te dramaty.

Ale planowanie adopcji w sytuacji, gdy z jednej strony obie osoby straciły prawo do opieki nad biologicznymi dziećmi (synek Emilii jest z matką, synek Feliksa z babcią) i nie są w stanie ich odzyskać, a z drugiej strony pary nie stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb…

To mnie zatkało. Sądząc z wysokości ich rent, nie utrzymaliby nawet kota, a im się zachciało dziecka?!

Z drugiej strony, to przynajmniej jest powszechny problem. W Polsce jest mnóstwo nieodpowiedzialnych ludzi, którzy nie pomyślą, czy ich dziecko będzie miało co jeść, to nie specyfika transowego środowiska.

 Występujący w ostatnim wywiadzie homofob, który dostał do przeczytania teksty składające się na ten zbiorek, stwierdził, że odwalają dobrą robotę w krzewieniu homofobii w polskim drobnomieszczańskim społeczeństwie. Moim zdaniem to bardzo trafne podsumowanie. Pomijając te naprawdę fajne historie o homorodzinach (spełniony koszmar homofobów, ale co tam), dostajemy portrety tworzące naprawdę odstręczający obraz ludzi, którzy krzywdzą innych.

Krzywda dzieje się tu na różne sposoby. Przede wszystkim do zbiorku trafiły historie transseksualnej oszustki, która w kolejnych miejscach pracy podawała się za psychiatrę, a kiedy ktoś ją namierzył – znikała, a także homoseksualnego, przemocowego faceta poniżej normy intelektualnej, który gwałci współmieszkańców Domu Pomocy Społecznej, rozumiejąc jednocześnie, że jest bezkarny. Jednak takie historie to margines – wszędzie trafiają się oszuści i gwałciciele.

Na pierwszy plan wysuwa się krzywdzenie najbliższych poprzez zatajanie prawdy o sobie (mąż-transwestyta) i instrumentalne traktowanie (ślub z kobietą „bo może mi się odmieni” w wykonaniu stuprocentowo heteroseksualnej transkobiety, narzucanie akceptacji i kontaktu ze sobą nieogarniającym sytuacji dzieciom – notabene, synkowi Emilli dokuczają z powodu tranzycji rodzica, z synka Feliksa też się śmiano, ale zmienił szkołę).

Ponury zbiorek. Można mu zarzucić niepoprawność polityczną i rozpowszechnianie stereotypów (co tam robią osoby z programu „STOP”?), ale przykre jest to, że podczas lektury miałem poczucie, że ja takie historie od osób trans słyszałem wielokrotnie, tylko przeważnie ton był inny – nikt mnie nie rozumie, jestem ofiarą dyskryminacji, świat jest przeciwko mnie.

„Beznadziejna ucieczka przed Basią” pokazuje również drugą stronę medalu i przez to jest bardzo niewygodna. Budzi we mnie aktywistyczny odruch zdyskredytowania całości („transfobia!”) i zakopania pod powierzchnią, ale to byłoby zbyt wygodne. Te historie są prawdziwe. I w bardzo prawdziwy, wielopłaszczyznowy sposób pokazują, jak wiele kosztuje innych decyzja o byciu sobą za wszelką cenę. Zwłaszcza decyzja podjęta zbyt późno, po latach okłamywania nie tylko siebie, ale i najbliższych.

W kościele parafialnym Marysi przez trzy kolejne niedziele szły zapowiedzi, a on [Emilia] co wieczór jeździł WKD do Warszawy na Dworzec Centralny i snuł się po podziemnym miasteczku.

– Ja chcę faceta! Nie chcę kobiety! – krzyczało w Emilu. Prosił Boga, żeby mu pomógł znaleźć mężczyznę.

Jasne, że zachowanie Emilii można tłumaczyć mechanizmami opresji, ale nic nie poradzę, że – jeśli chodzi o małżeństwo – bardziej szkoda mi Marysi, która była ofiarą bezpośrednich kłamstw kogoś, kto rzekomo to ją pokochał, rzekomo to jej pragnął i rzekomo to z nią, z miłości, pragnął się związać. Teraz Marysia zarzeka się, że nigdy nie pokocha już żadnego mężczyzny, nie może żyć z taką hańbą i gdyby nie dziecko, to poszłaby do zakonu.

Autentycznie jest mi wstyd. I zaczynam się zastanawiać, czy na pewno słusznie nie mam sobie nic do zarzucenia.